Wrzesień w 5 zmysłach, czyli podsumowanie miesiąca

Wrzesień w 5 zmysłach, czyli podsumowanie miesiąca

Uwielbiam czytać u innych podsumowania miesiąca, bo kojarzą mi się z zamierzchłymi początkami zerosów, kiedy blogi bardziej niż dopracowane magazyny przypominały osobiste pamiętniczki upubliczniane z wielką nieśmiałością. Dzisiaj piszemy Artykuły i Felietony, zaś zdjęcia z Instagrama w niczym nie przypominają ówczesnych, robionych tosterami koszmarków, ale w podsumowaniach miesiąca widzę tamten dawny, prywatny rys: co ostatnio się u mnie działo, gdzie byłem, co robiłem (nawet, jeśli to były całkiem zwyczajne rzeczy). Jako że mamy ostatni dzień miesiąca, rozpoczynam ten cykl również u siebie. Chciałabym, żeby poza oczywistą funkcją pełnił też rolę uważnościowego ćwiczenia, dlatego poza opisywaniem co się u mnie wydarzyło i jaki film ostatnio widziałam, spróbuję Wam pokazać, jak wyglądał u mnie ten miesiąc z perspektywy każdego ze zmysłów (uwierzcie, że w przypadku tych nieco rzadziej używanych to było naprawdę trudne ćwiczenie).  

Co się u mnie działo?

Wrzesień to dla mnie czas totalnych początków – szkolnych rzecz jasna, ale też rozwojowych, lifestyle’owych czy związkowych, czas wymiany garderoby, nowych diet, przeprowadzek itp. W tym roku również wiąże się dla mnie z naprawdę przełomowym wydarzeniem, czyli – taram, taram – uruchomieniem i upublicznieniem bloga. Może się wydawać, że to nic, ale uwierzcie mi – czuję, że od pierwszej myśli na ten temat do miejsca, w którym obecnie jestem, pokonałam naprawdę kawał drogi, przełamałam mnóstwo barier psychicznych i podjęłam wiele naprawdę poważnych decyzji. Trochę szerzej pisałam o tym tutaj.

Wychodzi jednak na to, że poza pisaniem i pracowaniem robiłam też sporo innych rzeczy, bo gdzieś po drodze zdałam wreszcie egzamin na prawo jazdy (wczoraj!), skończyłam i złożyłam swoją pracę magisterską z psychologii, odwiedzałam lekarzy i gotowałam 5 razy dziennie, a nawet na zupełnym spontanie byłam przez jeden dzień w Katowicach, dokąd jechałam pociągiem pełnym podpitych wojskowych i bez miejscówki, bo w pośpiechu kupiłam bilet w niewłaściwą stronę. Przy tym wszystkim sporo czytałam, oglądałam seriale (to dla mnie duże wyzwanie, bo jestem oglądaczem absolutnym, czyli jak patrzę w ekran, to nie robię nic poza tym), a nawet na początku miesiąca udało mi się wyskoczyć na mini-urlop.

Wrzesień w zmysłach

Obraz

Wspomnienie z naszego wyjazdu, czyli Szczycionek – jezioro i położona nad nim wieś, które odkryłam podczas rowerowego zwiedzania rodzinnych okolic narzeczonego (jak dobrze mieć wtyki na Mazurach). Początek września, ciepłe popołudnie, cudowne, wczesnojesienne światło… Coś niesamowitego.

szczycionek

Dźwięk

Poza odkryciem polecanego już w osobnym tekście zespołu Sans Parade, we wrześniu przypominałam sobie płyty moich ulubionych, indie-popowych dziewczyn – Florence + The Machine oraz Lykke Li. Najnowszej płyty Florence słucham nieprzerwanie od czerwca, Lykke Li wróciła do mnie niedawno, na fali jesiennego obniżenia nastroju – piosenka Sadness is a Blessing, choć już nie identyfikuję się z jej tekstem, do tej pory porusza czułą strunę w moim sercu.

 

Zapach

Są wzrokowcy, słuchowcy, a ja jestem węchowcem – potrafię czuć sympatię albo obrzydzenie wobec jakichś ludzi lub miejsc tylko ze względu na właściwy im zapach (wcale niekoniecznie obiektywnie brzydki) i z rozkoszą odkrywam nowe aromaty w postaci świec zapachowych i perfum. Podczas coraz dłuższych, domowo-kocykowych wrześniowych wieczorów towarzyszył mi przede wszystkim zapach dyni w rozmaitych wariantach – z cynamonem, z goździkiem, z szałwią, ciasteczkowej i wytrawnej, bardziej i mniej słodkiej.

dynia

1. Świeczka Kringle Candle Pumpkin Frosting (dużo ciacha i wanilii z dynią w tle) 2. Świeczka Kringle Candle Pumpkin Patch (bardzo korzenna, pierniczkowa, rozgrzewająca) 3. Świeczka Kringle Candle Pumpkin Sage (dynia fajnie przełamana ziołową świeżością szałwii) 4. Żel do mycia rąk Bath&Body Works Sweet Cinnamon Pumpkin (słodki i przyprawowy jak kultowa kawa ze Starbucksa) 5. Świeca Village Candle Autumn Comfort (mój ulubiony, połączenie dyni z drzewem sandałowym i syropem klonowym dodaje jej takiej otulająco-karmelowej głębi) 6. Świeczka Kringle Candle Apple Pumpkin (dynia w bardziej soczystej, lżejszej wersji) 7. Żel antybakteryjny Bath&Body Works Pumpkin Caramel Latte (cierpki, karmelowy, dla miłośników smakowej kawy). 

Smak

Od dwóch miesięcy stosuję firmowaną przez Annę Lewandowską dietę Healthy Plan By Ann – jestem z niej bardzo zadowolona i niebawem opublikuję na ten temat osobny tekst. Póki co wspomnę tylko, że bardziej niż klasyczną dietę program HPBA przypomina kurs zdrowego odżywiania – nie ma zakazów i nakazów, restrykcji i grożenia paluszkiem, jest za to radość z gotowania i mnóstwo świeżych, sezonowych produktów. Wrzesień upłynął mi więc pod znakiem dyni, grzybów, gruszek i śliwek: taka koncentracja na sezonowych warzywach i owocach – poza profitami związanymi z dostępnością i ceną – okazała się dla mnie fajnym, uważnościowym ćwiczeniem, pozwalającym w pełni zauważyć zmianę pór roku i celebrować ten przejściowy okres.

Odczucie(?)

I ostatni ze zmysłów – dotyk. Miałam z nim największy problem, który zaczął się już podczas wymyślania tytułu, bo co właściwie jest efektem dotykania? Kiedy myślę o doświadczaniu świata przez dotyk, do głowy przychodzą mi same wyświechtane skojarzenia – masaż, przytulanie, seks… A przecież jest tego dużo więcej. Dotyk to też powiew wiatru, który czujesz na skórze; miękkość kanapy, w którą zapadasz się po ciężkim dniu; ten komfort, kiedy przychodzisz do domu i zakładasz miękkie kapcie po całym dniu noszenia sztywnych butów. Krótko mówiąc,  doznanie tak powszechne, że czasami trudno je zauważyć, dlatego w przyszłym miesiącu chciałabym robić to bardziej świadomie i dotykać świata więcej.

Wrzesień w kulturze

We wrześniu wreszcie uporałam się z Małym przyjacielem Donny Tartt (recenzję znajdziecie tutaj) i pochłonęłam Małe życie Hanyi Yanagihary, o którym na pewno wrzucę tekst w przyszłym tygodniu (zrobiłabym to wcześniej, ale utonęłam w innych źródłach – Małe życie jest tym wdzięcznym przypadkiem, kiedy dyskusja o książce jest równie ciekawa jak sama powieść). Obecnie czytam Slow life Joanny Glogazy, której bloga uwielbiam, ale z samą książką mam póki co problem motywacyjny – nie umiem czytać poradników, szybko mnie nudzą i przerzucam się na coś, co ma fabułę.

Wrzesień to też dla mnie tradycyjnie czas powrotu do rozrywek przedekranowych, czyli filmów, gier i seriali, na które podczas krótszych, wiosenno-letnich wieczorów najczęściej nie mam ochoty. W tym miesiącu nadrobiłam ostatni sezon House of Cards i zabrałam się za największe guilty pleasure, jakie mogło przyjść mi do głowy, czyli Pretty Little Liars, bo odkąd sama szczęśliwie pożegnałam się z liceum, uwielbiam oglądać seriale o nastolatkach. Niestety, choć pomysł startowy jest świetny, ze Słodkimi kłamstewkami pewnie długo nie wytrzymam, bo bardzo trudno mi złapać wczutę (mam wrażenie, że PLL jest kierowany jednak do młodszej grupy odbiorczyń niż moje ulubione teen dramy, czyli Skins i Gossip Girl). Jeśli więc znacie inne seriale, które pomogą mi zaspokoić potrzebę dobrej highschoolowej fabuły bez zgrzytania zębami, będę wdzięczna za informację.

Last but not least, we wrześniu przeczytałam fantastyczny wywiad z Pawłem Łozińskim – reżyserem dokumentu Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham, który od niedawna można zobaczyć w regularnej, kinowej dystrybucji. Filmu jeszcze nie widziałam, ale nawiązująca do niego rozmowa w znakomity sposób pokazuje, czym jest psychoterapia i jak niesamowicie skomplikowaną kwestią są relacje dzieci z rodzicami. Bardzo mądre, bardzo prawdziwe, bardzo dojrzałe słowa. Wywiad możecie przeczytać tutaj: Miłość jak bicz. Tak cię przeproszę, że aż pożałujesz – z Pawłem Łozińskim rozmawiała Agnieszka Jucewicz. 

Wrzesień na blogu

We wrześniu rozprawiałam się z trudnymi emocjami: pisałam o smutku (» Hello sadness, my old friend) i o tym, jak dużą presję sama na siebie wywieram (» Nie zasługuję na ładny strój do ćwiczeń). Tłumaczyłam też, dlaczego staram się ograniczać zakupy i dzieliłam się swoimi wskazówkami dotyczącymi tego, » Jak kupować mniej. Pisałam też o moich przemyśleniach okołokulturalnych, krytykując » Małego przyjaciela Donny Tartt i polecając Wam idealny na chłodne, wrześniowe poranki fiński zespół » Sans Parade. We wrześniu rozpoczął się także projekt Jedna Mała Rzecz, w ramach którego zachęcam Was do podejmowania wyzwań rozwojowych w skali mikro – dwa pierwsze zadania możecie sprawdzić tutaj: #1 i #2. 

A jak Wam minął ten miesiąc? Czym karmiliście zmysły we wrześniu?

fot. główna Luis Llerena / Unsplash