W poszukiwaniu straconego spokoju, czyli dlaczego powstał ten blog

W poszukiwaniu straconego spokoju, czyli dlaczego powstał ten blog

Bardzo trafne wydają mi się słowa Wojciecha Eichelbergera: Utraciliśmy naturalną umiejętność odpoczywania i teraz musimy się jej na nowo uczyć. Dopiero niedawno zauważyłam, jak duży ja sama mam z tym problem.Wcześniej, przez parę lat dorosłego życia, coraz bardziej zacieśniałam więzy, które sama na siebie nakładałam. Zadania, które muszę wykonać koniecznie dzisiaj. Obowiązki, bez których zawali się cały świat. Plany tak ścisłe, że nawet telefon od mamy wytrącał mnie z równowagi, bo zaburzał perfekcyjny układ dnia. Byłam z siebie taka dumna, że w końcu się “ogarnęłam”, że “nie tracę czasu na głupoty”, że “wreszcie jestem taka zorganizowana”. Funkcjonowałam jak robot, codziennie wyrabiając normę i zaspokajając potrzeby wszystkich… z wyjątkiem samej siebie. Choć lubiłam to, czym się zajmowałam, po drodze zgubiłam gdzieś umiejętność czerpania przyjemności z życia i w pewnym momencie trudno mi było nawet odpowiedzieć na pytanie, co tak właściwie sprawia mi radość. Zakupy, gorąca kąpiel, masaż – wiedziałam, że dla zdrowia psychicznego “muszę się zrelaksować”, więc upychałam je w swoim planie dnia, poirytowana, że zabierają mi cenny czas, który mogłabym przeznaczyć na moje szalenie ważne obowiązki. W tych krótkich chwilach, kiedy nie miałam nic na głowie, czułam niepokój i od razu szukałam sobie nowego zajęcia.

Chwila opamiętania przyszła na początku tego roku. Energia nagle się wyczerpała, a ja poczułam, że doszłam do ściany, że jeśli się nie opamiętam, to zajeżdżę samą siebie na śmierć, bo jestem na dobrej drodze do spotkania ze starą znajomą – depresją, z której udało mi się wygrzebać 3 lata temu. Z trudem, bo przez tych parę pierwszych tygodni roku miałam ochotę już tylko leżeć pod kocem i płakać, zmusiłam się do aktywności – wróciłam na psychoterapię, zapisałam się na kurs uważności i rozpoczęłam mozolną pracę nad odzyskiwaniem spokoju i radości z życia.

Poszukiwania tej radości zaczęłam od… oglądania serialu, i to najgłupszego z możliwych, bo Wspaniałego stulecia. Poświęcenie kilku godzin na serial – na dodatek niezbyt ambitny – wydawało mi się do tej pory czymś nie do pomyślenia. Przez prawie miesiąc dzień w dzień śledziłam perypetie Hurrem i kochliwego sułtana – stało się to najfajniejszym punktem dnia, którego nie mogłam się doczekać. Szybko mi przeszło (głupota wątku hiszpańskiej księżniczki to jednak było too much), ale ta serialowa kuracja dała mi bardzo ważną wiedzę – mogę przez chwilę nie być szalenie mądra i produktywna, a świat się od tego nie zawali. Cóż za wspaniałe odkrycie!

Krok po kroku, zaczęłam sobie przypominać co lubię i co jest dla mnie ważne. Rekonstruowałam potrzeby i te czynności, które dawały mi przyjemność, zanim zagłuszył je obowiązek. Zastanawiałam się, co faktycznie lubię robić, o czym marzę, czego chciałabym spróbować i próbowałam te (czasem naprawdę bardzo drobne) marzenia realizować. Zaczęłam też pracować nad usunięciem z mojego życia tego, czego w nim nie chcę i uczyć się, jak nie przyjmować na swoje barki zbyt wiele. W dobie wszechogarniającej motywacji sukcesu to ciężka sztuka i czasem zastanawiam się, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku, ale wierzę, że idę w dobrą stronę.

Założenie bloga Calm Station to dla mnie kolejny etap tej pracy: powrót do blogowania, którym zajmuję się właściwie „od zawsze“ (pierwszego bloga pisałam jako 13-latka, jeszcze w ciężkich czasach sprzed Neostrady). Zawsze uwielbiałam pisać i chciałam związać z tym moją przyszłość, ale z biegiem czasu przyjemność wyparły presja i oczekiwania – tak silne, że teraz stworzenie jakiegokolwiek tekstu wymaga ode mnie wielu godzin „zbierania się” i pokonania naprawdę dużego oporu wewnętrznego. Nawet ten bardzo spontaniczny tekst poprawiam po raz piąty, bo wciąż wydaje mi się koślawy i niewystarczający.

Z drugiej strony, wierzę, że ten blog może stać się – i dla mnie, i dla Was – takim miejscem, w którym w trudnych chwilach odnajdziemy spokój. Chcę, żeby pomagał nam lepiej radzić sobie z codziennym stresem, oswajać i poznawać trudne emocje, a przede wszystkim – uczyć się szacunku do samych siebie i wiary w to, że cokolwiek czujemy i jak bardzo nasze emocje nie odbiegałyby od powszechnie przyjętego wzorca, to wszystko jest okej. Chciałabym zachęcać Was do drobnych zmian, ćwiczeń i eksperymentów. Bardzo ważne są dla mnie tematy slow life i uważności, ważny jest też minimalizm (choć raczej w sferze duchowej niż materialnej, bo jestem niepoprawną kolekcjonerką wszystkiego, wierzę, że moje przedmioty mają uczucia i mimo podejmowanych prób nie jestem w stanie usunąć tych zbiorów z mojego życia). Z pewnością znajdziecie tu także teksty na lżejsze tematy, dotyczące wspaniałych obrazów, smaków czy zapachów, bo to dzięki nim najłatwiej mi odnaleźć spokój.

Na zakończenie kilka słów o mnie. Mam na imię Matylda, datą urodzenia załapuję się jeszcze na lata osiemdziesiąte, urodziłam się i mieszkam w Warszawie. Z wykształcenia jestem polonistką i psychologiem – oba kierunki wybrałam z pasji, bo moim zdaniem mówią dokładnie o tym samym, choć używając innych środków wyrazu. Wbrew tym bardzo humanistycznym kwalifikacjom, mam raczej ścisły umysł, który dobrze się sprawdza w planowaniu i myśleniu strategicznym, za to kompletnie gubi podczas niezobowiązujących „rozmów o wszystkim“. Jestem bardzo podatna na stres, nadwrażliwa i – mimo wielu lat pracy nad sobą – gdzieś tam z tyłu głowy cały czas słyszę głosik, który mówi, że jeśli nie umiem czegoś zrobić najlepiej ze wszystkich, to lepiej nie próbować wcale. Uczę się czerpać z tych cech to, co dobre, i neutralizować ich negatywne skutki. Spokój przynoszą mi długie spacery, gotowanie i leniwe wieczory w towarzystwie książki, narzeczonego i kotów.

Oficjalnie więc – startujemy. Hey, ho, let’s go! 

foto – Tomek Gocławski czyli Narz.