#Tu i teraz: październik 2017

#Tu i teraz: październik 2017

Choć u wielu osób budzi to zdziwienie, październik jest zdecydowanie moim ulubionym miesiącem. Uwielbiam go przede wszystkim za ten krótki moment przepychu jesiennej urody natury. We wrześniu wszystko jest jeszcze przeważnie zielone, w listopadzie – już szarobrunatne, ogołocone z życia. Za to październik… To zbieranie kasztanów i spacerowe szuranie wśród żółtych i czerwonych liści. To zapach korzennych przypraw i taszczenie do domu dyni. To moje ulubione święto z importu, czyli Halloween. Wiecznie marznące dłonie i stopy, dzięki którym przypominam sobie, jak wielkim szczęściem jest kubek ciepłej herbaty, kran z gorącą wodą i kocyk. Październik to taki mój miesiąc naturalnej wdzięczności za życiowy komfort i rozkoszy płynącej z opatulania się (i w tym czysto fizycznym, i bardziej psychicznym sensie). Takie moje hygge po polsku, tylko z większą ilością znaków diakrytycznych 😉

W takim właśnie nastroju przystępuję do pisania najnowszego tekstu z cyklu tu i teraz. Jakie dźwięki, słowa i nastroje towarzyszą mi w październiku?

# Słucham

Muzyki z nowego Blade Runnera. Kiedyś byłam wielką miłośniczką muzyki filmowej. Odkąd więcej piszę, czuję, że ta sympatia wraca – sprawia moim uszom wielką przyjemność, a jednocześnie nie rozprasza mnie podczas pracy. Soundtrack do Blade Runnera 2049 zrobił na mnie wrażenie już w trailerach, a po obejrzeniu filmu na długo pozostał mi w głowie. Wiem, że zdaniem wielu osób jest kiepski i nie dorasta do pięt skomponowanej przez Vangelisa muzyce do pierwszej części, ale moim zdaniem równie dobrze spełnia swoją rolę. Monumentalny, industrialny i dziwny – świetnie pasuje do opowiadanej historii.

 

Podczas redagowania tego tekstu odpaliłam też po raz pierwszy nową płytę St. Vincent i jeden z utworów spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłam na gorąco się nim z Wami podzielić. Los Ageless jest super! Choć teledysk nieco mnie przeraża 😉

 

# Czuję się

Ostatnio czułam się trochę rozczarowana samą sobą. Tak często piszę tutaj o tym, jak ważne jest pozwalanie samej sobie na przyjemności . Jak łatwo na własne życzenie narzucić samej sobie dyktaturę przymusu. I do czego prowadzi takie życie, w którym konieczności przesłaniają wszystko. Problem w tym, że sama muszę się w tej kwestii bardzo pilnować, bo wystarczy na chwilę spuścić siebie z oka i wszystko zaczyna się od początku. To temat na osobny, dłuuugi tekst, który wkrótce się tutaj pojawi. Póki co dość powiedzieć, że czuję się na samą siebie naprawdę zła. Na szczęście, to taka „sportowa złość“ – motywująca do podjęcia natychmiastowych działań. Robię to od kilku dni i już widzę efekty.

# Chciałabym

Mieć Dać sobie czas na tworzenie własnych, zdrowszych wersji słodyczy. Zebrałam kilkanaście fantastycznych przepisów, które chciałabym w najbliższych tygodniach wypróbować. Czy jest na to lepsza pora niż jesień? 🙂

 

# Jestem wdzięczna za

Jesienią wdzięczność przychodzi mi z łatwością. Im gorzej za oknem, tym mocniej doceniam to, co właśnie mam. Ciepły kot, ciepły koc, ciepła herbata, ciepły kaloryfer. I ciepłe kąpiele w wannie w niedalekiej perspektywie, bo wielkimi krokami zbliża się nasz remont łazienki 🙂

# Pracuję nad

Układaniem planu dnia w trochę inny sposób – tak, by codziennie zarezerwować w nim sobie trochę miejsca na przyjemności. I nad tym, by te przyjemności potem faktycznie realizować, a nie odkładać je na następny dzień z wyimaginowanego braku czasu. Brzmi fajnie i łatwo, ale to dla mnie spore wyzwanie. 

# Cieszę się

Z decyzji finansowych podjętych w pierwszej połowie roku, dzięki którym obecnie żyje nam się o wiele spokojniej i lepiej. Kwestie finansowe są dla mnie prywatnym obszarem i raczej nie mam potrzeby opowiadać o nich na blogu, ale spokój, który czuję, jest tak duży, że chciałabym się nim z Wami podzielić.

Kilka miesięcy temu udało mi się sprzedać stary, odziedziczony dom. Przynosił wprawdzie zyski, ale też masę problemów. Wydawało mi się jednak, że muszę kurczowo trzymać się tego co jest, bo przecież „zawsze może być gorzej“. Zupełnie nie zauważałam tej drugiej strony medalu – że równie dobrze może być o wiele lepiej. Po sprzedaży odetchnęłam z ulgą, a z mojego życia zniknęło naprawdę dużo problemów, negatywnych emocji i stresu. Na kolejnej płaszczyźnie sprawdziła się stara zasada – jeśli jakaś sytuacja dużo cię kosztuje, samo wyjście z niej już jest korzyścią, choć często wiąże się z naprawdę dużym natężeniem lęku.

# Uczę się

Od ponad miesiąca uczestniczę w moim stażu psychoterapeutycznym. Choć odbywa się późno, a zajęcia zaczynają się w porze, w której normalnie staram się już układać na kanapie na wieczorny relaks z książeczką, wracam z niego podekscytowana i naładowana energią. To dla mnie czytelny dowód na to, że jestem we właściwym miejscu i że warto dalej rozwijać się w tym kierunku.

# Czytam

Skończyłam lekturę Szczęścia. Poradnika dla pesymistów Olivera Burkeman. Jeśli jesteście ciekawi wrażeń, to mój tekst na jej temat możecie znaleźć na blogu (tak w dużym skrócie: podobała mi się bardzo!). Obecnie czytam niedawno wydany po polsku debiut Hanyi Yanagihary Ludzie na drzewach, ale choć język powieści jest przepiękny, nie czuję póki co takiego zachwytu jak przy Małym życiu. Łakomie spoglądam więc na stosik łupów z IV edycji Wielkiej Książkowej Wymiany – tyle ciekawych lektur! Coś mi się zdaje, że końcówka roku będzie czytelniczo wyjątkowo intensywna i nie mogę się już tego doczekać ❤

 

# Oglądam

Od ostatniego podsumowania przez moją netfliksową bibliotekę przewinęło się kilka nowości. Serial Dawno, dawno temu, o którym wspominałam we wrześniowej edycji cyklu, porzuciłam po trzecim sezonie. Mam wrażenie, że pomysł się wypalił, wydarzenia zupełnie straciły rozpęd, a moi ulubieni bohaterowie – charakter. Obejrzałam kilka odcinków The Affair, ale chociaż podoba mi się zabieg związany z przedstawianiem historii z dwóch różnych perspektyw, to serial nie wciągnął mnie na tyle, by pochłaniać go w zawrotnym tempie.

W ostatni weekend szukałam za to czegoś lekkiego dla mózgu, z dużym stężeniem teen dramy i padło na Riverdale. Serial bardzo zgrabnie łączy wątek kryminalny z obyczajowym ciepłem małego miasteczka – moim zdaniem jest dużo mniej mroczny niż sugerują to zwiastun i pierwszy odcinek. Poza tym kadry są tak ładnie skomponowane, a wszyscy aktorzy tak śliczni, że niezależnie od fabuły patrzenie na niego sprawia mi przyjemność 🙂

 

Z okazji naszej związkowej rocznicy byłam też w kinie na nowym Blade Runnerze. Przy tej okazji dotarło do mnie, jak bardzo w sumie ja, mój mąż i nasi przyjaciele jesteśmy geekami. Nie mogliśmy doczekać się tej premiery od początku roku, nie zliczę ile razy przed pójściem do kina obejrzałam ten trailer. Tymczasem, w naszym środowisku premiera najnowszego filmu Denisa Villeneuve’a przeszła bez większego echa. A jeśli już ktoś był, to z reguły strasznie się nudził. No cóż 😉

Mnie w każdym razie Blade Runner 2049 się szalenie podobał. Sama się trochę dziwię, że aż tak bardzo, bo kiedy o nim myślę, widzę sporo niedociągnięć. Mimo wszystko jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu i z przyjemnością zobaczyłabym go niebawem jeszcze raz. Zachwyciły mnie niesamowita scenografia, ostentacyjna powolność narracji i hiperestetyzm kadrów. Nie wydaje mi się też, żeby problematyka filozoficzna tej części rażąco odstawała od pierwowzoru. No i nieoczekiwany efekt uboczny: po tym filmie polubiłam Ryana Goslinga. Niewiarygodne, a jednak 😉

Blade Runner 2049

# Czekam na

Nadchodzący remont. Zanim zacznie się na dobre, minie pewnie jeszcze kilka miesięcy, bo ciągle coś nas od niego odsuwa. Ja jednak już teraz poświęcam dużo czasu na planowanie szczegółów, zwłaszcza że szykuje się całkiem poważna operacja – będziemy zmieniać układ pokojów. Poza tym, taki remont to świetna okazja do zrobienia gruntownego przeglądu stanu posiadania i rozprawienia się z tymi rzeczami, które zalegają w naszym domu od lat. Nie mogę się już tego doczekać.

Jak Wasze tu i teraz w październiku?

#Tu i Teraz to cykl zapoczątkowany przez Kasię Mistacoglu – autorkę Worqshop.pl | Fot.: Shelby Deeter / Unsplash

  • Czuję teraz niesamowite pokrewieństwo dusz z Tobą, bo ten pierwszy akapit o październiku mogłabym w całości podawać za swoje odczucia – w tym miesiącu samo bycie na tej planecie jest dla mnie źródłem ogromnej radości. Nie mogę się nadziwić temu, jak piękne może się wtedy stać nawet miasto szare i rozkopane jak Poznań. Od razu przypomina mi się też ten cytat z Ani z Zielonego Wzgórza, który chyba udostępniałaś kiedyś na swoim fanpage’u. W październiku jestem Anią z Zielonego Wzgórza. 🙂
    Wiesz, z – jak to ładnie zauważyłaś – dawaniem sobie czasu na przyjemności mam bardzo podobnie, zresztą pisałyśmy o tym ostatnio w komentarzach u mnie. Cieszę się, że tak nad sobą pracujesz w tym zakresie – ja też się staram, ale niewiele postępów mogę jeszcze zaraportować. Zazdroszczę remontu – wanna to coś, o czym marzę od dawna. 🙂
    Wygląda na to, że październik to też miesiąc dobrych życiowych decyzji – bo cieszysz się jednak ze sprzedaży domu, chodzisz na interesujący staż i wspominałaś też o rocznicy związku. 🙂 U mnie takim miesiącem na ogół jest sierpień – jakoś tak zazwyczaj dzieją się wtedy ważne dla mnie rzeczy.
    Na koniec wreszcie Blade Runner, którego nie mogę się już doczekać. Także ze względu na Ryana Goslinga!
    Dobrego października i ściskam! 🙂

    • Oj tak, uwielbiam ten cytat z „Ani”! Miałam go nawet podpiąć pod notkę, ale facebookowy skrypt mnie zawiódł 😉
      Faktycznie, październik jest też dla mnie miesiącem dobrych decyzji. Choć to się chyba rozciąga na całą jesień, czas między wrześniem a listopadem zawsze jest dla mnie ważny i dobry. Bardzo się ucieszyłam, że o tym napisałaś (i że u Ciebie też jest taki miesiąc – sierpień), bo ja od wielu lat zauważam, że moimi miesiącami i porami roku rządzą pewne wzorce. Lubię ją obserwować i ten rytm wydaje mi się w jakiś sposób naturalny (choć chyba odwrócony, bo moim najgorszym momentem jest wczesna wiosna), ale czasem się zastanawiam, czy to nie wymyślona teoria, którą sobie nadpisałam – coś jak horoskop 😉 Bardzo mnie więc ciekawi Twój stosunek do tych corocznych rytmów 🙂
      Mam nadzieję, że „Blade Runner” Ci się spodoba i niecierpliwie czekam na Twoje wrażenia po seansie 🙂

      • Na pewno dam znać, chociaż zupełnie nie mam pojęcia, kiedy się wybierzemy. 🙂 No popatrz, ciekawie, że też zaobserwowałaś u siebie coś podobnego. Sama zastanawiam się, na ile sierpień to mój ważny miesiąc a na ile to po prostu samospełniające się proroctwo. Wiosna i dla mnie bywa trudna, bo na ogół po zimie brak sił, a zanim nadejdą nowe nadchodzi trudny czas budzenia się do życia na rezerwach paliwa… W każdym razie, odpowiadając na Twoje pytanie, wierzę, że takie coroczne rytmy jak najbardziej istnieją. Inna sprawa, że pewnie też podlegają zmianom w miarę, jak dojrzewamy… Jak to jest u Ciebie?

        • Hm, mnie trudno sobie przypomnieć jakieś zmiany tych rytmów na przestrzeni lat. Mam wrażenie, że odkąd świadomie zwracam na to uwagę (czyli na pewno od czasów liceum) wzorzec wygląda dosyć podobnie. Z drugiej strony, tak jak obie pisałyśmy – to są jednak bardzo ogólne wzorce, związane z dosyć powszechnymi skojarzeniami i każdego roku łatwo je uzupełnić 😉 Myślę sobie jednak, że nawet jeśli przy tej okazji zachodzi jakaś praca interpretacyjna, to pielęgnowanie własnego rytmu rocznego jest w gruncie rzeczy bardzo fajnym zjawiskiem. Na pewno pogłębia umiejętność wsłuchiwania się w siebie i choćby dlatego warto je pielęgnować.

  • Marta codziennosci.pl

    Ja uwielbiam całą, nawet szaro-burą jesień. Już pod koniec sierpnia zmienia się zapach ziemi, że tak powiem. Czuć jakiś taki chłód, wilgoć, nostalgię… Uwielbiam!
    A cóż to za cytat, bardzo o niego proszę 🙂

  • Pingback: Moje małe sukcesy ekologiczne - Calm Station()