TU I TERAZ: maj 2017

TU I TERAZ: maj 2017

Po ponad dwumiesięcznej przerwie powracam do mojego ulubionego, blogowego cyklu. Zamiast czekać z nim na koniec miesiąca i traktować jak podsumowanie minionego czasu, postanowiłam trochę przełamać rutynę i bez głębszego zastanawiania się opublikować tekst właśnie teraz. Ot, 9 maja, aktualnie słoneczny i z perspektywy mieszkania całkiem wiosenny wtorek (choć podobno przegapiłam już poranny śnieg!). Takie działanie wydaje mi się też bardziej zgodnie z duchem cyklu. W końcu tu i teraz jest tym, co towarzyszy nam dokładnie w tym momencie. Codziennością nieperfekcyjną, niedopracowaną, niezamkniętą; i taki właśnie jest dzisiejszy tekst. Wtorkowy, pisany spontanicznie i z doskoku, dla czystej przyjemności przelewania myśli na papier, o której istnieniu rzadko zdarza mi się ostatnio pamiętać.

słucham:

Podczas mojego wyjazdu do Szwajcarii bardzo dużo czasu spędzałam w autokarze. Żeby jakoś to przetrwać, przed podróżą uzbroiłam się w kilka audiobooków. Oczyma wyobraźni widziałam już, jak po powrocie – zachwycona tym alternatywnym sposobem poznawania tekstów – maksymalizuję swoją produktywność, słuchając książek non stop, podczas zakupów, spacerów i w korkach. Rzeczywistość zweryfikowała moje plany, bo u mnie ten system zupełnie nie działa. Próbowałam słuchać Shantaram i w efekcie doszłam tylko do wniosku, że muszę kupić sobie tę książkę w papierowej formie i zacząć ją od początku. Mimo że treść bardzo mnie ciekawiła, podczas słuchania trudno było mi utrzymać koncentrację. Nie delektowałam się językiem, nie czułam klimatu, wyłapywałam tylko najważniejsze fakty. Drażniło mnie też tempo odczytywania tekstu – ja sama czytam bardzo szybko i to, czego wysłuchałam w tydzień, w formie standardowej pochłonęłabym pewnie w ciągu jednego dnia. Wychodzi więc na to, że ta piękna wizja czytania bez czytania w moim przypadku nie dojdzie do skutku 😉

Plany na 2. kwartał

Przeczytaj: Moje plany na 2. kwartał 2017 roku

czuję się:

Ostatnio czuję się trochę zagubiona. Wbrew pozorom, ten stan nie musi się wiązać wyłącznie z negatywnymi emocjami. Mnie jest w moim zagubieniu bardzo przyjemnie, bo żeby nie podejmować trudnych decyzji, skupiam się na organizowaniu sobie otoczenia i robieniu sympatycznych, kojących rzeczy. Mimo wszystko, czuję że ostatnio gdzieś dryfuję. I choć wiem, że zdrowo było na jakiś czas odpuścić ster, mam ochotę ponownie wziąć go we własne ręce.

Nic nie musisz

Przeczytaj: Naprawdę, nie muszę!

chciałabym:

Robić więcej zdjęć i nie wymagać od nich perfekcji. Najpopularniejszym Instagramowiczom zazdroszczę nawet nie tyle doskonałych kadrów, ile umiejętności regularnego dokumentowania swojej codzienności i czynienia z niej dzieła sztuki. Ja sama rzadko sięgam po aparat i najczęściej czuję się rozczarowana efektami swojej pracy. Podczas podróży postępowałam jednak zupełnie inaczej – spontanicznie robiłam zdjęcia wszystkiemu i kręciłam mnóstwo filmów. Robiłam to głównie z myślą o narzeczonym, żeby móc podzielić się z nim doświadczeniami po powrocie, ale przy okazji odkryłam, że i dla mnie ma to dużą wartość. Z tego powodu mam ochotę wziąć udział w jakimś wyzwaniu fotograficznym, które pomoże mi wyrobić sobie fotograficzny nawyk. Może znacie jakieś, które moglibyście mi polecić?

jestem wdzięczna za:

Dzisiejsze słońce. Brakuje mi takiej typowej wiosny – kiedy jest już ciepło i ładnie, ale wciąż rześko. Nie lubię pogodowych skrajności i najbardziej cenię sobie właśnie te miesiące, kiedy temperatura utrzymuje się w granicach 10-20 stopni. Mam niestety poczucie, że w kolejnych latach może ich być coraz mniej.

pracuję nad:

Swoim bullet journalem. Jak wspominałam na Facebooku, na początku podchodziłam do tego tematu bardzo sceptycznie, ale teraz naprawdę mnie wciągnął. Prowadzenie swojego bujo traktuję przede wszystkim jako terapię perfekcjonizmu. Nieudane rysunki, koślawe literki, źle wymierzone odległości i rubryki przeznaczone na miesiąc, do których po 3 dniach nie mam ochoty wracać – takie błędy są nie do uniknięcia. Uczę się je akceptować i odpuszczać.

cieszę się:

Z powrotu do moich codziennych nawyków związanych z jedzeniem. Ostatnie tygodnie były dla mnie pod tym względem dosyć chaotyczne. Najpierw mało czasu i jedzenie czegokolwiek w biegu. Potem Święta, podczas których zupełnie sobie odpuściłam i cieszyłam się żywnościowym dobrobytem 😉 Wreszcie wyjazd, podczas którego moim podstawowym pożywieniem były pakowane kanapki, ziemniaki i roztopiony ser. Stęskniłam się za bardziej lekkostrawną kuchnią i moim codziennym, stałym rytmem. Tym bardziej, że wykształcanie codziennych nawyków przychodzi mi z trudem i kiedy jakiś już uda mi się stworzyć, jestem z siebie bardzo dumna 😉 W kwestii diety, wciąż korzystam z aplikacji Healthy Plan By Ann, którą opisywałam kilka miesięcy temu.

photo-1455099229380-7b52707e356a

Przeczytaj: Moje pierwsze udane podejście do diety, czyli 2 miesiące z Healthy Plan By Ann 

uczę się:

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, ale… rany, niczego się nie uczę! Żadnych studiów czy dodatkowych kursów. Żadnych tutoriali, wyzwań rozwojowych, czy chociażby zmieniających życie poradników. Takie właśnie dryfowanie, o którym pisałam wcześniej. Ale plan na kolejny etap nauki już oczywiście jest (wiedziałam, że długo bez tego nie wytrzymam), więc traktuję ten czas jako umysłową regenerację. Czuję, że za kilka miesięcy mogę bardzo potrzebować tej energii.

czytam:

Zupełnie jak nie ja – osoba, dla której rozpoczynanie nowej książki przed skończeniem starej jest świętokradztwem – czytam obecnie kilka tytułów jednocześnie. Kończę drugi tom Mojej walki Karla Ove Knausgårda, przeglądam Potęgę kiedy Michaela Breusa i zachwycam się urokliwym poczuciem humoru w Historii wewnętrznej Giulii Enders. Podczas wyjazdu zaczęłam też czytać Księgę ryb Williama Goulda Richarda Flanagana, ale byłam tak zmęczona, że postanowiłam ją sobie odpuścić (po tych kilku przeczytanych stronach wydała mi się przepiękna i smakowita językowo, szkoda mi było marnować jej urok). Nie zapominajmy wreszcie o Shantaram, które w jakimś sensie też czytałam, choć uszami… Brr, na szczęście wkrótce dotrze do mnie w jedynej słusznej, papierowej wersji. Moimi wrażeniami czytelniczymi z przyjemnością podzielę się z Wami w osobnym tekście.

oglądam:

W ciągu kilku ostatnich dni przerobiłam Wielkie Kłamstewka (Big Little Lies) HBO. Początkowo byłam zachwycona: podobały mi się marzycielska muzyka, fantastyczne, wartkie dialogi i (jak mi się zdawało) głębia psychologiczna postaci. Z każdym odcinkiem było jednak trochę gorzej i ten początkowy zachwyt w finale zamienił się w sporą irytację. Mam wrażenie, że końcowe rozwiązanie zagadki spłyca wydźwięk wcześniejszych odcinków, a wszystkie poboczne problemy kończą się zbyt gładko (albo wcale się nie kończą). Z perspektywy psychologicznej spodobało mi się za to przedstawienie zespołu stresu pourazowego, na który cierpi jedna z bohaterek – niełopatologiczne, metaforyczne i co ciekawe trafne klinicznie. Przyjemnie oglądało mi się również pokazywane w serialu rozmowy z terapeutami, dalekie od stereotypu shrinka z serialów obyczajowych sprzed kilku lat (całe szczęście).

Big Little Lies | Wielkie Kłamstewka HBO

Wielkie Kłamstewka Big Little Lies 

czekam na:

Ślub! To teraz moje największe zadanie i w tym organizacyjnym, i emocjonalnym sensie. Chcę pozwolić sobie na doświadczenie tych ostatnich tygodni z pełną intensywnością, zanim poszukam nowych wyzwań.

A jakie jest Wasze tu i teraz? Co Wam przynosi maj?
  • Megly

    Mnie czas w autokarze zawsze uspokaja i wycisza.
    Znam też uczucie przyjemnego zagubienia. Nie zawsze musi ono kojarzyć się pejoratywnie…
    O tym serialu słyszałam. Gdy znajdę chwilę, z chęcią się mu bliżej przyjrzę.
    A ślub – do dopiero wielki dzień! Będzie wspaniale 🙂
    Pozdrawiam cieplutko 🙂

    • Na mnie też autokar potrafi działać kojąco, choć przodują w tym zdecydowanie pociągi 😉

  • Jeśli chodzi o fotografię to Dominika Dzikowska (Studio Miłość) niedawno robiła takie wyzwanie. Tutaj jest link do jej grupy na fb https://www.facebook.com/groups/1030568283753642/ – znajdziesz tam wiele ciekawych informacji. Polecam też jej profil na insta bo pokazuje jak zrobić konkretne zdjęcia, jakich „trików” używa, jak ustawić aparat itp.

    • Dziękuję! Samą Dominikę i jej wskazówki kojarzę, ale nie wiedziałam, że organizowała wyzwanie.

  • Oczekiwanie na ślub – piękny czas…Stresujący, ale piękny 🙂 Poczucie zagubienia w pozytywnym wydaniu – tu mnie mocno zaskoczyłaś…

    • Może nie dokładnie w pozytywnym wydaniu, raczej – bez takiej często towarzyszącej temu wrażeniu nerwowości 😉

  • Z audiobookami jest tak, że trzeba trafić na idealne pod siebie. Historia, lektor, tempo… i jeszcze wiedzieć, kiedy mamy umysł otwarty na słuchanie, taki zdolny pomieścić ulatniające się szybko słowa. Ja mam taki moment tylko podczas edycji zdjęć i długiej jazdy samochodem – w każdej innej sytuacji łatwo się rozpraszam i trudno mi nadążyć za książką. I tak jak mówisz: nie każdą książkę da się tak przesłuchać 🙂 Mi pasują tylko te bardziej konkretne, poradnikowe, biograficzne (Steve Jobs Isaacsona <3) lub z prostą, liniową fabułą (wiele dobrych książek ma liniową fabułę, polecam do słuchania np. Wyznania Gejszy). Może takie lepiej by się u Ciebie sprawdziły? Sama wypożyczam sporo książek do słuchania i wiele odrzucam z tych samych powodów, o których piszesz, dlatego pomyślałam, że u Ciebie może sprawdzić się to, co u mnie. 🙂
    Twoje tu i teraz bardzo wyciszające i zatrzymujące w życiowym biegu. U mnie było tak w kwietniu – w maju mam wrażenie, że budzę się do życia! 🙂 I mam mnóstwo motywacji do działania i nowych rzeczy. Życie jest bardzo sinusoidalne i mam wrażenie, że te sinusoidy są mega potrzebne. 🙂

    • Aneta, przede wszystkim podziwiam Twoją samoświadomość w kwestii audiobooków! Myślę, że to bardzo cenne i że dzięki temu faktycznie wyciągasz z tej formy lektury(?) to, co najlepsze. Rzeczywiście, mam poczucie, że Twoje wskazówki mogą się u mnie sprawdzić. Kilka lat temu podczas studiów przesłuchałam w formie audio kilka takich właśnie poradnikowo-instruktażowych lektur i całkiem nieźle to wspominam. „Wspomnienia gejszy” akurat czytałam, widziałam i w ogóle dosyć dobrze je pamiętam mimo chyba 10 lat od lektury, ale mam jeszcze do przesłuchania ostatnie „Millenium” – myślę, że taka prosta, kryminalna fabuła faktycznie mogłaby sprawdzić się lepiej.
      Fajnie, że napisałaś o tych sinusoidach, bo dużo ostatnio o tym myślę. Moje życie faktycznie jest bardzo sinusoidalne, ale zawsze postrzegałam to jako cechę właściwą mojej osobowości, pewien defekt, który nie występuje u tych „innych, normalnych” ludzi. A od jakiegoś czasu dociera do mnie, że – no właśnie – te częste zmiany to nie żadna moja wada, tylko w życiu tak po prostu jest 😉

      • Z tą samoświadomością w kwestii audiobooków to bym nie przesadzała 😉 Zaczynam naprawdę sporo, a kończę niewiele z nich. 🙂 Ale bez napinki. Nie wszystko musi być idealnie trafione. Cieszę się, że jeszcze szukasz dla siebie, bo na stówę prędzej czy później znajdziesz dobry nurt. 🙂

        Co do sinusoid – masz na myśli, że tak powiem, nastroje, czy to, jak wyglądają dni? Bo jeśli to pierwsze, właśnie czytam u Osho, że najgorszą skrajnością jest strach przed skrajnościami 😀 i chęć ciągłego pozostawania po środku (gdzie nie ma co prawda szalonego entuzjazmu, ale też nie ma bólu i smutku). Bo harmonię osiąga się naturalnie balansując między jedną skrajnością i drugą (smutkiem – radością), a nie stojąc w miejscu. <3

        • Myślałam raczej o tym, jak wyglądają dni. A właściwie o tej dłuższej perspektywie czasowej – na przestrzeni miesięcy i lat widzę pewien stały rytm, jeśli chodzi o np. moją organizację czasu, cele życiowe albo zapotrzebowanie na aktywności. Jeśli chodzi o nastroje, to jednak takie kursowanie między skrajnościami wydaje mi się trochę niepokojące i nie wspominam dobrze tego etapu w moim życiu. Ale jak to u Osho – myślę że w tych pozornie wywrotowych słowach może kryć się dużo mądrości 🙂

          • Tak, faktycznie Osho bywa wywrotowy, ale tę kwestię chyba ja źle przedstawiłam. Miałam na myśli przesuwanie się od radości i smutku (nie koniecznie skrajnych ich postaci) – Osho podał tu metaforę spacerowania po linie – żeby iść do przodu nie możemy pozostawać po środku, ale przenosić balans raz w lewo, raz w prawo. Dlatego potrzebne w życiu są i radość i smutek. 🙂 Sorry za niejasne przedstawienie 🙂

          • OK, jeśli o to chodzi – pełna zgoda 😉

  • Dla mnie też słońce jest wybawieniem. Nie umiem bez niego funkcjonować choć bardzo się staram wmawiać sobie, że bardzo mi się chce i że bardzo mogę. 😀 Chyba muszę zamieszkać gdzieś gdzie słońce gości częściej 😀 Super, że zaczęłaś swoją przygodę z Bullet Journallem. Mam nadzieję, że to dla Ciebie fajna kreatywna zabawa 😉

    • To prawda, wystarczy że zaświeci słońce i od razu trochę bardziej się chce. Choć ja akurat cenię sobie tę pogodową różnorodność i mieszkanie w cieplejszym klimacie, w którym słońce świeci non stop, byłoby dla mnie zdecydowanie zbyt męczące 😉

  • Wiesz co, do jutra trwa wyzwanie fotograficzne „Mój dzień godzina po godzinie” – jeszcze zdążysz. 🙂 Sama biorę udział i chętnie obejrzałabym Twoją codzienną rutynę w takim wydaniu. Tutaj możesz przeczytać więcej: http://niebalaganka.pl/moj-dzien-zdjeciach-2017/
    Mam nadzieję, że wyjazd do Szwajcarii Ci się udał. 🙂 I wydaje mi się, że takie dryfowanie raz na jakiś czas może mieć zbawienne skutki. Za chwilę zresztą bierzesz ślub i chociaż dzisiaj nie jest to już tak duża zmiana w stylu życia, jaką byłaby dla nas kilkadziesiąt lat temu to nadal uważam, że to znaczący moment w życiu człowieka. Może ta potrzeba odpuszczenia wynika z tego właśnie? Tak czy inaczej wierzę, że za jakiś czas znajdziesz w sobie siłę i chęć do tego, by chwycić ster w swoje ręce. 🙂 W takich momentach zresztą nasz nowy kierunek często dojrzewa w nas samoistnie, poza naszą świadomością.
    Z audiobookami mam podobnie – również denerwuje mnie to, że poznaję historię wolniej, niż gdybym czytała ją w druku. Ja w ogóle średnio przyswajam informacje ze słuchu także słowo pisane będzie u mnie zawsze górą. 🙂
    Również brakuje mi tych bardziej pośrednich momentów w roku – słynnego polskiego przedwiośnia, potem wiosny, lata, złotej polskiej jesieni… Na szczęście jest już jednak dość ciepło i słonecznie: mam nadzieję, że reszta Twojego maja upłynie w jak najprzyjemniejszej atmosferze. 🙂

    • O! To może faktycznie uda mi się załapać na wyzwanie rzutem na taśmę. Ty już sfotografowałaś swój dzień, czy będziesz to robić dopiero jutro?
      To prawda – też myślę, że ślub jest ważnym momentem i chcę móc poświęcić mu w tym ostatnim okresie całą swoją uwagę, zamiast zajmować się tym wszystkim przy okazji. Zgadzam się też z tym, co piszesz, że często nowy kierunek dojrzewa w nas samoistnie. Myślę, że często pauza służy właśnie temu: odpuszczeniu wszystkich tych możliwości, planów i obaw, i pozwoleniu, by w naturalny sposób ułożyły się same w najlepszą dla nas konfigurację. Mam zresztą takie poczucie, że moje pomału się właśnie układają, ale zamiast rzucać się w wir nowych projektów i jak zwykle skakać na główkę, staram się jeszcze trochę wytrzymać w tym stanie zawieszenia.
      No i ja też zdecydowanie jestem wzrokowcem – pamiętam, że na początku studiów miałam duży problem z wykładami przedstawianymi przez profesorów starszej daty, bez żadnych wizualnych pomocy (i w auli, w której nikt nawet nie słyszał o czymś takim jak rzutnik :P).

      • O kurczę, dopiero zobaczyłam Twoją odpowiedź – fotografowałam wczoraj i dodałam post dzisiaj. Załapiesz się? 🙂 Jak nie to zawsze można takie wyzwanie zrobić po prostu dla siebie.
        Cieszę się, że Twoje sprawy się układają – fajnie też, że sama to widzisz, a jednocześnie niczego na siłę nie pośpieszasz. To bardzo mądre.
        Wiesz, że na studiach miałam tak samo? W pewnym momencie w ogóle przestałam chodzić na wykłady bo nie miało to najmniejszego sensu – wolałam w tym czasie przyswajać ten sam materiał z książek.

        • Załapię się tak jedną nóżką, bo dzisiaj robiłam zdjęcia, ale dopiero jutro planuję je na spokojnie skleić i opisać 🙂
          A na studiach działało to u mnie dokładnie tak samo, choć nie dotyczyło tylko wykładów i gdyby nie obowiązkowa lista obecności, pewnie i na ćwiczeniach (które przynajmniej na polonistyce miały mało praktyczny wymiar) bywałabym rzadko. Zawsze najłatwiej przyswajałam wiedzę samodzielnie, po prostu w bezpośrednim kontakcie z książką 🙂

  • Pingback: Hour by Hour 2017. Nieperfekcyjne wyzwanie fotograficzne - Calm Station()