#TU I TERAZ: marzec 2018

#TU I TERAZ: marzec 2018

Miesiąc temu, w poprzednim cyklu z serii #tu i teraz, podzieliłam się z Wami moją teorią o stałym rytmie, według którego zazwyczaj układa mi się rok. Styczniowy hurraoptymizm, entuzjazm nowych początków i motywacja do pracy. I dla kontrastu lutowy okres życiowych turbulencji, zniechęcenia i ogólnożyciowej szarówki (i tak było). Jaki jest w takim razie marzec?

Otóż marzec to mały podstępnik. Obiecuje, że będzie już lepiej – w końcu przynosi ze sobą równonoc, początek wiosny i dzień wagarowicza. Lekkie kurtki, piwka na dworze, te sprawy. A jednocześnie, nigdy poza marcem nie czuję się tak ospała, wymęczona i nieskuteczna. Mogłabym ten miesiąc przespać w całości, przeleżeć pod kocem, wpatrując się w ekran telewizora. Jak nigdy później, taki zupełnie bierny odpoczynek wystarcza mi w marcu do szczęścia. Nauczyłam się już z tym nie walczyć, nie oceniać ani nie bać się tego bezruchu. Wiem, że ten stan wkrótce minie – każdy kolejny słoneczny dzień sprawia, że chce mi się być bardziej i więcej. Ale póki jeszcze jest, korzystam. Ładuję baterie na zapas. Doceniam, że potrafię sobie odpuścić, że chwilowo nie czuję potrzeby, by biec. I takie jest moje tu i teraz w marcu.

#Słucham

Przedwiośnie ma dla mnie coś z Lyncha, więc ostatnio przypominałam sobie ścieżkę dźwiękową z Lost Highway. Przez kilka lat to był jeden z moich ukochanych filmów. Miłość tę podbijał fakt, że po którymś z otwartych wykładów na kulturoznawstwie potrafiłam przedstawić całkiem spójną interpretację jego fabuły i problem braku logiki w następstwie zdarzeń wydawał mi się zupełnie obcy. Pewnie gdybym obejrzała Zagubioną autostradę teraz, czar mógłby prysnąć, więc nawet nie próbuję. Ale soundtrack broni się mimo upływających lat. I fenomenalnie pasuje do tych dziwnych marcowych dni, kiedy wychodząc z domu nie masz do końca pewności, czy jeszcze nie śpisz.

#Czuję się

Poruszona, bo jak rzadko kiedy czuję się ostatnio częścią natury i obserwuję, jak mój stan psychiczny zmienia się w zgodzie z jej rytmem. Z jednej strony, zupełnie nie mam energii, czuję się przeziębiona, osłabiona, a każdy nadprogramowa aktywność wiąże się z ogromnym wysiłkiem. Ale z drugiej mam przy tym wszystkim mnóstwo nowych pomysłów, a moja kreatywność dawno nie była tak pobudzona. Nie mogę już się doczekać działania, nowych wyzwań, wprowadzania w życie zmian.

I wiecie co? Ta sprzeczność ma dla mnie głęboki sens. To może zabrzmieć śmiesznie albo dziwacznie, ale czuję się jak… kiełkująca roślinka, która musi się najpierw sporo namęczyć, by przebić się z głębi ziemi na powierzchnię. Za to kiedy to już się stanie, wystarczy odrobina światła, odrobina wody i rozkwita w ciągu kilku dni. Wierzę, że tak będzie i ze mną. Chociaż teraz zupełnie nie mam mocy, to wkrótce jej nabiorę i wszystkie moje projekty będą mogły rozkwitnąć. Taka interpretacja pozwala mi oswoić ten przedwiosenny bezwład i pozwolić sobie na chwilowe bycie nieefektywną.

#Chciałabym

Przede wszystkim – tradycyjnie – więcej działać na niwie blogowej. I mam nadzieję, że tej wiosny naprawdę się uda, bo dawno nie byłam do tego tak zmotywowana! Mam mnóstwo pomysłów na teksty, właściwie wszystko wydaje mi się ostatnio tematem wartym rozwinięcia. Mogę Wam też wreszcie zdradzić, że razem z Martą (Mikrożycie.pl) szykujemy na kwiecień wspólną akcję! Więcej szczegółów podamy już wkrótce, póki co daję znać tylko, że będzie miała związek z ekologią. Mam nadzieję, że spodoba się Wam równie mocno jak nam – ja już nie mogę się doczekać, aż będę mogła wziąć w niej udział 😉 Myślę też, że w najbliższych miesiącach możecie spodziewać się po Calm Station również zmian wizualnych. Już od dawna chodzą mi po głowie porządki w kategoriach, nowa sesja zdjęciowa, poprawki graficzne… Liczę na to, że na wiosnę wreszcie uda mi się nadać tym zmianom ostateczny bieg.

#Jestem wdzięczna za

W marcu zaczęłam wreszcie regularnie uzupełniać dziennik wdzięczności. Obiecywałam to sobie na początku roku i nawet założyłam specjalny zeszyt… który do tej pory leży nieużywany, bo koniec końców notuję sobie małe radości na wolnym skrawku strony w bullet journalu 😉 Tak czy owak, tym razem mogę napisać, za co jestem wdzięczna, opierając się na solidnym, utrwalonym na piśmie zbiorze danych. Wychodzi na to, że w marcu cieszyły mnie przede wszystkim: zumba, spacery, przebłyski wiosny, czas na gotowanie w domu i czekolada. Czekolada pojawia się na tej liście zdecydowanie najczęściej…

#Pracuję nad

Szczegółami planowanej przez nas na kwiecień akcji proekologicznej. Dziesięcioma rozgrzebanymi szkicami tekstów naraz. I Wielkanocnym menu, bo w tym roku – prawdziwe szaleństwo! – łączymy rodziny i wszyscy spotykają się na wspólnym obiedzie u nas.

#Cieszę się

Bo widzę, że wszystkie projekty, które od kilku miesięcy były w fazie bliżej nieokreślonych planów, teraz nabierają realnych kształtów. Wiosenna pobudka już naprawdę blisko.

#Uczę się

Aktualnie mam 3-tygodniową przerwę między jednym a drugim stażem, więc łapię od nauki chwilę przerwy. Spędzam ją głównie na przeglądaniu księgarni internetowych i tworzeniu wydłużającej się z każdym dniem listy książek naukowych, które chciałabym w najbliższym czasie koniecznie przeczytać…

#Czytam

Pod koniec ubiegłego miesiąca zabrałam się za Wyznaję Jaume Cabre i ta książka do tej pory mi towarzyszy. Z perspektywy półmetka lektury mogę powiedzieć, że jest zachwycająca formalnie, ale (jeszcze?) nie zdobyła mojego serca. Dlaczego? Bo to taki czysto intelektualny delikatesik. Jest pełna erudycyjnych smaczków i identyfikując je można poczuć się bardzo mądrym i wykształconym człowiekiem. Trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, że kiedy odłożymy na bok całą tę intelektualną fasadę, z Wyznaję nie pozostanie wiele. A ja lubię książki, które poza czysto umysłową satysfakcją dają mi jeszcze coś chwytającego za serce.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że konstrukcja i język powieści są przepyszne. A fragment o nauce aramejskiego, który jakiś czas temu przytaczałam na Facebooku, naprawdę mnie zauroczył. Może dlatego, że od bardzo dawna nie widywałam słowa „humanista“ w kontekście innym niż prześmiewczy. Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy tytułowe „wyznaję“ oznacza nie tyle zwierzenie, co raczej – właśnie wyznanie wiary w humanizm. Wyrażone bardzo wprost, kiedy o meblowaniu i porządkowaniu biblioteki opowiada się językiem Księgi Rodzaju:

A Pan podziwiał swoje dzieło i orzekł, że było bardzo dobre, bo miał cały wszechświat w domu, mniej więcej zgodny z uniwersalną klasyfikacją dziesiętną. I powiedział książkom bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście uczyniły sobie dom poddanym. (s. 382) 

#Oglądam

Właściwie to co roku w marcu oglądam Wspaniałe stulecie i… jestem zszokowana, że tym razem nie powróciłam do tej jakże ambitnej rozrywki! Chyba nie było ze mną aż tak źle jak zwykle… Po wielu miesiącach, kiedy szkoda mi było na nią cennego czasu, wróciłam jednak do oglądania współczesnej wersji Dynastii. Można więc powiedzieć, że schemat „marzec czasem rozczulająco głupich telenowel“ został utrzymany.

Ale tak naprawdę ostatnio liczy się dla mnie tylko jeden serial: BoJack Horseman. Wspominałam o nim już w poprzednim podsumowaniu, zachwycając się trafnością stawianych przez twórców diagnoz – i psychologicznych, i społecznych. W marcu obejrzałam BoJacka do końca i choć minęły już prawie dwa tygodnie, wciąż nie mogę się z niego otrząsnąć. Tuż po napisach końcowych ostatniego odcinka miałam ochotę od razu odpalić „play” i obejrzeć go od początku na nowo. Jeden raz to zdecydowanie za mało, by docenić wszystkie genialne dialogi. Wszystkie detale w tle, które możesz przeskoczyć skupiając się na akcji. I przede wszystkim: by docenić tragizm tej historii – o wiele głębszej i bardziej realistycznej niż to, co kojarzy mi się z „amerykańską animacją dla dorosłych“. Więc jeśli ktoś kiedykolwiek polecał Wam BoJacka, ale z jakiegoś powodu się od niego odbiliście, spodziewając się czegoś w stylu Simpsonów czy South Park, zapewniam – warto dać mu drugą szansę. Ten film dobrze wyjaśnia, dlaczego:

#Czekam na

Na pierwszy wiosenny spacer bez kurtki. Mam nadzieję, że już niebawem się doczekam.

A jak wygląda Twoje marcowe „tu i teraz“?

Cykl „tu i teraz” został zapoczątkowany przez Kasię Mistacoglu, autorkę bloga Worqshop.pl

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

  • Podczas czytania cytatu z książki wybuchnęłam śmiechem 😀 Bardzo fajny cytat 🙂

    • Bardzo się cieszę, że Ci się spodobał i w takim razie z czystym sumieniem polecam całość! 🙂

  • Ja w ramach tu I teraz, biorę przykład z Małego Księcia i chodzę po wodę do źródła ?

  • Skutecznie zachęciłaś mnie do przeczytania „Wyznaję”. Genialny ten cytat i tak bardzo w kręgu moich zainteresowań naukowych (jam bibliotekoznawca 🙂 )

    • Bardzo się cieszę i myślę, że jako bibliotekoznawcy ta książka baaardzo Ci się spodoba. Dużo w niej – i na poziomie fabuły, i samych opisów – miłości do pięknych rękopisów. I ogólnie do pięknych przedmiotów, bo jednak główną rolę grają w niej skrzypce 🙂

  • Twoja teoria o stałym rytmie chyba rzeczywiście się zgadza! U nas też w styczniu był megaoptymizm i szeroko zakrojone plany, a w lutym… wszystko siadło 🙂 W marcu energia też była nieco wyhamowana… I dopiero teraz, w kwietniu robimy wielki come back i wracamy do wypracowanego, normalnego dla nas trybu pracy na co dzień. 😉 Pozdrawiamy kwietniowo!

  • Dla mnie marzec to też zawsze czas rozdarcia – największego zmęczenia fizycznego a jednocześnie ogromnej chęci do działania i pragnienia zmiany. To wcale nie jest przyjemne uczucie i przyjemny miesiąc, bardzo cieszę się zawsze ilekroć dobiega końca. A taka cykliczność w przeżywaniu kolejnych miesięcy to chyba właśnie nic innego jak synchronizacja z rytmem natury. 🙂

    • Chyba masz rację z tą cyklicznością – choć jednak często zastanawiam się, czy to nie samospełniające się przepowiednie. Wydaje mi się, że nawet pisałam o tym kiedyś w komentarzach 😉 Ale nawet jeśli trochę tak jest, to lubię ten mój synchron 🙂