#TU I TERAZ: luty 2018

#TU I TERAZ: luty 2018

Z upływem czasu przekonuję się, że lata mają swój stały, podporządkowany porom roku i poszczególnym miesiącom rytm. Nie wykluczam, że w jakimś stopniu działa tutaj zasada samospełniającej się przepowiedni. Oczekuję jakichś wydarzeń, jakichś nastrojów, więc rejestruję z rzeczywistości przede wszystkim to, co potwierdza moją hipotezę. Ale działa tu chyba coś więcej. Na przykład nieubłagana zasada równowagi, według której po każdej górce następuje dołek. I tak po styczniu, który z reguły jest dla mnie pełen energii i pozytywny, luty przynosi najczęściej zniechęcenie i spadek formy. W lutym czas przecieka mi przez palce, a trudne wydarzenia wybijają z rytmu. I tym razem nie było inaczej – tegoroczny luty wpisał się w ten cykl.

#Słucham

W lutym nie towarzyszyła mi żadna płyta, która szczególnie zapadłaby mi w pamięć. Myślę jednak, że ten stan rzeczy wkrótce się zmieni, bo w marcu wybieram się na dwa bardzo ważne dla mnie koncerty. Jutro po raz pierwszy w życiu zobaczę na żywo Fever Ray – solowy projekt Karin Dreijer Andersson, czyli połowy duetu The Knife. A kilka tygodni później, 23 marca, Chrisa Cornera czyli IAMX. Chris to moja wielka licealna miłość, byłam na jego koncertach kilkukrotnie, z jego pierwszych płyt i albumów stworzonych ze Sneaker Pimps znam na pamięć praktycznie każdy dźwięk. Myślę, że to właśnie w dużej mierze dzięki muzyce (właśnie Chrisa, Karin i innych ważnych dla mnie w tamtym okresie twórców) udało mi się przetrwać bardzo trudny dla mnie, licealny okres. Strasznie się cieszę, że po tylu latach zobaczę ich na żywo – bardzo jestem ciekawa ich muzycznego rozwoju.

#Czuję się

Przede wszystkim zmęczona. Nie miałam ostatnio dużych zasobów energii, a jak na złość musiałam podjąć w tym miesiącu szczególnie dużo poważnych decyzji. Nasze przygotowania do remontu po miesiącach stagnacji wkroczyły wreszcie w decydującą fazę. I po raz kolejny okazało się, że jak dokładnie by tego wcześniej nie planować, wyborów i tak jest mnóstwo i trzeba myśleć bardzo perspektywicznie. A na koniec i tak zadziałało prawo Murphy’ego i już widzę, że nasz remont najpewniej rozpocznie się dokładnie w tym samym czasie, co mój długo wyczekiwany staż psychologiczny w szpitalu. Czyli w tym jedynym momencie w roku, kiedy będę zablokowana w pełnoetatowych godzinach pracy i kiedy po powrocie do domu naprawdę przydałby mi się spokój. Oh well 🙂

Chociaż w sumie, przedsmak remontowej rozwałki mamy już teraz. Od początku lutego funkcjonujemy z rozmontowanym przedpokojem i łazienką, bo ktoś zaczął nas zalewać. Sęk w tym, że nie wiadomo kto i skąd! W zależności od dnia, woda płynęła z sufitu na środku korytarza, z pionów wentylacyjnych, a nawet… z gniazdek elektrycznych w łazience. Najbardziej na tej sytuacji skorzystał Minor, który uwielbia gości i codziennie zgarniał nadprogramowe głaski od administratora, konserwatora i hydraulików (pozdrawiamy zwłaszcza zakochanego w kotach opiekuna Placka) 😉 Szczęście w nieszczęściu, że zdarzyło się to przed remontem, ale niestety – codzienne funkcjonowanie wśród sterczących ze ściany gołych kabli i z ustawionym na środku mieszkania wiaderkiem regeneracji zdecydowanie nie sprzyja.

#Chciałabym

Oglądałam ostatnio film Call Me By Your Name (o którym poniżej) i pomyślałam sobie, że chciałabym znaleźć się właśnie tam. W tym boskim, ciepłym, włoskim lecie. Leżeć na trawie, rozkminiać sobie myśli Heraklita i jeść czereśnie (choć nie wiem, czy czereśnie rosną we Włoszech).

#Jestem wdzięczna za

Za to, że umiem zauważać i doceniać swoje codzienne przyjemności. Obcowanie z kulturą. Radość po skończonym treningu. Kolejny ulubiony sweter upolowany w moim ukochanym lumpeksie (tym razem za całe 4 złote). I za las w słoiku, który przetrwał u mnie już prawie cały miesiąc i naprawdę się rozwija! Kto ma koty, ten wie, że utrzymanie w domu jakichkolwiek roślin to duży sukces.

#Pracuję nad

Nad tym, by w miarę sensownie poukładać sobie najbliższe miesiące. I odkryłam, że trochę mnie to drażni, bo nie lubię w swoich planach wybiegać tak daleko. Mam wrażenie, że uporządkowana przyszłość w jakiś sposób mnie ogranicza. Zabawne, że tyle tutaj piszę o organizacji i nadawaniu struktury, ale zdecydowanie najlepiej i najskuteczniej funkcjonuję w twórczym chaosie. Może to mój cel na najbliższe miesiące – wypracować taki schemat rytm dnia (dzięki za inspirację, Agata!), by móc planować długoterminowo bez obawy o niezależność i elastyczność.

#Cieszę się

Że już wkrótce znowu będzie lato! Zabawne, bo tak naprawdę wcale nie lubię upałów. Ale obiecuję, że będę je znosić z godnością – dla długich wieczorów, zwiewnych sukienek i spacerów boso brzegiem morza warto na nie czekać.

#Uczę się

Dobierać kolory do mojego typu urody. I mam wrażenie, że zrobiłam w tym ostatnio znaczne postępy. Kiedyś moja szafa była niemal wyłącznie szaro-biało-czarna – wydawało mi się, że tak jest bezpiecznie i elegancko. Ale, jak wiele polskich dziewczyn, kolorystycznie jestem latem (chyba stonowanym) i w takich ostrych, monochromatycznych połączeniach zupełnie się gubię. Na szczęście coraz lepiej czuję i widzę, jakie kolory są dla mnie dobre. Nie jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, że to te, do których zawsze mnie ciągnęło – antracyt, chłodny beż, stalowy niebieski, głęboki róż.

Myślę sobie, że analiza kolorystyczna to coś więcej niż określanie typu urody czy kolorowe szmatki. Może być też formą samokreacji, uzewnętrzniania tego, co chcemy pokazać światu. Jak dziwnie by to nie brzmiało, moja sympatia do kolorów zaczęła się, bo zachwyciły mnie poetycko-malarskie skojarzenia z latem, tworzone przez Marię Młyńską na blogu Ubieraj się klasycznie. Jeśli jeszcze nie znacie bloga Marii, zajrzyjcie na niego koniecznie! Maria potrafi pisać o kolorach i stylu w niesamowity sposób, dużo bliższy filozofii sztuki niż płasko postrzeganej mody i urody, do których przyzwyczaiły nas kolorowe czasopisma. Polecam zwłaszcza cykl Typy urody jak obrazy i jego najświeższą wariację, czyli » Typy urody jak miasta.

#Czytam

Wczoraj skończyłam czytać Duchowe życie zwierząt Petera Wohllebena. Przyznaję bez bicia, że skusiłam się na nie głównie ze względu na piękną okładkę, która w pewnym momencie była obecna chyba na każdym instagramowym koncie w Polsce 😉 Czytało mi się przyjemnie, bo historie przytaczane przez Wohllebena są ciekawe. Doszłam jednak do wniosku, że takie zbiory popularnonaukowych anegdot to po prostu nie mój typ lektury. Z ulgą wracam więc do swoich ukochanych, grubaśnych powieści i nadchodzące wieczory planuję poświęcić na Wyznaję Jaume Cabre i Drwali Annie Proulx.

#Oglądam

Po Królowej postanowiłam dać szansę drugiemu serialowi, od którego początkowo się odbiłam – BoJack Horseman. Pierwszą próbę podjęłam ponad rok temu, zachęcona pełnymi superlatyw wpisami Andrzeja Tucholskiego i Tattwy, ale historia BoJacka nie trafiła wtedy na dobre czasy. Tym razem jest dużo lepiej. Jestem pod dużym wrażeniem tego, jak trafne są stawiane w BoJacku… diagnozy społeczne. Jednak tym, co wysuwa się na pierwszy plan, jest przede wszystkim niesamowicie trafne studium psychologiczne. Rany, jaki ten serial jest smutny! A jestem dopiero w połowie 2. sezonu i wiem, że the best is yet to come

Tak jak pisałam powyżej, obejrzałam też nominowany do Oscara film Luci Guadagnino Call Me By Your Name (polski tytuł to zdaje się Tamte noce, tamte dni). Wszyscy mówili mi, że jest przepiękny. Tych zachwytów było tak dużo, że prawem przekory zaczęłam poważnie wątpić w to, czy i mnie się spodoba. Ale spodobał się, ogromnie 🙂 To przepiękny, bardzo zmysłowy, fenomenalnie zagrany film. Chociaż opowiada o miłości dwóch mężczyzn, to wydaje mi się w gruncie rzeczy bardzo uniwersalny. Gloryfikacja lata i młodości, w której większość z nas niezależnie od seksualnych preferencji może pewnie usłyszeć echa pierwszych własnych namiętności. I z naprawdę fantastyczną ścieżką dźwiękową na dokładkę – mój ukochany Sufjan Stevens, klasyka i lata 80. Gdzieś przeczytałam komentarz, że chciałoby się tuż po seansie ten film odzobaczyć, by móc doświadczyć go kolejny pierwszy raz. W pełni się z tym zgadzam.

#Czekam na

Marzec. Na szczęście to już jutro 🙂

A jak wygląda Wasze tu i teraz w (jeszcze) lutym?
  • bavid_dowie

    a kto takie ładne zdjęcia robi?

  • Czasem mam ochotę zgapić od Ciebie #Tu i teraz. =o Choć chyba nie potrafiłabym tak otwarcie pisać o sobie na blogu. Jeszcze. Może zgapię tak papierowo-pamiętnikowo? No i czasem to by mi było głupio się przyznać do lektur! 😀 Co zresztą obserwuję z uważną ciekawością. W każdym razie koniecznie muszę poczytać o analizie kolorystycznej (taaak! to na pewno forma autokreacji i swoiste poszukiwanie zgody ze sobą). Powodzenia z poszukiwaniem źródła przecieku. Chyba bym oszalała w takich okolicznościach!

    • Bardzo bym chciała, żeby można było zgapiać ode mnie, ale ten tag „tu i teraz” został stworzony przez Kasię Mistacoglu z worqshop.pl, ja tylko rozpisuję swoją wersję 😉 Ale bardzo, bardzo polecam wypełnianie takiego szkieletu co miesiąc, naprawdę pomaga poukładać sobie wydarzenia w głowie i zorientować się w teraźniejszości. Mnie się notki z tego cyklu pisze zdecydowanie najprzyjemniej ze wszystkich, ale to już chyba zależy od czynników osobowościowych. Dziękuję za życzenia, po 10 dniach spokoju wczoraj przeciek tryumfalnie powrócił, więc walka trwa 😀

      • Ale faux pas! 😀 Wiedziałam! Wiedziałam, że gdzieś taki cykl już widziałam… A jednak – szok i niedowierzanie – w ramach „stacyjnej” solidarności częściej zaglądam do Ciebie, niż do Kasi. To chyba też potęga social mediów: nie zalajkowałam WorQshop na Fb, obserwuję tylko na Bloglovin’… czyli raz na miesiąc najwyżej.
        Więc chyba DZIĘKI TOBIE się skuszę na prywatne póki co podsumowania miesiąca – a NA CZEŚĆ KASI zrobię to w Bullet Journalu. 😉

        • Oooo, fantastycznie! Mam nadzieję, że to będzie przyjemne bullet-journalowe ćwiczenie 😉
          A z tymi social mediami to znam to z własnego doświadczenia, jednak Facebook względem Bloglovin ma zasięg nie do przecenienia. Chociaż ja zauważyłam, że te blogi które śledzę na Facebooku czytam regularnie, ale często biernie. Bo a to zajrzę w kolejce do lekarza, a to jak mam wolne 5 minut na mieście… często na mobilu, a pisanie komentarzy na telefonie przekracza moje możliwości. Na Bloglovin’ wchodzę dużo rzadziej, ale jednak z wyraźną intencją aktywnego komentowania. To też taka uwaga z pozycji czytelnika do zapamiętania z pozycji blogotwórcy 🙂

          • „Blogotwórca”!!! Dla mnie słowo miesiąca!

          • Haha, najpierw napisałam samo „twórcy”, ale jakoś mnie to zawstydziło („co ze mnie za twórca”), więc dodałam przedrostek 😉

  • Aldona Sieradzka
  • Luty to dla mnie zawsze najtrudniejszy miesiąc – bo tak, jak mówisz, styczeń to jeszcze noworoczny szał i górka, a luty to ciemno, zimno, buro i tak dalej… Cieszę się, że już marzec i do wiosny naprawdę już bliżej. Rano jest już jasno!
    Współczuję ogromnie tej sytuacji z mieszkaniem i remontem, u nas bardzo podobnie obecnie, bo zepsuło nam się pod rząd kilka rzeczy na raz. Mam nadzieję, że wszystko szybko się rozwiąże. Zazdroszczę za to ogromnie Fever Ray, to też jedna z moich licealnych muzycznych miłości. Uwielbiam ten mroczny klimat, a do dzisiaj czołówka „Wikingów” z „If I had a heart” przyprawia mnie o dreszcze… Dasz znać, jak było? 🙂
    Nie mogę też się powstrzymać od skomentowania fragmentu o blogu Marii bo to jeden z moich ulubionych blogów! Cykl dotyczący analizy kolorystycznej to mój ulubiony, to dzięki Marii właśnie i jej pomocy udało mi się określić jej typ. Ma niesamowitą wrażliwość estetyczną, zawsze znajduje idealne odniesienia do typów urody w przyrodzie czy malarstwie, wyszukuje oryginalne skojarzenia z niesamowitym klimatem. Bardzo podoba mi się jej „nowy”, bardziej kobiecy styl – mroczna elegancja. Niestety również nie dla mnie, też jestem stonowanym typem (jesienią akurat). 🙂
    Mam nadzieję, że marzec będzie dla Ciebie lepszy! I oby do lata, takiego jak z włoskiej scenerii filmu, niekoniecznie upalnego. 🙂

    • To prawda, nowy styl Marii jest boski, kojarzy mi się z dekadencją i fin de siecle – a to moja ulubiona epoka.
      Koncert Fever Ray był fantastyczny! Choć w trochę innym klimacie niż ten, do którego przyzwyczaiła pierwszą płytą. Teraz jest zdecydowanie bardziej taneczna i kolorowa, choć w swoim stylu bardzo psychodeliczna 🙂

  • Pingback: #TU I TERAZ: marzec 2018 - Calm Station()