#Tu i teraz: listopad 2017

#Tu i teraz: listopad 2017

Chciałam otworzyć dzisiejsze #tuiteraz opisem nastroju, w jakim rozpoczynam listopad. Pisząc te zdania zorientowałam się jednak, jak bardzo jestem nie na czasie, skoro właśnie zaczyna się druga połowa miesiąca. Dobrze to świadczy o tym, co akurat u mnie słychać 🙂 Myślami wciąż jeszcze jestem w październiku. Dużo się ostatnio dzieje i nie zawsze zgodnie z planem, co burzy moją w miarę precyzyjną strukturę tygodnia i wybija mnie z rytmu. Tę drugą połowę kolejnego miesiąca rozpoczynam więc w poczuciu lekkiego oszołomienia, ze spuchniętą głową i siąpiącym nosem. Ale i: w pięknym nowym swetrze (oczywiście z odzysku), obficie dokarmiona herbatą, cynamonem i czekoladą. Otulona ulubionymi zimą perfumami Thierry Muglera Angel EDT, których zapach jest tak mocny, że przebija nawet mój katar. Tak wygląda dziś mój listopad.

# Słucham

Późną jesienią zawsze wracam do słuchania Tindersticks. Przez resztę roku rzadko o nich myślę, ale w listopadzie te lekko jazzujące kompozycje i aksamitny tembr głosu Stuarta Ashtona Staplesa dogrzewają mnie jak nigdy. Kojarzą mi się z kawiarnią przesyconą żółtym światłem, głębokim, lekko wytartym fotelem i karmelowym ciastkiem. Choć w tym roku najprzyjemniej słucha mi się ich w nieco bardziej dramatycznej wersji: utwór We Are Dreamers! moim zdaniem pasowałby jak ulał do soundtracku któregoś z filmów Lyncha.

 

Ostatnio bardzo spodobał mi się też utwór Love’s A Stranger Warhaus. Jest bardzo spokojny i melancholijny, a z drugiej strony – wpada w ucho jak najlepsze popowe kawałki i zostaje w głowie już po pierwszym odsłuchu. Styl śpiewania Maartena Devoldere mocno kojarzy mi się z Leonardem Cohenem (i z tego co czytam w internecie, nie jest to skojarzenie odosobnione). Jeżeli potrzebujecie na listopad takiej wpadającej w ucho, a jednocześnie melancholijnej ścieżki dźwiękowej, sprawdźcie najnowszą płytę Warhaus – powinna Wam się spodobać.

 

# Czuję się

Przeziębiona, zakatarzona i podchorowana. Wbrew pozorom, to dla mnie całkiem przyjemne uczucie, bo wiąże się z odpuszczaniem. Należę do szczęśliwych ludzi o dobrej odporności i choruję rzadko. A nawet jeśli mi się już zdarzy moment osłabienia, to rzadko daję sobie do tej choroby pełne prawo. Żadnego tam wylegiwania się w łóżku, folgowania sobie i dogrzewania pod kocem. Raczej: robienie wszystkiego tak jak zwykle, z pretensją do samej siebie, że jestem mniej efektywna niż zazwyczaj. Na szczęście po kilku tygodniach takiego przymuszania udało mi się wreszcie opamiętać i pozwolić samej sobie na odrobinę luzu. Wciąż działam, ale trochę wolniej. Staram się sobie nie dokładać. Jeżeli nie spełnię planu w 100%, nie oskarżam samej siebie o lenistwo. I bez wyrzutów sumienia popołudniami wybieram serial zamiast książki o podatkach 🙂

# Chciałabym

Doprowadzić październikowe, rozgrzebane sprawy do końca i wreszcie zamknąć ten intensywny, szalony okres. Jestem na dobrej drodze, więc trzymajcie kciuki! Jeśli się uda, solennie obiecuję samej sobie: grudzień będzie spokojnym miesiącem. 

Poniedziałek. Listopad. Katarek. Tylko bułka z cynamonem jest w stanie temu zaradzić 😐

Post udostępniony przez Matylda Skubikowska (@calm.station)

# Jestem wdzięczna za

Za to, jak wiele fantastycznych rzeczy można kupić z drugiej ręki! Przeżywam ostatnio kolejny rozkwit miłości do second handów i ostatnio za 12 zł kupiłam sobie sweter w najweselszym kolorze świata, w którym mogłabym chodzić non stop. Zupełnie nie brakuje mi sieciówkowych zakupów i bardzo się cieszę, że ten mój mały ekologiczny cel sprawdza się tak dobrze.

# Pracuję nad

Pomału szykuję już listę świątecznych prezentów dla rodziny. Bardzo zależy mi na tym, by w grudniu trochę zwolnić i szybko złapać świąteczną wczutę. W tym roku dużo rzeczy mi uciekło i z perspektywy żałuję, że nie poświęciłam więcej czasu na ich odpowiednią celebrację. Przynajmniej tej ostatniej w roku okazji nie mam zamiaru przegapić.

# Cieszę się

Że już widać światełko w tunelu i pomału wracam do mojego stałego rytmu. Ilekroć przydarzy mi się taki intensywny okres, przekonuję się w pełni, jak wiele znaczą dla mnie wszystkie te drobne, codzienne rytuały. Prywatne obowiązki, którymi nie muszę, ale bardzo chcę się zajmować. Pisałam o tym więcej w tekście » Naprawdę, nie muszę! kilka miesięcy temu. 

# Uczę się

Trochę mi ostatnio brakuje spokoju na naukę, a podatki i KPiR-y czekają… Sformułowałam też sobie już cel na przyszły rok: chciałabym wrócić do nauki niemieckiego. Wewnętrzne poczucie obciachu związane z tą sytuacją jest podwójne, bo: a) uczyłam się niemieckiego przez 5 lat w szkole, ale bojkotowałam go tak skutecznie, że nie pamiętam praktycznie nic oraz b) moja rodzina ma niemiecko-szwajcarskie korzenie, a ja sama mam szwajcarskie obywatelstwo, więc to tak jakby mój drugi język ojczysty. Którego nie znam w ogóle. Najwyższa pora uzupełnić te braki. 

# Czytam

Sama jestem zaskoczona, że w moim chaosie znalazłam aż tyle czasu na lektury! Okazuje się jednak, że ostatni miesiąc był jak na mnie całkiem obfity literacko. Po pierwsze, skończyłam Ludzi na drzewach Hanyi Yanagihary. (Póki co nie wspominam o mojej opinii ani słowem, bo debiut autorki Małego życia planuję opisać obszerniej w kolejnej edycji Przeglądu kulturalnego).

Po drugie, dorwałam się do stosiku otrzymanego w ramach ostatniej książkowej wymiany. Jesienią szczególnie przyjemnie czyta mi się kryminały, więc na pierwszy ogień poszło Przeczucie Tetsuyi Hondy. Powiem szczerze – wiele się po tej książce nie spodziewałam, a przyjemnie mnie zaskoczyła. Spodobała mi się zwłaszcza kreacja głównej bohaterki. Bałam się w jej charakterystyce seksizmu, a dostałam traktat o sile kobiecości. Przyjemność podczas lektury Przeczucia sprawiała mi też konfrontacja z odmiennym kręgiem kulturowym. Przykład, który zapamiętałam najlepiej: negocjacje twardych mężczyzn z dwóch różnych stron barykady, w których argumentem o ostatecznej sile rażenia okazuje się… dosłowne padnięcie na kolana w zatłoczonym pubie i błaganie o pomoc. Z tym nie ma polemiki. Wyobrażacie sobie taką scenę w Psach albo Ekstradycji? 😉

I wreszcie ostatnio – dzięki inspiracji Marty i jej komentarzowi o nieoczywistych, halloweenowych klimatach – zabrałam się za lekturę Dziwnych losów Jane Eyre. Samą historię znam dobrze, uwielbiam adaptację z Ruth Wilson w głównej roli, a o jednym z obecnych w tej historii toposów rozprawialiśmy przez cały (mój pierwszy i jedyny 😀 ) semestr doktoratu, ale samej książki Brontë nie czytałam nigdy. Bardzo się cieszę, że wreszcie się za nią zabrałam, bo lektura sprawia mi ogromną przyjemność! Idealna lektura na ciemne popołudnia, kiedy w okna siecze deszcz i duje wiatr. Brak tylko kominka i szalonego śmiechu dobiegającego z trzeciego piętra…

# Oglądam

Cały czas oglądam Riverdale. Jestem już na bieżąco i bardzo cierpię w związku z faktem, że na każdy kolejny odcinek muszę teraz czekać pełen tydzień. Uwielbiam ten serial za lekkość, z jaką łączy wątki typowo licealne z komiksowym przestylizowaniem i superbohaterstwem. Do tego dialogi są faktycznie błyskotliwe, a przypominające komiksowe kadry zdjęcia – prześliczne.

Wkręciłam się też – tu pora na mega wstydliwe wyznanie – w nową Dynastię. Jest głupiutka, przegięta i tandetna (w sumie dokładnie tak jak pierwowzór), ale jako serialowy odmóżdżacz na ciężkie dni sprawdza się świetnie. Mój mąż też się wkręcił, choć kiedy oglądam udaje, że wcale nie patrzy – tylko dziwnym trafem zawsze jest na bieżąco z fabułą 😛 

# Czekam na

Grudzień, podsumowania i nowe początki. Pod koniec roku myślami zawsze już wybiegam w przyszłość, domykając w myślach ostatnie zdarzenia i snując coraz bardziej konkretne plany na kolejne miesiące. Tym razem domykania jest wyjątkowo dużo, bo 2017 był naprawdę pracowity – w tym dobrym, głęboko satysfakcjonującym sensie!

Kończę ten pisany w biegu tekst tradycyjnym pytaniem: jakie jest Wasze „tu i teraz“? Jak wygląda Twój listopad?

fot. Ozark Drones / Unsplash

  • Dziękuję, miło mi się pojawić w Twoim wpisie! <3 I cieszę się, że trafiłam z rekomendacją – aż naszła mnie ochota, żeby też sobie odkurzyć "Dziwne losy…". Adaptacja z Ruth Wilson faktycznie świetna ale lubię też wersję z Mią Wasikowski, za te super estetyczne kadry przede wszystkim.

    Twój żółty sweter jest ekstra.:) Super, że troszkę sobie odpuszczasz, każdemu jest potrzebny taki czas a skoro organizm choruje to pewnie wolałby właśnie bułeczki cynamonowe od podatków… Przybijam Ci wirtualną piątkę!

    Rozumiem też tęsknotę za grudniem i mam nadzieję, że dla nas obu będzie to taki wolny, ciepły czas. 🙂

    P.S. Nie masz ochoty na wspólne motywowanie się do nauki niemieckiego? Moja historia z nim jest bardzo podobna do Twojej (poza brakiem korzeni) i też chciałabym wrócić do nauki tego języka…

    • Nie widziałam wersji z Mią. Początkowo pomyślałam sobie, że Fassbender jest zdecydowanie zbyt przystojny jak na Rochestera, ale po namyśle Toby Stephens chyba jeszcze mniej pasuje z twarzy na pochmurnego brzydala…

      A co do niemieckiego – bardzo chętnie! W sumie nigdy nie motywowałam się na własną rękę, zawsze po prostu zapisywałam się do jakiejś szkoły językowej i konieczność bywania na zajęciach robiła to za mnie, ale tym razem chyba chciałabym spróbować zacząć naukę samodzielnie. A Ty już masz w związku z niemieckim jakieś konkretne plany?

      • Nie mam właśnie, chciałabym przejść przez moje licealne podręczniki od początku plus spróbować z Duolingo i podcastami dla osłuchania się z językiem. 🙂 Byłoby super się wspierać wzajemnie!

        • Twój plan i tak wygląda dużo bardziej poważnie od mojego 😉 To ja chyba zacznę od sprawdzenia, czy uchowały mi się w domu jakieś podręczniki. Jakieś „Themen Neu” gdzieś powinno być… I kiedyś na korkach korzystałam jeszcze z takiego świetnego repetytorium Stanisława Bęzy, bardzo polecam! A Ty z czego się uczyłaś, pamiętasz?

          • O, zerknę na to repetytorium w takim razie! 🙂 Ja korzystałam z „Der, Die, Das”, mam cichą nadzieję, że jeśli przejdę przez ten sam kurs co w liceum to jakoś szybciej mi się przypomni…

          • Może faktycznie łatwiej będzie odświeżyć sobie w głowie treści, jeżeli będziesz przez nie przechodziła w tej samej kolejności 🙂

  • I kolejne muzyczne dobro od Ciebie – nie znałam Warhaus. Ciekawa jestem, czy przez cały rok słuchasz podobnych, trochę melancholijnych klimatów, czy to kwestia jesieni? 🙂 „Dziwne losy Jane Eyre” przesłuchałam jako audiobooka z biblioteki, chyba w zeszłym roku. Bardzo przyjemnie mi się przy niej pracowało! Teraz wypożyczyłam sobie z takich klasyków „Damę Kameliową” Dumasa. Nie wiem czy czytałaś na studiach (ja przegapiłam :P), jestem dopiero w pierwszej połowie, ale kojarzy mi się ze „Śniadaniem u Tiffany’ego”! 🙂

    • He he, zdecydowanie przez cały rok. Już kilka bliskich osób (o skądinąd podobnym do mojego guście) powiedziało mi, że moje ulubione utwory są dla nich zdecydowanie zbyt smutne. Mam wrażenie, że na blogu i tak polecam te weselsze 😉 Bardzo się cieszę, że Warhaus przypadł Ci do gustu!

      „Damy Kameliowej” nie czytałam, ale mam w planach kiedyś ją nadrobić. Nie wiem, czy jesteśmy po tej samej polonistyce (UW?), ale u mnie w ogóle literatura powszechna była traktowana po macoszemu – niby pojawiała się w sylabusach, ale nikt za bardzo nie wymagał od nas jej znajomości. Bardzo tego żałuję!

      • Przesłuchałam już „Damę…” i… no, ok. Przyjemna do słuchania przy pracy, trochę tendencyjna, ale przyjemna. 🙂
        Studiowałam na UKSW, u nas było kilka lektur z listy do wyboru. Pamiętam, że czytałam wtedy „Germinal” Zoli. Ale cieszyłam się, że powszechna była traktowana jako dodatek, bo naprawdę totalnie nie nadążałam z czytaniem. Pod koniec studiów dorobiłam się wręcz wstrętu do książek i miałam cały pokój (naprawdę cały, od podłogi po sufit) w niedoczytanych lekturach, budzących poczucie winy. 😀 Jak ja wtedy mieszkałam – nie wiem! 🙂 Sto razy bardziej wolę mój o wiele skromniejszy regalik wyłącznie z ulubionymi książkami. 🙂

        A Ty nadążałaś? 😀

        • „Germinal” był na zajęciach i u mnie, chyba zbyt ważny, żeby go pominąć 😛 Albo po prostu tak dobrze go pamiętam, bo to „mój” okres literacki (i licencjat, i magisterkę pisałam z literatury 2 poł. XIX wieku) i wrył mi się w pamięć.

          Moje doświadczenie było bardzo podobne. Nie nadążałam z czytaniem i szczerze mówiąc w pewnym momencie dałam z tym sobie spokój i nawet nie próbowałam wszystkiego ogarnąć 😉 Poza tym dla mnie zawsze ciekawsze były teksty o tekstach niż sama literatura podmiotu. Często zdarzało mi się tak, że czytałam fantastyczny tekst historyczno albo teoretycznoliteracki, a potem sięgałam po omawianą książkę i spotykało mnie spore rozczarowanie. W każdym razie tak, u mnie wstręt też był. Żeby czytanie znowu zaczęło sprawiać mi przyjemność, musiały minąć ze 2 lata od zakończenia studiów 🙂

  • Ja mam wszystkie koszule z second handów i planuję kupić kilka marynarek, bo pozazdrościłam koleżance która trafiła prawie nówki. Jeśli się dobrze trafi to można naprawdę znaleźć niesamowite perełki. Nieraz dużo lepsze niż w tych wszystkich sieciówkach, których właściwie nie lubię 😛
    Ja czekam z niecierpliwością na grudzień, mam nadzieję że wtedy jakoś tak będę bardziej „tu i teraz” =]

    • A widzisz, mnie się chyba nigdy nie udało w lumpku upolować ani koszuli, ani marynarki. Za to kupowanie akurat tych części garderoby wychodzi mi świetnie na Vinted, ostatnio kupiłam tam sobie dwie bardzo eleganckie koszule z prawdziwego jedwabiu – nie tak tanio jak w stacjonarnym second handzie, ale i tak okazyjnie 🙂

      Trzymam kciuki za Twoje bycie w „tu i teraz” w grudniu, w towarzystwie światełek, kolęd i pierniczków jest chyba trochę łatwiej niż przez resztę roku 🙂