#TU I TERAZ: Lipiec 2018

#TU I TERAZ: Lipiec 2018

Moje obecne tu i teraz to naprawdę duszny, lipcowy wieczór. Siedzę w fotelu przy drzwiach balkonowych, w jedynym miejscu w domu, w którym przy odrobinie szczęścia można poczuć na karku powiew świeżego powietrza. Słucham szumu klimatyzatora sąsiadów dobiegającego zza okna. Lekkie zawroty głowy od słońca, spuszone włosy, piekące oczy, podpuchnięte stopy – tak moje ciało reaguje na upał. Daleko tej chwili od ideału, ale gdzieś w tym wszystkim poczułam do niej ogromną sympatię i nabrałam ochoty, by właśnie ten moment uwiecznić w tekście. Jest kwintesencją tego, jaki był mój lipiec. 

# Słucham

Poza dźwiękami klimatyzatora 😉 towarzyszyło mi ostatnio dwoje wykonawców: Lykke Li i Tom Odell. Lykke lubię od kilku lat. Był taki moment, że słuchałam jej nałogowo, a Wounded Rhymes to wciąż jedna z moich ulubionych płyt. Kilka tygodni temu wydała nowy album so sad so sexy. Muszę przyznać, że jego klimat trochę mnie zaskoczył – jest dużo bardziej popowy i zmysłowy niż się spodziewałam – ale idealnie pasuje mi do tych długich, dusznych wieczorów. Kojarzy mi się z taką bardzo glamourimprezą nad prywatnym basenem – coś w stylu Melrose Place pomieszanego z Lynchem…

 

Tom Odell to z kolei na pierwszy rzut oka (ucha?) nie do końca mój klimat. Śpiewa zdawałoby się kameralne, słodko-gorzkie ballady o miłości, a mnie takie płyty dość szybko zaczynają nudzić. Ale kurczę, jak on je śpiewa! Barwa jego głosu jest niesamowita. Ujęły mnie też teksty i klipy, które niby opowiadają o tych najprostszych, najbardziej oklepanych w piosenkowym świecie sprawach, ale jest w nich coś oryginalnego i autentycznego. Sprawdźcie same i sami. A jeśli i Was Tom zachwyci, to spieszę z informacją, że 1 września przyjeżdża do Polski na Late Summer Festival w Poznaniu.

# Czuję się

Rozleniwiona. Chociaż lata szkolne mam już daleko za sobą, wciąż trzyma się mnie ten typowy dla nich rytm: wakacyjne spowolnienie i dopiero na jesieni powrót energii nowego początku. W tym roku w lipcu nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, a zadania nie miały określonego terminu ważności. Wszystko to sprawiło, że ten miesiąc zlewa się w moich wspomnieniach w taki jeden bardzo długi, monotonny dzień. Jest w tym coś przyjemnego, bo taki spokojniejszy czas był mi ostatnio potrzebny, ale nabrałam już ochoty na większą aktywność. Sierpień i wrzesień zapowiadają się zdecydowanie bardziej intensywnie, więc pewnie wkrótce za tą moją lipcową monotonią zatęsknię.

# Chciałabym

Doprowadzić do końca naszą remontową odyseję i wreszcie nie potykać się w nocy o kartony. Odkąd wróciliśmy do domu, przekonuję się o prawdziwości stwierdzenia, że jeśli po przeprowadzce nie rozpakujesz czegoś od razu, to równie dobrze możesz nie robić tego wcale. Najpotrzebniejsze rzeczy wracają do codziennego obrotu i znajdują swoje miejsce w pierwszych dniach, ale te drobiazgi, których na co dzień nie potrzebujesz do szczęścia, mogą czekać na rozpakowanie latami. Brutalną i pewnie skuteczną lekcją minimalizmu byłoby pozbycie się ich wszystkich bez zaglądania do środka. Ale ja nie jestem fanką brutalnych rozwiązań, zwłaszcza tych stosowanych wobec siebie samej… Póki co czekam więc na dogodny moment i obiecuję sobie, że w sierpniu już naprawdę się tym zajmę. Ale to naprawdę!

# Jestem wdzięczna za

Za wszystkie blogi i książki, w których można znaleźć tysiące przepisów na zdrowe i smaczne jedzenie. Może brzmi to przyziemnie – kiedy piszę te słowa mój wewnętrzny krytyk sugeruje mi, że nie wypada cieszyć się z „takich głupot“ – ale ostatnio wyjątkowo mnie to zachwyca.

Testuję przede wszystkim przepisy na desery ze Słodkiej kuchni roślinnej Idy Kulawik (znajomi weganie, prędzej czy później każdy z Was dostanie ode mnie tę książkę w prezencie 😉 ) i za każdym razem przeżywamy z moim mężem zachwyt, że można zrobić coś tak smacznego ze składników, których w życiu byśmy o to nie podejrzewali. W zeszłym tygodniu zajadaliśmy się ciastem blondie zrobionym z mleka kokosowego, masła orzechowego i cieciorki, a od wczoraj wsuwamy lody z ubitej z cukrem aquafaby, czyli… wody po cieciorce, którą do tej pory zawsze po prostu wylewałam. I są naprawdę przepyszne. To jest właśnie takie zdrowe odżywianie, do jakiego chcę dążyć i którego mi ostatnio brakowało. Oparte na przyjemności i kreatywności, a nie na wyrzutach sumienia i zmuszaniu samej siebie do wyrzeczeń.

# Pracuję nad

Tradycyjnie: nad równowagą. I uczę się cierpliwości. Bo kiedy jest tak monotonnie i spokojnie, kiedy na liście zadań znajdują się same nużące i mało angażujące emocjonalnie pozycje, zazwyczaj nachodzi mnie potrzeba gwałtownej zmiany. Ach, rzucić to wszystko, olać zamykanie starych spraw i zacząć nowy, angażujący projekt, któremu na kilka tygodni oddam całe serce… Tym razem staram się to przetrzymać i nie poddawać się frustracji. Staram się pamiętać, że równowaga w życiu polega właśnie na tym: czasem jest pięknie, a czasem tak sobie. Czasem ekscytująco, a czasem nużąco. Teraz nie ma euforii, ale jest spokój, dzięki któremu mam czas na różne rzeczy, za którymi w bardziej intensywnych momentach życia tęsknię. Uczę się w pełni to doceniać, zamiast przebierać nogami z niecierpliwości.

# Cieszę się

W duchu tego, co napisałam w poprzednim akapicie: po prostu cieszę się latem. Tym, że po 22 możemy sobie siedzieć na balkonie, pić wermut z lodem i patrzeć na zaćmienie Księżyca. Że do szczęścia na cały dzień wystarczają woda z lodem i wyjęte z lodówki owoce. Że na wieczorne spotkania można jeździć rowerem, a cały weekend spędzić leżąc i czytając w parku. Dobre, proste, letnie rzeczy.

# Uczę się

…że czasem dobrze nie uczyć się niczego nowego, tylko korzystać z tego, co już jest 🙂

# Czytam

Pomału zbliżam się do końca Drwali Annie Proulx i jestem pod dużym wrażeniem tej książki. Drwale to historia dwóch rodzin, rozpoczynająca się pod koniec XVII wieku, kiedy do Kanady (wtedy: Nowej Francji) w poszukiwaniu lepszego życia zaczynają przybywać pierwsi osadnicy. Historia ich potomków staje się pretekstem do nakreślenia zmian, jakie w tym czasie zachodziły na północnoamerykańskim kontynencie. Zmian społecznych, kulturowych i politycznych, ale przede wszystkim – ekologicznych, bo Drwale opowiadają o konsekwencjach pychy, która kazała człowiekowi traktować naturę jak własność. Spodobał mi się styl Annie Proulx: chłodny, oszczędny i minimalistyczny (choć zdaję sobie sprawę, że takie epitety brzmią dziwnie w odniesieniu do sagi rodzinnej obejmującej 300 lat). Bardzo polecam!

# Oglądam

Po kilku miesiącach namawiania mój mąż wreszcie zgodził się obejrzeć ze mną BoJacka Horsemana, więc z przyjemnością przypominam sobie ten mój ulubiony animowany serial psychologiczny 🙂 Niektóre odcinki znam praktycznie na pamięć, ale zupełnie mi to nie przeszkadza – za każdym razem zauważam jakiś nowy szczegół, detal, na który nie zwróciłam uwagi wcześniej. I już nie mogę się doczekać 5. sezonu, zapowiadanego na jesień. A kiedy skończymy, planuję powrócić do moich ulubionych netfliksowych seriali dziewczyńskich: Orange Is The New Black (oglądałam z wielką sympatią do połowy 3. sezonu, ale potem zaczął się mundial…) i długo oczekiwanego drugiego sezonu Glow. 

# Czekam na

Uczę się, że przyjemnie jest nie czekać na nic. Ale myślę z dużą przyjemnością o sierpniowych wyjazdach i jesiennych planach zawodowych. Wszystko w swoim czasie – na szczęście 😉

Jaki był Twój lipiec?

ZapiszZapisz