#TU I TERAZ: Czerwiec 2018

#TU I TERAZ: Czerwiec 2018

Halo, halo! Dzień dobry po przerażająco długiej przerwie! Powrót do normalności zajął mi kilka tygodni więcej niż planowałam, ale już jestem i melduję gotowość do aktywnego blogowania 🙂 A na rozgrzewkę po tej długiej ciszy zapraszam Was do lektury nowego tekstu z mojego ulubionego, comiesięcznego cyklu.

# Co słychać?

Kilka słów wyjaśnienia, co się u mnie działo, kiedy mnie nie było. W zeszłym miesiącu opowiadałam Wam o doświadczaniu intensywnej zmiany i związanej z tym euforii. W czerwcu kolejny raz przekonałam się, że tak silne emocje – nawet te pozytywne – zawsze kosztują swoje.

Przez te tygodnie pracowałam na najwyższych obrotach. Staż w Klinice Nerwic był dla mnie niesamowitym doświadczeniem, które utwierdziło mnie w przekonaniu o wyborze właściwej drogi zawodowej, ale powiedzmy sobie szczerze – to jednak zadanie cholernie obciążające psychicznie. Nawet jeśli jest się samemu dobrze przepracowanym i przygotowanym do takiej pracy, nawet jeśli wiesz jakie ryzyko się z nią wiąże i starasz się go unikać. Codzienny kontakt z ludzkim cierpieniem i odpowiedzialność za innych robią swoje. I zostają – w ciele, w powracających wieczorem myślach, w emocjach. Dopiero kiedy skończyłam staż i to codzienne napięcie zaczęło ze mnie schodzić, zobaczyłam, jak dużo tego miałam przez ostatnie tygodnie na co dzień.

Do tego sprawa bardziej przyziemna, ale nie mniej stresująca – remont. Miliony decyzji do podjęcia, szef ekipy wiszący na linii, taszczenie kilkudziesięciu pudeł tam i z powrotem. Całe dnie pracy fizycznej przy rozpakowywaniu, których efekty ginęły w ogólnym chaosie…  Nie muszę chyba pisać, jak źle wpływał na moje samopoczucie taki stan.

I na deser trochę neurotycznych lęków o przyszłość. Mój mąż otworzył właśnie działalność gospodarczą, a ja stoję przed wyborem odpowiedniej szkoły psychoterapeutycznej. Oboje lubimy się martwić o przyszłość, więc naszym mottem na te tygodnie bez wątpienia było: „A co, jeśli coś się spieprzy“.

Wszystko to sprawiło, że w pierwszym odrobinę luźniejszym momencie… rozchorowaliśmy się. Najpierw ja, a chwilkę później mój mąż. Na kilka dni choroba zupełnie wycięła nas z życia i nawet teraz – choć minęły od niej już ponad dwa tygodnie – wciąż czuję się się słabo i funkcjonuję na zwolnionych obrotach. Ale wiecie co? Jestem wdzięczna za ten stan. Uważam go za wyraz prawdziwej mądrości organizmu.Nie chcesz zwolnić? Nie umiesz wreszcie usiąść na tyłku i o siebie zadbać? – zirytowało się moje ciało –No trudno, to samo cię do tego zmuszę… I teraz, kiedy wreszcie wracam do normalnego rytmu funkcjonowania, robię to z pokorą i bez pośpiechu. Nie wyrzucam sobie, że mogłam szybciej, lepiej, więcej. To bardzo wyzwalająca postawa i jestem samej sobie za nią wdzięczna.

# Słucham

Bardzo spodobał mi się tegoroczny hymn Męskiego Grania, czyli Początek Korteza, Podsiadły i Zalewskiego. Lubię wszystkich trzech panów osobno, więc w tercecie też musieli do mnie trafić. No i przede wszystkim – tekst! Idealnie wpisuje się w to, co ostatnio sobie myślę i w jaki sposób staram się żyć. Taki prawdziwie letni, luzacki przekaz.

Ja nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę
W końcu mam swój czas, to chyba dobry moment
Takie miłe, takie to miłe…  

# Czuję się

Ciągle zmęczona i jeszcze nie w mojej normalnej formie – ale spokojna. Staram się krok po kroku realizować swoje zadania i cieszyć się nimi. Ot choćby tym, że w ogóle mogę, że mam na to wystarczająco dużo siły i czas. I co z tego, że niektóre sprawy ciągną się za mną od miesiąca, choć miałam się z nimi szybko uporać w dwa dni? Czasem bywa i tak. Zdałam sobie sprawę, że obwinianie samej siebie za szeroko pojętą „niewystarczalność“ czasu, siły czy umiejętności nie daje mi żadnej korzyści. Żałuję tylko, że aby to sobie uświadomić i odpuścić, potrzebuję zewnętrznych okoliczności, takich jak choroba. Chciałabym umieć pamiętać o tym zawsze.

# Chciałabym

Napisać dłuższy i bardzo osobisty tekst na temat, który od jakiegoś czasu mnie męczy. Mam wrażenie, że dawno nic takiego nie pojawiło się na blogu. A tymczasem to właśnie te teksty – w których niekoniecznie radzę, bardziej opowiadam o swoich własnych doświadczeniach – wydają mi się najbardziej wartościowe. I chyba też do Was trafiają najlepiej… 😉 Trzymajcie kciuki, by wkrótce powstał! A póki co przypominam poprzednie wpisy tego typu:

» Nie zasługuję na ładny strój do ćwiczeń
» Hello sadness, my old friend
» Co daje psychoterapia?  

# Jestem wdzięczna za

Za to, że nasz remont wreszcie dobiegł końca! Mogę do Was pisać z mojego ślicznego fotela w ślicznie odnowionej sypialni, która wygląda dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam. Wcześniej bardzo nie lubiłam tego pomieszczenia, w ciągu dnia praktycznie do niego nie zaglądałam, a w nocy miałam problemy ze snem. Teraz mogłabym z niego wcale nie wychodzić. Co się zmieniło? Kolory… i kąty proste. Zimny turkus zastąpiły szarość i zieleń typu rainforest, a białe klocki z serii Malm – tapicerowane łóżko i dużo drewnianych dodatków. Czekam tylko, aż znikną ostatnie kartony i zagracacze, i z przyjemnością podzielę się z Wami zdjęciem. 

# Pracuję nad

Nad doskonaleniem trudnej sztuki odpuszczania. Nie wyznaczam deadline’ów, bo wiem, że i tak ich teraz nie dotrzymam. Nie liczę kalorii, nie nastawiam budzika (a jeszcze bardziej cieszy to, że sama z siebie budzę się wyspana o szóstej). Taki mój element wakacji w dorosłym życiu 😉 

# Cieszę się

Moim instagramowym projektem. Postanowiłam sobie, że w czerwcu codziennie będę dodawać na swoje konto jedno zdjęcie. Takie spontaniczne, robione w biegu. Bez przejmowania się ziarnem czy krzywym kadrem, bez żadnych aspiracji do „wartości artystycznej“. Podoba mi się ten luz, mam wrażenie że jest dużo bliższy mnie niż jakieś staranne kompozycje, których i tak specjalnie nie potrafię tworzyć. No i w czerwcu wrzuciłam na swój kanał już 17 zdjęć, podczas gdy standardowo w miesiącu pojawiły się 3-4… Naprawdę pasuje mi taka nowa, pozbawiona jakiejkolwiek presji instagramowa obecność.

Instagram: calm.station

Instagram: @calm.station

# Uczę się

Hej, no przecież są wakacje – przez chwilę można niczego się nie uczyć 🙂 

# Czytam

Zaczęłam czytać Shantaram Gregory’ego Davida Robertsa. To moje drugie podejście do tej książki – rok temu próbowałam słuchać jej w wersji audio (pisałam o tym tutaj) i szybko doszłam do wniosku, że to nie jest forma dla mnie. Tym razem czytam tradycyjnie, czyli oczami po papierze 😉 Zauważyłam, że w takiej formie przyswajam treści szybciej, ale bardziej ogólnie. Raczej zwracam uwagę na sens całego akapitu niż na pojedyńcze słowa. Podczas słuchania zdarzało mi się często fiksować na konkretnych wyrazach, które bardzo kłuły mnie w uszy i traciłam koncentrację na dalszej części. Podczas lektury tradycyjnej ledwo zauważałam te „kłujące“ słowa.

Piszę o tym w kontekście Shantaram przede wszystkim dlatego, że ta książka wydaje mi się bardzo niejednoznaczna. Są w niej fragmenty, które zapierają dech w piersi – spotkania z kulturą i mentalnością odmienną od naszej, opisane w fascynujący i nieoceniający sposób. Ale są też zdania tak kiczowate i literacko nieudolne, że aż zgrzytają zęby. W wersji audio zauważałam ich więcej i drażniły mnie bardziej, na papierze jest lepiej, ale wciąż odnotowuję ich obecność. Co ciekawe, zdania w internecie są równie podzielone. Jeśli czytaliście Shantaram, jestem bardzo ciekawa Waszego zdania. Do której grupy należycie? Raczej grafomania czy „literacki święty Graal“, jak to głosi z okładki Marcin Meller? 🙂

# Oglądam

Mój plan dnia zdominował Mundial, więc kiedy tylko mogę, oglądam mecze. Miłość do imprez piłkarskich zaszczepił mi mój dziadek. Dziadek całe życie pracował w fabryce FSO i kochał wszystko, co włoskie – a włoską piłkę najbardziej. Wspomnienie, jak siedzę przed telewizorem ze zrobionym przez niego wielkim transparentem „Forza Italia“ podczas Euro 2000, to jedna z moich ulubionych pamiątek z dziecięcych wakacji. Od tego czasu nie opuszczam żadnej większej piłkarskiej imprezy i wciąż mam duży sentyment do Włochów – bardzo mi smutno, że z tych mistrzostw odpadli jeszcze w eliminacjach.

# Czekam na

Nie czekam na nic. Cieszę się tym, co teraz jest.

Jak wygląda Wasze tu i teraz w czerwcu?

ZapiszZapisz