„Szczęście. Poradnik dla pesymistów“ Oliver Burkeman

„Szczęście. Poradnik dla pesymistów“ Oliver Burkeman

Zdarzają Wam się czasem książkowe miłości od pierwszego wejrzenia? Takie, że wystarczy pobieżny rzut oka na okładkę, kilka pierwszych zdań z blurba i już wiecie – to tekst, na którym się nie zawiedziecie? U mnie tak właśnie było ze „Szczęściem. Poradnikiem dla pesymistów”, którego autorem jest Oliver Burkeman. Już kilka miesięcy temu, w tekście o wartych uwagi poradnikach psychologicznych wspominałam Wam, że nie mogę się doczekać jego lektury. „Poradnik“ Burkemana (ten cudzysłów jest bardzo znaczący!) wydał mi się antidotum na kult pozytywnego myślenia za wszelką cenę i bezrefleksyjnej afirmacji sukcesu.

Przeczytaj:

Starasz się być zawsze radosny i zmotywowany? Wyrzuciłeś słowo „porażka“ ze swojego słownika? Kolekcjonujesz motywacje? Zdaniem Burkemana to droga nie do szczęścia, lecz co najwyżej – do frustracji. To właśnie nasze nieustanne wysiłki, by wreszcie osiągnąć i zatrzymać już na zawsze ten upragniony stan, wpędzają nas w nieszczęście. Poradnik dla pesymistów przynosi tę jedną, paradoksalną poradę już na wstępie: jeśli chcesz osiągnąć szczęście, musisz przestać go szukać. Zamiast niego – spróbuj zaufać temu, co Burkeman nazywa „negatywną drogą“ albo „prawem wstecznym“. Dopuść do siebie świadomość, że „szczęście“ to ulotny i niemożliwy do utrzymania koncept. Pozwól sobie na niepewność, brak celu w życiu, pesymizm i porażkę. Zgodnie ze słowami Alana Wattsa, które stanowią motto książki:

Gdy próbujesz utrzymać się na powierzchni wody, toniesz; lecz kiedy starasz się zatonąć, wypływasz… Niepewność jest wynikiem zabiegania o pewność. I odwrotnie – ocalić i trzymać przy zdrowych zmysłach może nas kategoryczne przyznanie, iż nie ma dla nas ratunku.

Alan Watts – Mądrość niepewności

Negatywne drogi do szczęścia

W ośmiu kolejnych rozdziałach Szczęścia Burkeman przedstawia koncepcje, które w jakiś sposób łączą się z tym ogólnym założeniem. Są wśród nich i klasyczne idee znane z historii duchowości czy filozofii, i koncepcje najzupełniej współczesne.

Podróż przez negatywne ścieżki do szczęścia zaczynamy od stoicyzmu i inspirowanej psychoterapią poznawczą Ellisa metody konfrontacji z najgorszym z możliwych scenariuszy. Jako kolejna z nie-dróg do szczęścia przedstawiona zostaje medytacja mindfulness. Ważnym elementem tej części był dla mnie opis spotkania samego autora z medytacją. Odnalazłam w nim swoje własne doświadczenia – frustrację płynącą z bezruchu, lęk przed pustką tak ogromny, że zagłuszałam go przez przeżywaną w ciszy wściekłość.

Najlepiej z lektury zapamiętałam jednak historię z następnego rozdziału, zatytułowanego Szaleństwo celów. Opowiada on o tym, jak duża jest w nas potrzeba stawiania sobie celów i konsekwetnego realizowania ich mimo wszystko – co może kosztować nie tylko szczęście, ale nawet… życie. W tekście przykładem takiego celu zrealizowanego wbrew logice jest historia tragicznego korku na Mount Evereście. Wzięłam sobie te słowa do serca, bo opisywana przez Burkemana „celodycea” niestety nie jest mi obca.

Już w pierwszym akapicie wspominałam, że zawarte w tytule określenie „poradnik” warto traktować z dużym dystansem. To termin o wydźwięku zdecydowanie ironicznym. Widać to zwłaszcza w drugiej części Szczęścia, kiedy książka bardziej niż jakikolwiek instruktaż przypominać zaczyna pełnoprawny traktat filozoficzny. Przynajmniej ja nie spotkałam się jeszcze z poradnikiem, zgłębiającym kwestie takie jak tożsamość, ucieczka od dobrobytu czy lęk przed śmiercią. Próżno szukać w niej prostych rozwiązań czy gotowych instrukcji. Za to jeśli masz ochotę na pytania graniczne i nieoczekiwanie głęboką rozkminkę nad sensem życia, Poradnik… bez problemu zaspokoi ten głód.

Burkeman sprawnie łączy znane koncepcje psychologiczne, filozoficzne i duchowe ostatnich lat – m.in. Eckharta Tolle’a, Brene Brown, Ernesta Beckera – z odpowiadającym im zapisem zarówno własnych, jak i kolektywnych doświadczeń. To bardzo humanistyczny i zamaszysty ideowo tekst. Myślę, że zaciekawiłby wiele spośród tych osób, które na co dzień starają się trzymać od książkowych porad z daleka. Pytanie tylko, czy jako „poradnik“ z nazwy jest w stanie do nich dotrzeć…?

Szczęście. Poradnik dla pesymistów – Oliver Burkeman

Filozof i reporter

Wszystko to brzmi poważnie i dość ciężko. Zapewniam Was jednak, że mimo pozornie „dołującej“ tematyki i koncepcji operujących często na dość wysokim poziomie abstrakcji, Poradnik dla pesymistów czyta się wartko i lekko. Duża w tym zasługa ironicznego, a jednocześnie bardzo wyważonego stylu Olivera Burkemana. Podoba mi się też sposób konstrukcji rozdziałów, w których akapity bardziej teoretyczne przeplatają się z zapisem osobistych doświadczeń. Burkeman jest reporterem Guardiana i to reporterskie zacięcie wyraźnie w jego książce widać. Kiedy pojawia się Eckhart Tolle – to jako człowiek z krwi i kości, podejmujący gościa w swoim mieszkaniu i niepokojący go siłą swojego niezmąconego spokoju. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy zamożność i komfort życia faktycznie mogą nas unieszczęśliwiać, autor wyjeżdża do Kenii, gdzie przygląda się codziennemu życiu w slumsach i odmalowuje barwne sylwetki mieszkańców Kibery. Pisząc o lęku przed śmiercią, doświadcza Święta Zmarłych w Meksyku i faktycznie odwiedza miejsce kultu Santa Muerte.

Nie do przecenienia jest też fakt, że Burkeman każdą z opisywanych w tekście „negatywnych ścieżek“ testuje na sobie i dzieli się z czytelnikiem swoim doświadczeniem laika. Dzięki temu wszystkie koncepcje możemy obserwować z podwójnej perspektywy – mistrza i ucznia, doświadczającego w pierwszym kontakcie zdziwienia, rozbawienia, często obaw. Wiele jest w tych początkowych spotkaniach sceptycyzmu i trudnych emocji, a zmiany, które zachodzą, są subtelne i niejednoznaczne. To bardzo przyjemna odmiana po poradnikach utrzymanych w hurraoptymistycznym nurcie, podczas lektury których często zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak, skoro zamiast entuzjazmu i radosnych wykrzykników w trakcie lektury doświadczam tylko coraz silniejszych wątpliwości.

Co wyniosłam z lektury Poradnika dla pesymistów?  

Przede wszystkim: wielki szacunek do tego tekstu i jego autora, za bardzo wartościowe podejście do tematu, poparte tytaniczną pracą reporterską i świetnym researchem. Czy dzięki Szczęściu… odnalazłam szczęście? Oczywiście nie – i bardzo się z tego cieszę! Po lekturze zbioru tekstów Burkemana jeszcze lepiej rozumiem, że szczęście nie jest czymś, co da się wzbudzić albo odnaleźć po lekturze jednego (nawet najlepszego na świecie) poradnika.

Chociaż z wieloma przedstawionymi w tym nie-poradniku ideami spotkałam się już wcześniej, czuję, że to była dla mnie naprawdę wzbogacająca – intelektualnie i duchowo – lektura. Dotarło do mnie, jak kurczowo trzymam się swojego poczucia bezpieczeństwa i jak często sama konieczność posiadania jakiegokolwiek celu przesłania mi jego głębszy sens. Samo pozwolenie sobie na obcowanie z tematami, które na co dzień wypychamy gdzieś poza margines świadomości – niepewnością, porażką, pewnością śmierci – było dla mnie niesamowitym doświadczeniem.

Poradnik dla pesymistów niesie za sobą bardzo dojrzałe przesłanie. Odczytuję je jako zachętę do akceptacji życia w takiej formie, w jakiej akurat się przytrafia. Także w tych gorszych, bolesnych i pozbawionych radości momentach. Bo życie wcale nie jest wesołe i łatwe. I szczęście w swej prawdziwej formie też nie ma nic wspólnego z weseleniem się i łatwością. Raczej ze zgodą na doświadczenie wszystkich emocji i pogodną akceptacją faktu, że równie często jak dobrze, bywa w życiu źle. Nieszczęście w końcu też jest częścią szczęścia.

Oliver Burkeman, Szczęście. Poradnik dla pesymistów. Wydawnictwo Muza, 2017.

Szczęście. Poradnik dla pesymistów – Oliver Burkeman

  • Czekałam, aż będę miała więcej niż chwilę, by dokładnie zagłębić się w Twoje odczucia a propos tej książki. Mówisz: „traktat filozoficzny” i masz moją uwagę. 😀

    Na podstawie tego, co piszesz, z niektórymi przemyśleniami autora się zgadzam, z innymi nie do końca. Sama myślę, że szczęście jako continuum jak najbardziej jest do utrzymania. Ale faktycznie, nie można dokonać tego siłą i za pomocą starań, czego uczę się na co dzień, i tu absolutnie zgadzam się z Burkemanem, że szczęście daje po prostu… akceptacja nieszczęścia, czy w zasadzie tego co my pozornie nazywamy „nieszczęściem”, nie chodzi o bierność i dryfowanie, ale przepływ i wykorzystywanie życiowych prądów a nie walkę z nimi. Właściwie zastanawiam się, czy myślimy z Burkemanem o tym samym szczęściu: szczęście dla mnie to taki stan harmonii i spokoju, niekoniecznie radość, bo rzeczywiście radośni nie jesteśmy w stanie być ciągle i tu bym się zgodziła (a według stoików i buddyjskich mnichów stan radości wiąże się nierozerwalnie i z następującym po nim zjazdem).

    Co do stawiania sobie celów, mam dokładnie te same przemyślenia, nawet chyba trochę dałam im upust przy okazji ostatniego tekstu. Czasem stawiamy je po to, by doświadczać pustej dumy i udowadniać sobie samym własne znaczenie albo siłę względem świata, niekoniecznie są naszymi realnymi celami, prędzej środkami.

    Bardzo zachęciłaś mnie do lektury, zwłaszcza, że z tego co piszesz, mogę spodziewać się tam jakiegoś krótkiego reportażu z Tollem – dobrze zrozumiałam? 🙂

    • Myślę, że Twój i Burkemana sposób rozumienia szczęścia może być podobny. Chociaż poza harmonią i spokojem dopisałabym tu jeszcze uczucie zachwytu, do którego autor odwołuje się na samym końcu, cytując Paula Pearsalla: „Zachwyt to wszystkie nasze uczucia zlane w jedno intensywne. Nie możesz określić go jako po prostu radości, smutku, strachu, gniewu czy nadziei (…). Jest jakby próbą ułożenia złożonej układanki, w której brakuje elementów. Nigdy nie ma żadnego domknięcia w życiu inspirowanym przez zachwyt, jedynie stała akceptacja tajemnic życia”. Więc też – harmonia i przeplot wszystkich podstawowych emocji, tych postrzeganych jako „pozytywne” i „negatywne”.

      Natomiast, jak to często z takimi pojęciami bywa, „szczęście” można rozumieć na różne sposoby. I kiedy autor pisze o niemożności odnalezienia szczęścia, mam wrażenie, że chodzi o tę jego wyidealizowaną, spłyconą wersję – jakiś mityczny stan niezmiennej błogości. W ogóle ten tekst jest napisany w takim mocno polemicznym tonie i dużej kontrze wobec „pozytywnego myślenia” (znowuż – w tej jego sztampowej, znanej ze stereotypowych konferencji motywacyjnych wersji). Jego tytuł w oryginale brzmi też zupełnie inaczej: „The Antidote: Happiness for People Who Can’t Stand Positive Thinking”, co moim zdaniem nie jest jednoznaczne z „byciem pesymistą”. Myślę, że to taki dodatkowy, istotny kontekst 😉

      Cieszę się, że Cię zachęciłam, bo to naprawdę warta uwagi książka. Oczywiście, ponieważ to przegląd wszystkich „niepozytywnych teorii szczęścia”, to przedstawiając wspominane koncepcje Burkeman nie wnika w nie zbyt głęboko. Więc o stoicyzmie czy buddyzmie pewnie nic nowego się nie dowiesz – ale to, co jest, mnie przynajmniej wydawało się napisane z sensem 🙂 Tak, Tolle się pojawia jako człowiek z krwi i kości, ale bardziej niż reportażem nazwałabym to takim typowo dziennikarskim szkicem postaci, który czasem można spotkać w wywiadach – autor opisuje wygląd, mieszkanie, swoje wrażenia dotyczące rozmówcy i konfrontuje je z tym, co przeczytał i czego się spodziewał.

  • Izabela Sobańska

    Miałam wątpliwości co do tej książki, ale przekonałaś mnie tym tekstem, że jednak warta jest uwagi 🙂

    • Ooo, a na czym polegały wątpliwości? Pytam, bo wiem, że wiele osób było do niej na początku zniechęconych, a ja w ogóle nie miałam takiego wrażenia – od początku spodziewałam się pyszności 😉

      • Izabela Sobańska

        Chyba tak bardzo nie godziłam się na negatywne doświadczenia w moim życiu, że po przeczytaniu opisu książki, który załączam poniżej stwierdziłam, że to książka kompletnie nie dla mnie. Przecież u mnie wszystko jest ok 😉 „Autor proponuje zatem koncepcję, że tylko godzenie się na porażkę,
        stratę i doświadczanie większej ilości negatywnych emocji lub
        przynajmniej nauczenie się zaprzestania tak usilnej od nich ucieczki,
        oraz analizowanie ich sprawi, że staniemy się od nich wolni.”

        • Myślę, że rozumiem ten mechanizm 😉 No cóż, tej pracy z negatywnymi doświadczeniami jest u Burkemana naprawdę dużo. I to na tym najbardziej podstawowym poziomie – poradnik zamyka w końcu wezwanie „memento mori”. Jeśli przeczytasz „Szczęście…”, chętnie się dowiem jak Twoje wrażenia!

  • Brzmi bardzo interesująco. Swoją drogą dotknęła mnie właśnie taka mini-incepcja, bo właśnie zostawiłam u Anety z ZenBlog komentarz dotyczący idealizacji pozytywnego myślenia. Zaglądam do Ciebie a tu taka książka. 🙂 Bardzo chciałabym ją przeczytać (i poczytać o tym, jaki jest Eckhart Tolle na żywo)!

    • Też miałam ostatnio takie wrażenie związane z tym tematem – wydaje mi się, że zniechęcenie do bezmyślnego optymizmu zatacza coraz szersze kręgi 😉 Jeśli ją przeczytasz, z niecierpliwością czytam na Twoje wrażenia dotyczące lektury (i Eckharta 😀 )!