Kiedy samorozwój staje się pułapką

Kiedy samorozwój staje się pułapką

Michał Szafrański – autor znanego Wam z pewnością bloga Jak oszczędzać pieniądze? – swój tekst o strefie komfortu zaczyna w taki sposób:

Strefa komfortu to stan, w którym nie czujesz potrzeby, aby stawiać sobie jakiekolwiek wyzwania. Po prostu żyjesz sobie z dnia na dzień, robiąc to, co musisz. Tkwiąc w niej, nie wystawiasz się w gruncie rzeczy na żadne ryzyko (uświadomione). To niebezpieczne, bo przyzwyczajasz się do tego i Twój wygodnicki mózg będzie utwierdzał Cię w przekonaniu, że tak jest dobrze. I coraz szybciej będzie Cię zniechęcał do wprowadzania zmian.
– Michał Szafrański, Do it! – czyli dlaczego nie możesz utknąć w strefie komfortu, data publikacji 04.09.2013.

Rozumiem, że chodzi głównie o kwestie finansowe, ale i w szerszym kontekście te słowa zdają mi się bardzo symptomatyczne. Niebezpieczeństwo. Przyzwyczajenie. Wygodnictwo. Nie możesz utknąć. Dobrze obrazują taki styl zarządzania rozwojem osobistym, który na własny użytek nazywam sobie „coachingiem poszturchującym“.

Na czym polega to podejście? Wpisuje się w nie przekonanie, że rozwój polega na takim psychicznym truchtaniu pod bardzo stromą górę, podczas którego nie wolno nam nawet na chwilę przystanąć czy zawrócić. Przyjmujesz wobec samego siebie rolę surowego rodzica, szorstkiego trenera, sierżanta, który smaga cię po piętach i wrzeszczy, że opierdalać się będziesz po śmierci. Masz trudniejszy moment? W tym modelu radzisz z nim sobie poprzez zaciśnięcie zębów i przeżucie – niczym batonika energetycznego – któregoś z motywacyjnych cytatów. Dopóki nie dotrzesz do celu, nie ma miejsca na zmianę zdania czy jakiekolwiek wątpliwości. A przede wszystkim, nie ma tu miejsca na lęk. Lęk nie przystoi ludziom sukcesu. Strefa komfortu – jego największa ostoja – staje się w takim modelu czymś, co każdy samoświadomy człowiek powinien jak najszybciej przekroczyć. Inaczej (o zgrozo!) stanie w miejscu. Nie podejmie kolejnego wyzwania. Rozleniwi się, rozsypie, rozlezie. Przerażająca perspektywa…

W temacie wszystkich ról, jakie pełni nowoczesna kobieta, polecam studium "Supermenki. O seksie, władzy i pogoni za perfekcją" Debory Spar.
W temacie wszystkich ról i zadań, jakie powinna wypełniać nowoczesna kobieta, polecam studium „Supermenki. O seksie, władzy i pogoni za perfekcją” – Debora L. Spar

Kilka miesięcy temu, jeszcze w poprzedniej pracy, pewne spotkanie służbowe bardzo dało mi do myślenia. Nie wiem, jak to wygląda w innych branżach, ale w naszej – nazwijmy ją kobieco-rozwojową – decyzje o zaangażowaniu się w jakiś wspólny projekt podejmuje się przede wszystkim na podstawie podobieństwa celów i generalnej wizji marki. Pierwsze spotkanie służy po to, by się wybadać i jak najlepiej poznać. Spotkanie szło więc świetnie – wiosna w pełni, Warszawa taka ładna, na stołach zielone smoothie i lśniące w słońcu Macbooki. Rozmawiałyśmy o tym, czego współczesnej kobiecie potrzeba do szczęścia, o duszy i ciele, o work i life balance, o sztuce, miłości i psychoedukacji – we wszystkich tych sferach miałyśmy podobne zdanie.

Jakoś tak zeszło na podróże i związki. I ja – niesiona radością, że gada nam się tak swobodnie i otwarcie – dzielę się swoją refleksją, że może i odkrywanie świata faktycznie jest ciekawe, ale ja zdecydowanie wolę od niego ten moment, kiedy po ciężkim dniu wracam do domu, pod kocyk, do mojego chłopaka, moich książek i kotów. Uśmiechy przygasają, zauważam konsternację na twarzach towarzyszek i widzę, że popełniłam faux pas. Przedkładając domowe kapcie i kocyk nad podróżowanie, przestałam pasować tak dobrze do modelu nowoczesnej kobiety, dla której priorytetem jest nieustanny rozwój. No bo gdzie rozwój, a gdzie mechaty kocyk i wieczór z chłopem w dresie przed konsolą – fuj.

Nie tak dawno temu ten priorytet i dla mnie był oczywisty. Chciałam żyć przede wszystkim po to, by zdobywać nowe umiejętności. Ciągle poszerzać wiedzę. Nieustannie czegoś doświadczać. Dzień, w którym nic ciekawego się w moim życiu nie wydarzyło, był dniem straconym – każdy musiał coś dawać, wnosić nową jakość. Precyzyjnie definiowałam wszystkie swoje słabe strony i wypowiadałam im wojnę. Uzbrojona w planery, motywatory i kolorowe mazaki tworzyłam sobie miesięczne listy celów tak ambitne, że komuś innemu spokojnie wystarczyłyby na rok. Realizowałam je bez przyjemności, ale skrupulatnie – z poczuciem, że skoro się udało, to mogłam jednak wymagać od siebie jeszcze trochę więcej. Kolejne kursy, nowe metody, bestsellerowe poradniki. Niepokój, kiedy w planach nie miałam nic nowego. Wyrzuty sumienia, że wciąż nie rozwijam się wystarczająco szybko.

Wreszcie, kiedy lekko zestresowana rozwojowym opóźnieniem nadganiałam swoje braki w dziedzinach minimalizmu i slow life, dotarło do mnie, jaki to paradoks.

Uczymy się oczyszczać przestrzeń. Odcinać się od medialnego szumu i więcej czasu spędzać offline. Kupować nowe rzeczy tylko wtedy, kiedy faktycznie ich potrzebujemy, a nie po to, by zaspokoić potrzebę konsumpcji. Uświadamiamy sobie, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Mam jednak wrażenie, że wszystkie te działania dotyczą tylko jednej, materialnej strefy. Że jeśli chodzi o związki, rozwój i karierę – wciąż chcielibyśmy mieć wszystko. Świetnie pełnić wszystkie swoje role społeczne – być lwicami biznesu i zaangażowanymi matkami, empatycznymi żonami i wyrozumiałymi córkami jednocześnie. Zwiedzać świat, dbać o formę, gotować gluten free, minimum raz w miesiącu chodzić do teatru. Jeździć na konferencje motywacyjne i znać płynnie co najmniej pięć języków. Nigdy nie marnować czasu, ciągle stawiać przed sobą nowe wyzwania i zawsze wygrywać walkę o pozbycie się kolejnego z destrukcyjnych nawyków. Brzmi znajomo? Ja długo dążyłam do życia właśnie w taki sposób.

Nie zrozummy się źle: uważam, że wspaniale jest móc się rozwijać. Ale właśnie: nie musieć, a móc. W moim przypadku dużo zmieniło uświadomienie sobie, że samorealizacja nie jest koniecznością, tylko ogromnym luksusem – czymś, do czego zgodnie z teorią Maslowa dążymy na samym końcu, po zaspokojeniu wszystkich innych potrzeb. To możliwość, którą mam szansę wykorzystać, bo tak mi się wspaniale w życiu ułożyło, że jestem teraz najedzona, kochana i bezpieczna. Ale wykorzystać jej nie muszę. Mogę sobie spędzić ten czas zupełnie bezrefleksyjnie, patrząc w sufit i poklepując się z bliską osobą po wypełnionych brzuchach – i to też będzie dużo. I też będzie super.

Mój cel rozwojowy na najbliższe miesiące jest więc trochę przewrotny – uczę się pozwalać sobie na rozwojową stagnację.

Akceptuję te wszystkie moje mikroporażki, a nawet staram się je doceniać i odrobinkę kochać. Na przykład tę, że – jak się ostatnio dobitnie przekonuję – mojego poziomu twórczej energii i motywacji do pracy nie wyreguluje żaden planer ani najlepszy produktywnościowy trick. Są dni, kiedy nie jestem w stanie nic zrobić i takie dni, kiedy wypełniam 300% zadań z błyskiem geniuszu w oczach – nie zależy to ani od organizacji pracy, ani od ilości kawy, ani od biorytmu.

Z ulgą pogodziłam się wreszcie z faktem, że nie czuję zbyt wielkiej potrzeby zwiedzania świata i nauki kolejnych języków, a rozmawianie o podróżach nudzi mnie jak mało innych rzeczy w życiu. Chociaż staram się jeść zdrowo, dbać o ekologię, nie kupować niepotrzebnych rzeczy – i te zasady są dla mnie naprawdę ważne – nie krzyczę już na siebie za kupiony na poprawę humoru dodatkowy balsam do ciała albo spałaszowaną w przeciągu 5 minut słodką tabliczkę czegoś, co tylko z nazwy ma coś wspólnego z czekoladą. Odpuszczam sobie walkę z moją sympatią do landrynkowego smaku aromatyzowanych herbatek ekspresowych, tanich ciuchów z sieciówek i wszystkiego, co zawiera roztopiony ser. I wreszcie przyznaję sama przed sobą, że prowadzenie BuJo*, udział w kreatywnych wyzwaniach i czytanie najnowszych rozwojowych poradników to coś, co absolutnie mnie nie kręci. Może robiąc to, staję się wygodnicka i leniwa – ale jednocześnie chyba i szczęśliwsza.

* Dopisek z 16.01.2018 r.: Haha, jednak nie miałam racji 🙂 

Jeśli więc macie chęć i możliwości, by dbać o swój samorozwój – to wspaniale. Ale dokładnie tak jak w przypadku schowka w łazience czy szafy, więcej nie zawsze znaczy lepiej. Nic się nie stanie, jeśli czasem sobie odpuścicie, przegracie, nie podejmiecie wyzwania. Samorozwój to przywilej, a nie konieczność. A strefa komfortu – wbrew temu, co czasem mogłoby się nam wydawać – nie służy do nieustannego przekraczania, ale do tego, by móc poczuć się w niej bezpiecznie. 

  • Świetny tekst! Osobiście uwielbiam podróże, ale odnieść to mogę do innych rzeczy, za którymi nie przepadam, a które w ramach samorozwoju powinnam robić. I dopóki sprawia nam coś przyjemność i czegoś chcemy- jest super, gorzej gdy robimy, bo tak wypada. Żaden to wtedy samorozwój i żadna motywacja. A domowy kocyk w długie zimowe wieczory to samo dobro!:)

    • Tak, dokładnie o to mi chodziło – o robienie tych rzeczy na własnych warunkach i dla własnej przyjemności, bez przymusu czy presji. Swoją drogą, zdradzisz za którymi z tych rozwojowych rzeczy akurat Ty nie przepadasz? 😉

      • Prowadzenie planerów, kalendarzy i list rzeczy do wykonania! Nie potrzebuję rozpisywania swoich dni, stawiania celów tygodniowych, miesięcznych czy rocznych. Mój zapał do prowadzenia kalendarza mija już po miesiącu i świeci pustkami… a dzień spędzony na siedzeniu przed tv, nigdy nie jest dniem straconym i nie czuję żadnych wyrzutów sumienia po takim odpoczynku 🙂 Poza tym nie pamiętam kiedy byłam na jakimś kursie i chociaż chciałabym nauczyć się perfekcyjnie języka angielskiego to nie mam parcia na studiowanie rozmówek, słowników i angielskich książek 🙂

        • No tak, ja z kolei uwielbiam wszystkie zadania związane z klasyfikowaniem, segregowaniem i projektowaniem przyszłości, więc prowadzenie kalendarza sprawia mi duuużą przyjemność. Choć zauważyłam, że łatwo zacząć przykładać do tego zbyt dużą wagę i żyć pod presją idealnego projektu życia z kalendarza, który mimo starań nie daje się przełożyć na rzeczywistość 😉 Za to umiejętności spędzenia dnia przed TV bez wyrzutów sumienia bardzo Ci zazdroszczę, ja dopiero pomału się jej uczę.

  • Dobrze się rozumiemy. 🙂 Nawet kiedyś pisałam o tym, choć nie w tak mądry, wyczerpujący i ładny sposób – bardzo cenię styl, w jakim piszesz.
    Wiesz, kiedy byłam na studiach to miałam takich znajomych, którzy non stop dołączali do jakichś wydarzeń na Facebooku. Nieważne, czy to była prelekcja o sytuacji Kurdów, pokaz slajdów z pobytu w Beskidach, warsztat ze składania serwetek czy koncert ukraińskiej muzyki ludowej. Byli wszędzie. Chłonęli i doświadczali wszystko. A mnie jakoś nigdy do tego nie ciągnęło i długo czułam się źle ze sobą. Z tym, że mnie to „wszystko” nie interesuje. Że wolę posiedzieć w domu.
    Swego czasu popadłam w pułapkę kursów, nowych umiejętności, długich list zadań… Ten rok jest czasem, kiedy postanowiłam sobie, że odpuszczę. I co ciekawsze, mam wrażenie, że moje życie działa sprawniej a ja jestem szczęśliwsza.
    Strefa komfortu jest może też od tego, żeby ją poznać. Dowiedzieć się, co nam się podoba, z czym nam dobrze, a czego zupełnie nie chcemy. Dopiero wtedy można ją poszerzać. Jak to pięknie napisałaś – niby Maslow znany wszystkim, a jednak nie do końca rozumiany – samorealizacja to luksus. Coś opcjonalnego. Coś ponad, z czego można być dumnym, nawet jeśli dotyczy małych rzeczy.
    A odnosząc się do tej sytuacji z Twojej poprzedniej pracy – jestem pewna, że nie Ty jedna z tego grona wolałabyś kocyk i wieczór w domu od ciągłych wyzwań. Jako jedyna mogłaś mieć odwagę, by to przyznać i za tym podążać. 🙂

    • Dziękuję za ciepłe słowa – bardzo mi miło!
      Też mam takich znajomych i długo miałam wyrzuty sumienia, że u mnie nie funkcjonuje to w ten sposób. W moim przypadku to się bardzo silnie wiąże z moją babcią, która powtarza, że „trzeba”. Trzeba chadzać na wystawy. Trzeba zwiedzać świat. Trzeba korzystać, nawet jeśli specjalnie cię to nie interesuje. W jej przypadku to pewnie piętno dawnych czasów – kiedyś nie było nic, a teraz jest tego tak dużo, więc także w tym rozwojowym sensie trzeba się najeść na zapas, bo jeszcze zniknie. A przecież tak jak napisałaś, strefa komfortu jest też po to, byśmy wiedzieli, z czym czujemy się dobrze. Kiedy już poznamy swoje granice i okaże się, że jakieś marzenie wymaga ich przekroczenia – super, wtedy faktycznie warto nad tym pracować, bo to cel, do którego mamy odpowiednią motywację. Ale takie przekraczanie dla samego przekraczania mija się z celem i (o czym chyba często zapominamy) zużywa siły, które do regeneracji potrzebują właśnie chwili odpoczynku i rozwojowej stagnacji 🙂

  • To jest cholernie niesamowity paradoks! Ciągle chcemy być lepiej oczytani, wiedzieć więcej, podróżować częściej, doświadczać, przeżywać, pisać. Łatwo się zapętlić, trudniej odpętlić 🙂 Coś o tym wiem. Wciąż mam dużo projektów kreatywnych. Przez 4 lata swojego życia prowadziłam bardzo ważny dla mnie projekt, który rozrósł się na tyle, że stał się marką, z którą ludzie się utożsamiali, rozwijali. Po 4 latach zobaczyłam jednak, że to może trwać kolejne 4 lata, ale ja już nie miałam tej energii. Czułam, że projekt w swoich założeniach osiągnął wszystko, co było możliwe do osiągnięcia i zamknęłam go, choć byłam namawiana na kontynuowanie pracy. Ale to doświadczenie pokazało mi, ile życia i energii trzeba włożyć w jeden, niepozorny projekt. Od tamtej pory rozsądnie i z dystansem podchodzę do pomysłów. Nadal mam kilka swoich projektów kreatywnych, które wymagają ode mnie „trochę” energii, ale też mierzę siły na zamiary i rozdzielam zadania w projektach na członków zespołu 🙂

    • Ja się tak zastanawiam, ile nawymyślam jeśli chodzi o uczenie się nowych rzeczy. Nieustannie się czegoś uczę i ciekawi mnie tyle rzeczy, że zawsze mam w planach 3 kolejne tematy. Akurat kończę studia i obiecałam sobie, że tym razem zrobię przerwę – przynajmniej przez rok żadnych nowych kierunków, żadnych podyplomówek, żadnych doktoratów! Ale już czuję, że ciężko mi będzie wytrzymać w tym postanowieniu…
      A Twój komentarz poruszył jeszcze jedną bardzo ważną kwestię – tego, że nawet projekty, które robimy z pasją i wkładamy w nie całe serce, potrafią nas wyczerpać i zmęczyć. Mam wrażenie, że to taki kolejny samorozwojowy mit. Możesz się męczyć w nudnej pracy w korpo, ale kiedy robisz coś, co naprawdę kochasz, to powinieneś w euforii pracować 16 godzin na dobę i żywić się powietrzem 😛 A tymczasem każdy, nawet ten wymarzony i ukochany projekt, potrafi zmęczyć albo zwyczajnie w którymś momencie przestać być nam potrzebny i nie ma w tym nic złego.

  • Osobiście zauważyłam, że dzięki bodźcom wytwarzanym poprzez przekraczanie strefy komfortu jakoś tak silniejsza się czuję i wierzę, że mogę wielu rzeczy dokonać. Natomiast bez nich, zapadam właśnie w taki ciąg życia byle do następnego dnia. Jestem zdecydowanie za przekraczaniem tej strefy.

    • To prawda, ja też zauważyłam ten mechanizm – taki skok na głęboką wodę daje ogromnego kopa i bardzo podnosi pewność siebie. Absolutnie nie jestem więc „przeciwko” przekraczaniu strefy komfortu. Chodzi mi jedynie o to, by działać w zgodzie ze sobą, we własnym rytmie i pamiętać, że jeśli to wyjście czasem się nie uda, nie stanie się nic strasznego.

  • Szaleńczy bieg za rozwojem nie daje nawet okazji do tego, by to co się zdobyło w jakimś stopniu choć najmniejszym wykorzystać. Bo i kiedy, jak za zakrętem czeka już kolejny punkt do zrealizowania. Mama wrażenie, że zbyt dosłownie czasami bierzemy do siebie pewne trendy. Albo wchodzimy w to na całego albo w ogóle. A przecież ile pięknego jest w tym, by się tym inspirować i dostosować do siebie i swoich potrzeb. Ulepić to pod siebie i swoje potrzeby na tę chwilę. Ale nie my musimy być minimalistami w każdym aspekcie życia, wywalić pół domu, nawet jeśli ma dla nas wartość sentymentalną, bo to już uprawianie zbieractwa. Brakuję nam balansu i wyśrodkowania tego wszystkiego. I wtedy wszystko może okazać się dla nas pułapką. Nie tylko rozwój. Kolejny raz już to widzę jak wielkie znaczenie ma w naszym życiu równowaga. 🙂

    • Tak, zwróciłaś uwagę na bardzo ważną kwestię – wieczna pogoń za realizacją kolejnych celów nie pozostawia czasu na cieszenie się tym, co już udało się osiągnąć. A to niestety łatwa droga do frustracji, bo za ciężki trud przełamywania własnych barier nie czeka nas w takim modelu żadna nagroda – na satysfakcję i poklepanie samego siebie po plecach zwyczajnie nie wystarcza czasu.

  • Wszystko pięknie, ale czy w dzisiejszej Polsce ktoś, oprócz garstki wybranych, żyje w czymś choć zbliżonym do komfortu? Nie wydaje mi się. Gdzie tu miejsce na rozwój osobisty, kiedy trzeba kombinować jak dorobić poza pracą, by starczyło do następnej wypłaty? Albo doczołgując się do kolejnej jałmużny na oparach poprzedniej? W rozwój trzeba zainwestować nie tylko samymi dobrymi chęciami, ale i mamoną.

    • Wydaje mi się, że postrzegamy tę strefę komfortu trochę inaczej – ja odnoszę się do niej w znaczeniu psychologicznym, a nie ekonomicznym. W takiej optyce rozwój to nie tylko inwestowanie oszczędności w drogie kursy, ale też np. przełamanie się i pójście na imprezę plenerową, kiedy boisz się tłumów, albo zapytanie kogoś o drogę po angielsku. Chociaż oczywiście zgadzam się z tym, co piszesz i myślę, że wynika to z hierarchii potrzeb. Trudno przełamywać swoje granice i rozwijać się, kiedy nie czujesz się bezpiecznie.

  • Bardzo dobry tekst. Ważne jest aby chcieć z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo jak ktoś cię do czegoś zmusza, to kicha. U siebie mówię to na przykładzie pływania i chodzenia na basen. Znam doskonale wszystkie zalety pływania i polecam tą aktywność każdemu. Ale że przez wszystkie lata szkoły jedynymi aktywnościami z jakimi się stykałam był basen i piłka siatkowa, to teraz nikt mnie do tego siłą nie przymusi. I uważam że tak samo jest z samorozwojem. Trzeba tego faktycznie chcieć, a nie podążać za tłumem, bo coś jest modne.

    • Podoba mi się ten przykład z pływaniem. Czasem tak jest, że pewnych obiektywnie zdrowych i przyjemnych rzeczy po prostu za nic nie jesteśmy w stanie polubić. Zaciskanie zębów i zmuszanie się do nich na dłuższą metę nie pomaga w rozwoju, a może dodatkowo zniechęcić do podejmowania innych, bliższych nam aktywności – bo skoro tyle mnie kosztuje chodzenie na basen, to nawet nie będę sprawdzać, jak się czuję na siłowni. A Ty próbowałaś się jeszcze przekonać, że pływanie jest super, czy tuż po szkole dałaś sobie z nim spokój?

      • Jak jestem na wakacjach nad morzem/oceanem/basenem, to pływam 🙂 Bo chcę 🙂 Nikt mnie do tego nie zmusza. A jak mam basen i upał to mogę w nim pluskać się cały dzień 🙂 Byle bez czepka 😉

  • Jak miło, że ktoś podziela moje zdanie i o tym pisze 😉 tak, tak, tak!

  • Myślę, że to wszystko zależy od tego co odkryjemy wgłąb siebie. Niektórzy zrozumieją, że potrzebują od życia czegoś więcej, właśnie tego podróżowania i gonienia, że to jest cos, co ich napędza. Inni zajrzą w swoje wnętrze i zrozumieją, że gonią, by uciekać, że tak naprawdę chcą też trochę spokoju. To wszystko jest ok, nie ma jednego idealnego scenariusza na życie dla wszystkich. Łączy nas jedno- by odkryć swoją drogę, trzeba naprawdę zajrzeć w siebie i poszukać tego „prawdziwego ja”, często bowiem gonimy za wzorcami narzuconymi na nasz przez innych…

    • Tak, zgadzam się, że to działa w dwie strony. To pozwolenie sobie na „rozwojowy luz” wcale nie musi polegać na rezygnacji ze wszystkich aktywności. Wręcz przeciwnie, może być po prostu przyznaniem się przed samym sobą, że lubię kiedy dużo się dzieje i brak im cierpliwości na wszystkie relaksacyjno-uspokajające zadania. Ja np. długo próbowałam relaksować się tak, jak wydawało mi się, że powinnam – malować kolorowanki antystresowe, medytować, czytać lekkie książki… wszystko, co znajdziesz pod instagramowym hasztagiem „#relax”. Okazało się jednak, że o wiele lepiej odprężam się przy bardziej aktywnych działaniach – odkąd nie próbuję się zmuszać do odpoczywania na siłę w jakiś sposób, żyje mi się naprawdę dużo lepiej.

  • Pingback: Poradniki psychologiczne, które mam ochotę przeczytać - Calm Station()

  • Karpacka Biel

    Matyldo,
    najserdeczniej dziękuję Ci za ten arcyistotny wpis. Do niedawna także twkiłam w błędnym kole uganiania się za wysokimi, często boleśnie niedosiężonymi celami, by upadać na twarde dno niezadowolenia samej z siebie, potęgowanego jeszcze poczuciem słabości. Właśnie ta dyssatysfakcja i brak przyzwolenia na proste przyjemności powodowały, że chociaż udawało mi się zrealizować zamierzenia – były to sukcesy połowiczne, raniące i w gruncie rzeczy zgubiłam pierwotną radość.
    Dodatkowo spektakularne sukcesy ludzi z mojego otoczenia – nawet jeżeli przypisane im tylko poprzez moje naiwne idealizacje tylko wzmagały rozczarowanie własną osobą. Wydawałam się sobie ciągla zapóźniona, nieperfekcyjna, moje zainteresowania i osiągnięcia nijakie.

    Teraz, podobnie jak Ty, powoli otrząsnęłam się z tego obłędu, chcociaż niekiedy nadal przyłapuję się na gonieniu za ogonem własnych mrzonek. Dawniej każda przyjemność – rozrzutność na jakieś zakupowe zauroczenie, dziecięce łakomstwo czy po prostu trudna sztuka odpoczynku szarpała moje wyrzuty sumienia, a teraz zaklinam siebie samą „Mogłaś”. Więc możemy, Matyldo i Ty jeszcze mnie utwierdzasz w tym przekonaniu. Możemy 😀 <3

    • Tak, możemy! Choć i ja często zadręczam się cudzymi spektakularnymi sukcesami. Z całą świadomością, że nie znam całego obrazu, że jakieś szczątkowe informacje i statusy na Facebooku nie są równoznaczne z prawdą, wreszcie, że zupełnie nie powinnam porównywać się z pracowitością i ambicją innych ludzi… ale zadręczam się i tak 😉

  • Pingback: Naprawdę, nie muszę! - Calm Station()

  • A ja bardzo bym chciała sobie pozwolić na taką stagnację rozwojową. Ale jakoś nie jestem po prostu w stanie tego zrobić.

    • Rozumiem to, bo i mnie taki „rozwojowy pęd” towarzyszył przez kilka lat. Bardzo mnie ciekawi, dlaczego nie jesteś w stanie pozwolić sobie na stagnację?

      • Sama nie wiem. Chyba po prostu też mam w sobie taki właśnie pęd. Chcę w końcu w tym roku osiągnąć coś znaczącego dla samej siebie i piszę bloga, poradnik, chcę założyć magazyn internetowy. Po prostu jestem przekonana, że do tej pory niewiele osiągnęłam.

        • Kiedy o tym czytam, wydaje mi się to bardzo bliskie – takie poczucie, że wciąż jeszcze nic nie osiągnęłam, że muszę się napracować i wreszcie „do czegoś dojść”, żeby móc na chwilę usiąść i odpocząć. I do pewnego momentu bardzo mu wierzyłam, ale w którymś momencie zorientowałam się, że to fałszywy obraz. Że – po pierwsze – odniosłam w życiu sporo sukcesów, których w ogóle nie zauważyłam, bo nie były wystarczająco spektakularne, a po drugie – czego bym nie zrobiła, to nigdy nie będzie wystarczająco dużo, jeśli nie zmienię swojego podejścia. W dążeniu do osiągnięć nie ma nic złego, o ile ich spełnienie przynosi nam satysfakcję – mnie nie przynosiło. Ale za Twoje plany oczywiście trzymam kciuki – rzeczywiście są bardzo ambitne 🙂 Życzę Ci, żeby udało się je zrealizować zgodnie z Twoimi założeniami i żebyś po ich zrealizowaniu czuła się z siebie tak dumna, jak tylko się da 😉

  • Pingback: Czy lubisz podróżować tak bardzo jak myślisz? - ZE SPOKOJEM()

  • Pingback: Dlaczego nie lubię cytatów motywacyjnych? - Calm Station()

  • Pingback: Jak wyglądał nasz ślub? - Calm Station()

  • Pingback: Umiar - jak znaleźć złoty środek (i dlaczego warto) | Mikrożycie()