Kiedy samorozwój staje się pułapką

Kiedy samorozwój staje się pułapką

Michał Szafrański – autor znanego Wam z pewnością bloga Jak oszczędzać pieniądze? – swój tekst o strefie komfortu zaczyna w taki sposób:

Strefa komfortu to stan, w którym nie czujesz potrzeby, aby stawiać sobie jakiekolwiek wyzwania. Po prostu żyjesz sobie z dnia na dzień, robiąc to, co musisz. Tkwiąc w niej, nie wystawiasz się w gruncie rzeczy na żadne ryzyko (uświadomione). To niebezpieczne, bo przyzwyczajasz się do tego i Twój wygodnicki mózg będzie utwierdzał Cię w przekonaniu, że tak jest dobrze. I coraz szybciej będzie Cię zniechęcał do wprowadzania zmian.
– Michał Szafrański, Do it! – czyli dlaczego nie możesz utknąć w strefie komfortu, data publikacji 04.09.2013.

Rozumiem, że chodzi głównie o kwestie finansowe, ale i w szerszym kontekście te słowa zdają mi się bardzo symptomatyczne. Niebezpieczeństwo. Przyzwyczajenie. Wygodnictwo. Nie możesz utknąć. Dobrze obrazują taki styl zarządzania rozwojem osobistym, który na własny użytek nazywam sobie „coachingiem poszturchującym“.

Na czym polega to podejście? Wpisuje się w nie przekonanie, że rozwój polega na takim psychicznym truchtaniu pod bardzo stromą górę, podczas którego nie wolno nam nawet na chwilę przystanąć czy zawrócić. Przyjmujesz wobec samego siebie rolę surowego rodzica, szorstkiego trenera, sierżanta, który smaga cię po piętach i wrzeszczy, że opierdalać się będziesz po śmierci. Masz trudniejszy moment? W tym modelu radzisz z nim sobie poprzez zaciśnięcie zębów i przeżucie – niczym batonika energetycznego – któregoś z motywacyjnych cytatów. Dopóki nie dotrzesz do celu, nie ma miejsca na zmianę zdania czy jakiekolwiek wątpliwości. A przede wszystkim, nie ma tu miejsca na lęk. Lęk nie przystoi ludziom sukcesu. Strefa komfortu – jego największa ostoja – staje się w takim modelu czymś, co każdy samoświadomy człowiek powinien jak najszybciej przekroczyć. Inaczej (o zgrozo!) stanie w miejscu. Nie podejmie kolejnego wyzwania. Rozleniwi się, rozsypie, rozlezie. Przerażająca perspektywa…

W temacie wszystkich ról, jakie pełni nowoczesna kobieta, polecam studium "Supermenki. O seksie, władzy i pogoni za perfekcją" Debory Spar.
W temacie wszystkich ról i zadań, jakie powinna wypełniać nowoczesna kobieta, polecam studium „Supermenki. O seksie, władzy i pogoni za perfekcją” – Debora L. Spar

Kilka miesięcy temu, jeszcze w poprzedniej pracy, pewne spotkanie służbowe bardzo dało mi do myślenia. Nie wiem, jak to wygląda w innych branżach, ale w naszej – nazwijmy ją kobieco-rozwojową – decyzje o zaangażowaniu się w jakiś wspólny projekt podejmuje się przede wszystkim na podstawie podobieństwa celów i generalnej wizji marki. Pierwsze spotkanie służy po to, by się wybadać i jak najlepiej poznać. Spotkanie szło więc świetnie – wiosna w pełni, Warszawa taka ładna, na stołach zielone smoothie i lśniące w słońcu Macbooki. Rozmawiałyśmy o tym, czego współczesnej kobiecie potrzeba do szczęścia, o duszy i ciele, o work i life balance, o sztuce, miłości i psychoedukacji – we wszystkich tych sferach miałyśmy podobne zdanie.

Jakoś tak zeszło na podróże i związki. I ja – niesiona radością, że gada nam się tak swobodnie i otwarcie – dzielę się swoją refleksją, że może i odkrywanie świata faktycznie jest ciekawe, ale ja zdecydowanie wolę od niego ten moment, kiedy po ciężkim dniu wracam do domu, pod kocyk, do mojego chłopaka, moich książek i kotów. Uśmiechy przygasają, zauważam konsternację na twarzach towarzyszek i widzę, że popełniłam faux pas. Przedkładając domowe kapcie i kocyk nad podróżowanie, przestałam pasować tak dobrze do modelu nowoczesnej kobiety, dla której priorytetem jest nieustanny rozwój. No bo gdzie rozwój, a gdzie mechaty kocyk i wieczór z chłopem w dresie przed konsolą – fuj.

Nie tak dawno temu ten priorytet i dla mnie był oczywisty. Chciałam żyć przede wszystkim po to, by zdobywać nowe umiejętności. Ciągle poszerzać wiedzę. Nieustannie czegoś doświadczać. Dzień, w którym nic ciekawego się w moim życiu nie wydarzyło, był dniem straconym – każdy musiał coś dawać, wnosić nową jakość. Precyzyjnie definiowałam wszystkie swoje słabe strony i wypowiadałam im wojnę. Uzbrojona w planery, motywatory i kolorowe mazaki tworzyłam sobie miesięczne listy celów tak ambitne, że komuś innemu spokojnie wystarczyłyby na rok. Realizowałam je bez przyjemności, ale skrupulatnie – z poczuciem, że skoro się udało, to mogłam jednak wymagać od siebie jeszcze trochę więcej. Kolejne kursy, nowe metody, bestsellerowe poradniki. Niepokój, kiedy w planach nie miałam nic nowego. Wyrzuty sumienia, że wciąż nie rozwijam się wystarczająco szybko.

Wreszcie, kiedy lekko zestresowana rozwojowym opóźnieniem nadganiałam swoje braki w dziedzinach minimalizmu i slow life, dotarło do mnie, jaki to paradoks.

Uczymy się oczyszczać przestrzeń. Odcinać się od medialnego szumu i więcej czasu spędzać offline. Kupować nowe rzeczy tylko wtedy, kiedy faktycznie ich potrzebujemy, a nie po to, by zaspokoić potrzebę konsumpcji. Uświadamiamy sobie, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Mam jednak wrażenie, że wszystkie te działania dotyczą tylko jednej, materialnej strefy. Że jeśli chodzi o związki, rozwój i karierę – wciąż chcielibyśmy mieć wszystko. Świetnie pełnić wszystkie swoje role społeczne – być lwicami biznesu i zaangażowanymi matkami, empatycznymi żonami i wyrozumiałymi córkami jednocześnie. Zwiedzać świat, dbać o formę, gotować gluten free, minimum raz w miesiącu chodzić do teatru. Jeździć na konferencje motywacyjne i znać płynnie co najmniej pięć języków. Nigdy nie marnować czasu, ciągle stawiać przed sobą nowe wyzwania i zawsze wygrywać walkę o pozbycie się kolejnego z destrukcyjnych nawyków. Brzmi znajomo? Ja długo dążyłam do życia właśnie w taki sposób.

Nie zrozummy się źle: uważam, że wspaniale jest móc się rozwijać. Ale właśnie: nie musieć, a móc. W moim przypadku dużo zmieniło uświadomienie sobie, że samorealizacja nie jest koniecznością, tylko ogromnym luksusem – czymś, do czego zgodnie z teorią Maslowa dążymy na samym końcu, po zaspokojeniu wszystkich innych potrzeb. To możliwość, którą mam szansę wykorzystać, bo tak mi się wspaniale w życiu ułożyło, że jestem teraz najedzona, kochana i bezpieczna. Ale wykorzystać jej nie muszę. Mogę sobie spędzić ten czas zupełnie bezrefleksyjnie, patrząc w sufit i poklepując się z bliską osobą po wypełnionych brzuchach – i to też będzie dużo. I też będzie super.

Mój cel rozwojowy na najbliższe miesiące jest więc trochę przewrotny – uczę się pozwalać sobie na rozwojową stagnację.

Akceptuję te wszystkie moje mikroporażki, a nawet staram się je doceniać i odrobinkę kochać. Na przykład tę, że – jak się ostatnio dobitnie przekonuję – mojego poziomu twórczej energii i motywacji do pracy nie wyreguluje żaden planer ani najlepszy produktywnościowy trick. Są dni, kiedy nie jestem w stanie nic zrobić i takie dni, kiedy wypełniam 300% zadań z błyskiem geniuszu w oczach – nie zależy to ani od organizacji pracy, ani od ilości kawy, ani od biorytmu.

Z ulgą pogodziłam się wreszcie z faktem, że nie czuję zbyt wielkiej potrzeby zwiedzania świata i nauki kolejnych języków, a rozmawianie o podróżach nudzi mnie jak mało innych rzeczy w życiu. Chociaż staram się jeść zdrowo, dbać o ekologię, nie kupować niepotrzebnych rzeczy – i te zasady są dla mnie naprawdę ważne – nie krzyczę już na siebie za kupiony na poprawę humoru dodatkowy balsam do ciała albo spałaszowaną w przeciągu 5 minut słodką tabliczkę czegoś, co tylko z nazwy ma coś wspólnego z czekoladą. Odpuszczam sobie walkę z moją sympatią do landrynkowego smaku aromatyzowanych herbatek ekspresowych, tanich ciuchów z sieciówek i wszystkiego, co zawiera roztopiony ser. I wreszcie przyznaję sama przed sobą, że prowadzenie BuJo*, udział w kreatywnych wyzwaniach i czytanie najnowszych rozwojowych poradników to coś, co absolutnie mnie nie kręci. Może robiąc to, staję się wygodnicka i leniwa – ale jednocześnie chyba i szczęśliwsza.

* Dopisek z 16.01.2018 r.: Haha, jednak nie miałam racji 🙂 

Jeśli więc macie chęć i możliwości, by dbać o swój samorozwój – to wspaniale. Ale dokładnie tak jak w przypadku schowka w łazience czy szafy, więcej nie zawsze znaczy lepiej. Nic się nie stanie, jeśli czasem sobie odpuścicie, przegracie, nie podejmiecie wyzwania. Samorozwój to przywilej, a nie konieczność. A strefa komfortu – wbrew temu, co czasem mogłoby się nam wydawać – nie służy do nieustannego przekraczania, ale do tego, by móc poczuć się w niej bezpiecznie.