Prawdopodobnie jedyny tekst o miłości, jaki kiedykolwiek napiszę

Prawdopodobnie jedyny tekst o miłości, jaki kiedykolwiek napiszę

Jest w lutym taki dzień, do którego każdy bloger powinien się w jakiś sposób ustosunkować. I, niestety, nie mam tu na myśli piątkowego Dnia Kota. Tekst walentynkowy męczył mnie już od dobrych kilku dni.Łaziłam koło niego, kombinowałam, zabierałam się do pisania kilka razy, z irytacją i niechęcią. Kiedy miałam 16 lat, pisanie o miłości wydawało mi się – jak to chyba często w tym wieku bywa – najważniejszym i najbardziej wdzięcznym tematem. Dzisiaj trudno mi się przemóc i powiedzieć na ten temat choćby parę zdań. Z prostego powodu: tak naprawdę nie sądzę, że jest o czym pisać.

Brzmi to dosyć chłodno, tak jakby w moim wypełnionym doświadczaniem kultury i samorozwojem życiu nie było miejsca na miłość. To jednak bardzo złudne wrażenie, bo miłość zawsze była dla mnie szalenie istotna. Dzielenie się nią, ofiarowanie różnym osobom różnych jej typów było i jest czymś, co mogłabym chyba określić moim sensem życia. Odkąd pamiętam, taki właśnie widziałam przed sobą cel. Poznawać, akceptować, wspierać – czyli kochać. Miłość od dawna ma dla mnie nie tylko wymiar romantyczny, ale także ten bardziej uniwersalny, humanistyczny, wrażliwy na los wszystkich istot.

Zawsze miałam talent do budowania wieloletnich, bardzo głębokich związków (różnego typu, nie mam na myśli tylko tych romantycznych). Moje tkliwe, otwarte serduszko bez problemu przyjmowało wszystkich spragnionych troski, akceptacji i wsparcia. Rzadko zdarzały mi się w moim w miarę dorosłym życiu momenty samotności, ale kiedy już tak było, czułam się niepełna i wytrącona z kursu. Nie uważam tego za normę i konieczność. Mam wrażenie, że u wielu osób życie w pojedynkę albo w luźnych konfiguracjach sprawdza się o wiele lepiej. Ale to nie ja. Ja zostałam stworzona do życia w duecie.

Piszę o tym wszystkim z lekkim niepokojem, którego przyczynę trudno mi określić. Może dlatego, że w którymś momencie nauczyłam się traktować swoją potrzebę miłości jako słabość. Nadwrażliwość, czuły punkt, który świat zechce cynicznie wykorzystać. Może dlatego, że pisanie tu na jakikolwiek temat, który obejmuje coś więcej niż mnie, wydaje mi się przekroczeniem prywatności. Trudno mi o tym mówić, mimo że mój obecny związek trwa szczęśliwie od 5 lat, jest na etapie wybierania ślubnego menu i uważam go za najfajniejszą i najważniejszą rzecz, jaka przydarzyła mi się w życiu. Wreszcie może dlatego, że dużej części z nas poświęcanie tyle uwagi temu uczuciu kojarzy się z czymś trochę wstydliwym, tandeciarskim, lekkim obciachem. Wszystkie te poradniki, harlekiny, łzawe filmy, smutne piosenki, instruktaże podrywu i kluby samotnych serc. Lubimy romanse i zawsze złapiemy się na click bait w stylu „co robić, żeby być szczęśliwym w związku“. Ale chwalić się tym publicznie…? Niekoniecznie.

Myślę o wszystkich napisanych na ten temat tekstach. O tych, którzy z lęku przed bliskością nigdy nie pójdą o krok dalej i tych z drugiej strony barykady, których miłość jest tak wielka, że osacza i dusi. O dzisiejszych walentynkowych reakcjach (na moim Facebooku już o 8 rano widziałam całe spektrum, od entuzjazmu do nienawiści, przez gromkie „ziew”). Co jeszcze można o miłości powiedzieć, skoro tyle razy powiedziano już wszystko?

La La Land

Poniżej będzie spoiler dotyczący zakończenia „La La Land“, więc jeśli nie macie ochotę go poznawać, radzę przeskoczyć wzrokiem do następnego akapitu 🙂

W ramach pielęgnowania samotnych przyjemności byłam ostatnio w kinie na La La Land. I choć po seansie wyszłam z sali rozczarowana, to im dłużej o tym myślę, tym większą zauważam w tym filmie mądrość. Spodobała mi się końcówka i prztyczek w nos zgrabnie wymierzony hollywoodzkiemu happily ever after. W La La Land koniec końców też dostajemy happy end – bohaterowie spełniają swoje marzenia i oboje kończą w miejscu, w którym chcą być… tyle, że już nie ze sobą razem. Podoba mi się, że film Chazelle’a nie niesie ze sobą banalnego przesłania w stylu „albo miłość, albo kariera“. Dla mnie mówi on raczej o tym, że każda miłość ma swój czas. I że stworzenie dobrego, satysfakcjonującego związku jest naprawdę możliwe dopiero wtedy, kiedy faktycznie poznamy samych siebie i zrozumiemy, do czego chcemy dążyć. Bez stawianych tej drugiej osobie wymagań, bez poświęceń i pretensji za późniejsze „zmarnowane życie“.

Moje walentynkowe przesłanie mogłoby więc brzmieć tak: Chciałabym, żebyśmy nauczyli się poświęcać mniej uwagi zdobywaniu i utrzymywaniu partnera przy sobie, a więcej – poznawaniu samych siebie i swoich potrzeb. Nie ma w tym nic egoistycznego. Wbrew temu, co próbują nam wmówić niektóre (zwłaszcza bardziej tradycyjne) poradniki, świadomość siebie w życiu i w związku nie jest tożsama z nieliczeniem się ze zdaniem partnera i cynicznym wykorzystywaniem ludzi do własnych celów. Nie sprowadza się do koszmarnego „zdążyłam zrobić karierę, nie zdążyłam założyć rodziny“ ze szczęśliwie zapomnianej przez internet kampanii społecznej.

Zawsze bliskie było mi myślenie, że mówienie o swoich potrzebach i frustracjach otwarcie jest wobec tej drugiej osoby wyrazem szacunku. Nie zmusza jej do zgadywania, o co tak naprawdę chodzi. Nie wymaga od niej rzeczy, których nie jest w stanie dać. Nie obarcza odpowiedzialnością za doświadczenia z poprzednich relacji. A jeśli w którymś momencie okaże się, że nasze drogi muszą się rozejść – pozwala powiedzieć o tym szybko i jasno, bez przedłużania agonii i gier typu „boję się być tą złą, więc zrobię teraz coś tak strasznego, że mój partner zerwie ze mną pierwszy“.

Zamiast więc uczyć się, jak zdobyć i utrzymać zaufanie tej drugiej osoby, zaufajmy najpierw samym sobie. Nauczmy się, bez czego możemy się obyć, a czego potrzebujemy w życiu jak powietrza. Dowiedzmy się, z czego wynikają nasze złości i lęk. I skąd to się wzięło, że kiedy partner robi to coś, to po prostu nie możemy się powstrzymać i musimy wbić szpileczkę. Zdefiniujmy swoje wartości i priorytety. Dzięki temu wszystkiemu w relacji z drugą osobą będziemy mogli skupić się faktycznie na niej, a nie na ogrywaniu swoich własnych lęków i rekompensowaniu sobie swoich własnych frustracji.

Z okazji walentynek życzę Wam wielu wspaniałych randek – również tych spędzonych wyłącznie we własnym towarzystwie ♥