Jak zrealizowałam wszystkie postanowienia noworoczne

Jak zrealizowałam wszystkie postanowienia noworoczne

Zawsze wydawało mi się, że moje drugie imię powinno brzmieć „Słomiany Zapał“. Byłam jedną z tych osób, które w ciągu kilku godzin wywracają swoje życie do góry nogami i wszczynają rewolucję, by po kilku dniach odkryć, że nie zmieniło się totalnie nic. Działałam pod wpływem impulsu, rozpoczynałam (najczęściej w środku nocy) genialne projekty, a następnego dnia traciłam do nich cały zapał.

Podobnie było z postanowieniami noworocznymi. Bardzo lubię celebrować koniec roku, więc to był taki mój mały rytuał. 31 grudnia, gdzieś w trakcie przygotowań do wyjścia na sylwestrową imprezę, siadałam przy biureczku, zakasywałam rękawy i z pietyzmem tworzyłam na papierze nową mnie. Tak sztampową, jak się da: ze szpinakiem zamiast hamburgera, karnetem na siłownię, zdrowym włosiem, piękną cerą, pozytywnym usposobieniem, porannym wstawaniem, zerem niepotrzebnych zakupów, wolną od używek i obdarzoną żelazną konsekwencją. Po tygodniu na polu walki zostawały ostatnie niedobitki (przypalając papierosa po wyjściu z Maka, obładowana siatami z H&M błagałam siebie: dobra, to chociaż te ładne włosy). Po miesiącu trudno mi było nawet przypomnieć sobie, co to właściwie za zmiany tak bardzo chciałam wprowadzić w życie.

Dlatego z ogromnym zdumieniem obserwuję to, co stało się w tym roku. Bo oto nagle: a) pamiętam wszystkie swoje postanowienia (ci bardziej słomiani wiedzą, że to już coś!) b) realizacji każdego z nich poświęciłam dużo czasu c) wszystkie udało mi się spełnić d) ba, udało mi się spełnić nawet takie cele, o których nie śmiałam w tym roku marzyć e) kilka osób powiedziało mi ostatnio, że podziwia mnie za moją konsekwencję. Wow. I chociaż czasami wyobrażam sobie, że to kosmici podmienili tę starą, chaotyczną mnie na nową wersję, pora wreszcie powiedzieć to głośno: wytrwałość i sukces we wprowadzaniu zmian są możliwe nawet u tak niecierpliwych neurotyków jak ja.

Dlatego dziś, żegnając się ze starym rokiem, chciałabym pokazać Wam, w jaki sposób od niedawna planuję swoje cele i jakie metody sprawdzają się w moim przypadku. Wbrew pozorom, wcale nie stosuję jakichś wymyślnych technik motywacyjnych i ograniczam swoje działania do minimum. Moje doświadczenia wskazują, że na sukces w realizacji celów mają wpływ dwa czynniki: motywacja i konsekwencja. Motywacja – to to, co sprawia, że chcesz natychmiast zacząć działać. Konsekwencja – to to, co pozwala ci wytrwać, kiedy początkowy entuzjazm trochę oklapnie. To nie takie proste, ale na użytek dzisiejszego tekstu potraktujmy je właśnie tak – jak dwie potężne siły o kontrastowej naturze (albo jak siostry: Rozważną i Romantyczną 🙂 ). Cały sekret w tym, by planując swoje noworoczne cele, odpowiednio zadbać o każdą z nich. Ja robię to, kierując się dwiema prostymi zasadami:

MOTYWACJA: Zmieniam tylko to, przez co nie mogę w nocy spać

No dobrze, generalnie nie mogę spać przez wiele rzeczy, ale myślę, że czujecie klimat 😉 Bardzo długo wpisywałam na swoją listę noworocznych planów wszystkie rzeczy, które wydawały mi się fajne albo choć odrobinę kuszące. Podobają mi się tatuaże – a co tam, w przyszłym roku zrobię swój. Kątem oka zauważyłam taką ładną reklamę wakacji we Włoszech, więc na pewno pojadę nad ciepłe morze. Wszyscy naokoło mnie gadają, jak to strasznie przytyli przez Święta, więc ja też postanowię trochę schudnąć, choć nawet nie mam wagi w domu. W ten sposób lista celów zamieniała się w listę zachcianek – tak długą, że ciężko było mi zapamiętać, co właściwie się na niej znajduje. A skoro nawet nie pamiętam, co w tym roku chciałam zrobić, trudno oczekiwać, że znajdę w sobie prawdziwą motywację do tych zmian.

Teraz pracuję więc tylko nad tymi rzeczami, które są dla mnie naprawdę ważne. Sprawy, które – niezałatwione – psują mi humor. Te, o których w chwilach generalnego poczucia nędzy myślę: „gdyby tylko nie […], byłabym takim szczęśliwym człowiekiem“. Zazwyczaj nie są to pojedyńcze zadania, raczej pewne szersze obszary, wobec których trzeba zastosować różne techniki. Takie podejście w naturalny sposób rozwiązuje też kwestię ilości – zazwyczaj na cały rok stawiam przed sobą tylko 2-3 cele tego typu. Dzięki temu każdej z tych spraw jestem w stanie poświęcić tyle energii i czasu, ile potrzebują. Mogę podjąć się realizacji naprawdę dużych i skomplikowanych projektów. Rok to mnóstwo czasu, a ja koncentruję się tylko na nich, więc mam na to przestrzeń.

KONSEKWENCJA: Planuję koniec, a nie początek

Teraz mogę zdradzić, z jakiego powodu powstał ten wpis. Mianowicie: chciałam podzielić się z Wami moim genialnym zeszłorocznym odkryciem. Widzicie, moje postanowienia noworoczne tak naprawdę wcale nie są noworoczne. Zamiast notować je na pierwszej stronie kalendarza albo uroczyście 1 stycznia przypinać do drzwi lodówki, zapisuję je na samym końcu, pod datą 31 grudnia przyszłego roku. Staram się też sformułować je tak, by zamiast życzeń przedstawiały jako już osiągnięty ten cel, do którego chcę dążyć. Przykładowo:

31 grudnia 2017
1. Regularnie i z przyjemnością 3 x w tygodniu chodzę na siłownię
2. Planuję swój budżet i oszczędzam minimum X złotych miesięcznie
3. W każdym miesiącu czytam przynajmniej jedną książkę i chociaż raz wybieram się do kina. (Ok, przykłady są wymyślone, ale ten z kinem muszę poważnie przemyśleć)

Tak to ma wyglądać – i moja w tym głowa, by w ciągu tych 12 miesięcy do tego doprowadzić. Taka zmiana perspektywy jest dla mnie bardzo symboliczna. Zamiast coraz bardziej oddalać się od moich noworocznych planów, przybliżam się do nich z każdym kolejnym dniem. I jeszcze jedna ważna kwestia – ta forma daje przestrzeń do popełniania błędów. Mam tendencję do poddawania się przy pierwszym możliwym niepowodzeniu. Drobny błąd często bywał więc dla mnie pretekstem do odrzucenia wszystkich noworocznych wizji i rezygnacji z jakichkolwiek działań. Metoda planowania z datą końca praktycznie wyeliminowała u mnie ten problem. Bo nawet jeśli zacznę działać z opóźnieniem albo po drodze się potknę, widzę jak wiele jeszcze mam czasu, by to naprawić. W perspektywie całego roku rozumiem wreszcie, że jeden błąd to jeszcze nie klęska. Uwierzcie, że w trudnych chwilach ta świadomość naprawdę dodaje otuchy.

Próbowaliście kiedyś planować w ten sposób? Jeśli tak jak ja macie problem z realizowaniem postanowień w tradycyjnej formie, warto spróbować. Efekty naprawdę mogą Was zaskoczyć. 

kilka tekstów pomocnych w realizacji noworocznych postanowień:

Będę się zdrowo odżywiać ➨ Moje pierwsze udane podejście do diety
Będę regularnie ćwiczyć 
➨ Nie zasługuję na ładny strój do ćwiczeń
Będę więcej oszczędzać  Jak kupować mniej?
Rzucę palenie Jak na dobre rzucić palenie? 
Przestanę odkładać wszystko na ostatnią chwilę ➨ Jak oduczyć się prokrastynacji? 

Dziękuję Wam za tych kilka miesięcy wspólnych poszukiwań spokoju. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie ku temu jeszcze więcej okazji (to nie będzie chyba wielki spoiler, jeśli powiem, że regularność facebookowo-blogowa zajmuje ważne miejsce na mojej przyszłorocznej liście 🙂 ). Niech to będzie dobry i spokojny rok. Do zobaczenia w 2017!