Podsumowanie roku, czyli 2016 w dwunastu częściach

Podsumowanie roku, czyli 2016 w dwunastu częściach

Moja refleksyjna natura uwielbia podsumowania każdego typu, a już patrzenie z perspektywy na okres tak rozległy jak rok to absolutny top topów. Nie sposób wyrazić, ile przyjemności mi to sprawia. Myślę o tym z ekscytacją i drżeniem, jak przed spotkaniem z długo niewidzianym przyjacielem albo rozpoczęciem seansu w kinie na chwilę przed zgaśnięciem świateł. Dlaczego? Bo nic tak dobrze jak podsumowania nie uświadamia mi, że rosnę. Że się zmieniam. Te sprawy, które mnie na początku roku zaprzątały, są już teraz dobrze znane, oswojone, zamknięte. Jestem teraz kimś innym i dopiero z takiej perspektywy mogę spojrzeć na tamtą siebie z zewnątrz. Zrozumieć ją, wyciągnąć wnioski. Dopiero z takim przygotowaniem czuję się w pełni gotowa na rozpoczęcie kolejnej lekcji.  

Dzisiaj chciałabym zaprosić Was do udziału w mojej refleksyjnej podróży. Postanowiłam miesiąc po miesiącu podsumować miniony właśnie rok, pod kątem najważniejszych wydarzeń, porażek i sukcesów. 2016 był dla mnie rokiem przełomowym, jednocześnie bardzo trudnym, ale i szalenie rozwijającym. (Taki klimat widzę też w innych czytanych przeze mnie podsumowaniach, więc może to ogólnoświatowa tendencja). Mam nadzieję, że dzięki temu podsumowaniu będę w stanie lepiej zrozumieć swoje potrzeby, zobaczyć siebie w pełnym świetle i z samoświadomością przygotować się na kolejny rok.

Jeśli macie ochotę, gorąco zachęcam Was do zrobienia przy okazji swojej wersji. Warto korzystać przy tym nie tylko z pamięci, ale też ze wszelkich możliwych pomocy naukowych. Ja mam fetysz kartkowania starych kalendarzy, więc właśnie swój ostatni przeglądam, ale cokolwiek wpadnie Wam do głowy, będzie ok. Wiele osób nie lubi konfrontować się z przeszłością ze względu na trudne doświadczenia. Historia poprzednich lat mówi mi jednak, że nawet jeśli zamykany właśnie rok był trudny, to taka próba ustrukturyzowania tej historii niesie też dobre emocje. Przede wszystkim – poczucie siły, bo mimo wszystko jakoś udało się to przetrwać i jedziemy dalej. Zresztą, spróbujcie i przekonajcie się o tym sami. Bardzo jestem ciekawa Waszych refleksji.

2016 w dwunastu częściach:  

Styczeń

Rok zaczęłam jako świeżo upieczona narzeczona, z energią, impetem i wielką motywacją. Chciałam w swoim życiu kilka rzeczy zmienić i nowy kalendarz wydawał mi się ku temu znakomitym pretekstem. Zapisałam się na kurs prawa jazdy, zaczęłam regularnie chodzić na basen, z dnia na dzień rzuciłam palenie (moją historię walki z nałogiem ze szczegółami znajdziecie tutaj). Do tego dużo pracowałam – w pracy naczelnej przejmowałam nowe obowiązki i praktycznie wszystko robiłam sama, w pracy dodatkowej chciało mi się bardziej niż moim zleceniodawcom. Napisałam najtrudniejszą część pracy magisterskiej, kilka prac zaliczeniowych, zdawałam egzaminy na uczelni. Mój kalendarz był w tym okresie zabazgrany dziesiątkami terminów i list „to do“, które oznaczałam pięcioma kolorami, żeby się w nich nie pogubić.

Jednocześnie z każdym kolejnym tygodniem czułam, że gasnę. To było dla mnie nie do pomyślenia. Spełniały się przecież wszystkie moje marzenia i cele, na każdej płaszczyźnie odnosiłam sukces! Czułam się winna, że mimo tego całego dobra coś mi wciąż nie pasuje. Żeby się jakoś rozgrzeszyć, czułam przymus pomagania „tym, którzy mają gorzej“. Godziłam się na wielogodzinne rozmowy przez telefon o cudzych problemach bez jednego „a co u ciebie“, brałam zlecenia za śmieszną kasę, żeby ratować czyjś upadający biznes, robiłam wszystko, o co ktokolwiek mnie poprosił. Całymi dniami czułam się ściśnięta, więc zaczęłam tęsknić za papierosami, którymi zawsze przepalałam stres. Byłam tak naładowana adrenaliną, że praktycznie przestałam spać, co po latach kamiennego snu doprowadzało mnie do paniki.

Luty

1 lutego mam urodziny, więc zaplanowałam sobie z tej okazji pierwszy od paru miesięcy wolny dzień. Szybko okazało się, że jak nie mam nic do roboty, czuję panikę, więc wybiegłam z domu do fryzjera i na zakupy (teraz poszukiwanie relaksu w centrum handlowym wydaje mi się dość rozpaczliwym gestem, ale OK, to dobrze oddaje postać rzeczy). Snułam się po centrum i powstrzymywałam łzy, a moje życie nagle zaczęło wydawać mi się przerażająco smutne. Szybka diagnoza – to z przepracowania. Zadziałałam błyskawicznie, ustawiając sobie tygodniowy urlop od wszystkich obowiązków, by móc odpocząć i skupić się na relaksie.

Teraz uwaga: jeśli kiedyś coś takiego przyjdzie Wam do głowy – nie róbcie sobie tego. Nagłe skasowanie wszystkich bodźców, którymi tak skutecznie wypełniało się dobę przez kilkanaście miesięcy bez żadnego przystanku, to dla psychiki szok termiczny. Mnie to rozłożyło na łopatki. Łatwo powiedzieć „skup się na relaksie“, ale ja nie wiedziałam już, co to znaczy. Mój „relaksacyjny urlop“ w praktyce: bezsenne noce, półprzytomne dni. Leżenie na kanapie, oglądanie powtórek „Ukrytej prawdy“ i zanoszenie się płaczem. W ramach radzenia sobie – ogromna tęsknota za paleniem, dużo tłustego jedzenia i bezsensensownych zakupów. Plus poczucie, że w tym wszystkim za bardzo nie ma sensu, a przeżycie każdego kolejnego dnia mnie przerasta – generalnie dobrze znany, depresyjny klasyk.

Efektem urlopu było też to, że wreszcie znalazłam czas, by zabrać mojego kota staruszka na kontrolę do weterynarza. Wyniki okazały się na tyle fatalne, że usłyszałam „to cud, że jeszcze żyje“. On też chyba to usłyszał i z dnia na dzień coraz bardziej odmawiał współpracy. Luty był więc miesiącem codziennych wypraw do lecznicy, kupy kasy wydawanej na leki, transport i sprzęty, kroplówek, strzykawek, domowego szpitala i łudzenia się, że jeszcze się może poprawi. Nie pomagało mi też, że większość ludzi, poznając przyczynę mojego stanu, pytała z niedowierzaniem: „I to wszystko? Przecież to tylko kot…“. A stan zrobił się kiepski na tyle, że pod koniec miesiąca wyczołganie się z domu i zrobienie zakupów bez wybuchu płaczu to naprawdę był sukces. Szczęście w nieszczęściu, że z takimi nastrojami znamy się nie od dziś – poczułam, że znowu zjeżdżam do mojego depresyjnego bagienka i mobilizując resztki dyscypliny, zapisałam się na terapię.

Marzec

Marzec to był czas poddawania się. Po heroicznej, prawie miesięcznej walce nasz Major odszedł, a ja postawiłam sobie na ten miesiąc tylko jeden cel – jakoś dotoczyć się do jego końca. Wróciłam do palenia, wyrzuciłam wszystkie swoje post-ity z szumnymi celami rozwojowymi na ten miesiąc, przestałam przejmować się czymkolwiek. Karmiłam się pizzą, chodziłam w dresie, nie robiłam nic ponad to, co było absolutnie konieczne, a przez resztę dnia oglądałam zagrzebana w kocyk dzieje sułtanki Hurrem. Z pracy dodatkowej zrezygnowałam, praca główna stała się całkowicie zdalna i mniej wymagająca, na uczelni przez cały miesiąc miałam spokój. Jedynymi moimi obowiązkami w tym czasie były lekcje prawa jazdy (z których wracałam wykończona jak po nocnej zmianie) i terapia.

Z dzisiejszej perspektywy myślę, że zadziałał wtedy mój instynkt samozachowawczy. Ten moment zagrzebania był mi niezbędny do życia. Bo choć w marcu czułam się fatalnie, zaczęłam uczyć się czerpać przyjemność z tych spokojnych, nic nie wnoszących do życia momentów. Gdzieś tam po cichu kiełkowało przekonanie, że nie muszę być zawsze na 100% – aktywna, zaangażowana, energiczna. Że to właśnie w takich prostych, wręcz nudnych, nierozwijających aktywnościach mogą kryć się spokój i szczęście. 

Kwiecień

Na potwierdzenie tej teorii, kwiecień był miesiącem zaskakujących początków. Zawsze się bałam, że jeśli sobie trochę odpuszczę, to wszystko się jakoś rozlezie, a ja zapadnę się w swój smutek i bezproduktywność na resztę życia. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Kiedy tyle od siebie nie wymagam, kiedy daję sobie przestrzeń na robienie tego, co chcę – dalej działam i jestem w stanie osiągnąć dużo więcej.

Na kwiecień nie stawiałam sobie żadnych celów. A co się wydarzyło? Zrobiłam sobie tygodniowy detoks organizmu i przy tej okazji ponownie rzuciłam palenie, tym razem na dobre. Po kilku latach zerowej aktywności fizycznej zaczęłam regularnie ćwiczyć jogę. Spontanicznie i w ostatniej chwili zdecydowałam się wziąć udział w 8-tygodniowym kursie mindfulness. Odstawiłam leki, których skutki uboczne martwiły mnie od wielu miesięcy. I wreszcie, bez zbytniego zastanawiania się, adoptowaliśmy drugiego kota. Wszystko wydarzyło się ot tak, bez żadnych planów, rozterek, długich przygotowań. Po ciężkim początku roku otrzepałam się i ruszyłam do przodu.

Maj

Maj kojarzy mi się głównie z uważnością i z lekarzami. Z uważnością, bo nigdy wcześniej nie doświadczałam tak zmysłowo wiosny. Zmiana stylu życia na zdrowszy sprawiła, że zaczęłam mieć dużo więcej energii, która domagała się ujścia. Żeby jakoś ją spożytkować, chodziłam na długie spacery po okolicy, obserwując, jak dzień po dniu przyroda budzi się do życia. Szukałam bliskości z naturą, spędzałam dużo czasu w ogrodach, parkach i w naszym półdzikim, osiedlowym lasku – te momenty były pełne tkliwego piękna. Jednocześnie w maju wiele godzin spędziłam na przeglądach, kontrolach i badaniach. Po latach ignorowania kwestii zdrowotnych postanowiłam wreszcie nadrobić zaległości i zmierzyć się z diagnozami, których tak się bałam.

Czerwiec

Czerwiec to miarowy rytm codziennej rutyny. Dużo pracy, dużo obowiązków, dużo egzaminów i zaliczeń. Jednocześnie – fitness 2 x w tygodniu, zdrowe jedzenie (choć w niezdrowych ilościach), wieczory poświęcane na wielokilometrowe spacery, które niosły nas w zupełnie nieznane rejony Warszawy. Mnóstwo odhaczonych zadań, ale i leniwe wylegiwanie się na balkonie z dobrym piwem i książką. Idealny work-life balance na miarę moich możliwości. W czerwcu spełniłam też moje marzenie z czasów liceum i pierwszy raz w życiu wybrałam się na festiwal muzyczny, by na Openerze zobaczyć na żywo mój ulubiony zespół Foals. Nie wiem, czy kiedykolwiek to powtórzę, bo dla introwertyka to ogromny wydatek energetyczny, ale było warto – chociażby po to, by udowodnić samym sobie, że można.

No, i żeby usłyszeć to na żywo! (tylko oglądajcie na nowej wersji przeglądarki, a najlepiej na telefonie, bo to teledysk wow-wow sferyczny) 

Lipiec

Na początku lipca leżałam na plaży i nagle spłynęło na mnie objawienie. Niesamowite, jak wyraźne stają się niektóre rzeczy, jeśli tylko trochę zmienić perspektywę. Do mnie w tej jednej chwili dotarło coś, co od początku roku jakoś od siebie odsuwałam – że straciłam serce do mojej obecnej pracy i nie chcę dalej się tym zajmować. A już po powrocie do Warszawy kolejna myśl: co chcę robić zamiast. Lipiec był więc miesiącem zawodowej rewolucji. Trudnych rozmów w pracy, z której odchodziłam, burz mózgu po godzinach, przejmowania obowiązków, konsultacji. Żeby jakoś to sobie poukładać, skorzystałam też z pomocy doradcy zawodowego. Bardzo Wam to polecam – taka rozmowa naprawdę wiele rzeczy strukturyzuje i rozjaśnia. Jednocześnie, chociaż działo się dużo, wspominam lipiec jako miesiąc bardzo wakacyjny, głównie dlatego, że sporo czasu przepuszczałam przez palce, nie wymagając od siebie, drzemiąc na kanapie i godzinami oglądając idiotyczne Snapy.

Sierpień

Sierpień upłynął mi pod znakiem pracy i diety. Zamykałam wszystkie sprawy w miejscu, z którego odchodziłam, a jednocześnie już intensywnie działałam na nowym, własnym poletku. Narodził się też blog, pomału powstawały pierwsze teksty, do których pisania zbierałam się na początku z ogromną tremą i przez wiele godzin.

Wreszcie poświęciłam też trochę więcej uwagi mojemu ciału. Od kiedy rzuciłam palenie, pocieszenia w trudnych momentach szukałam w jedzeniu, do tego w „lekarskim maju“ zaczęłam brać tabletki skutkujące przyrostem wagi. Czułam się spuchnięta, ociężała, nie dopinałam się w żadnych swoich ubraniach i tyłam mimo regularnych ćwiczeń. „Konstrukcyjnie“ jestem dość szczupła, więc nawet w najgorszym momencie nie było dramatu, ale sama czułam się ze sobą bardzo kiepsko. W sierpniu wreszcie postanowiłam się z tym zmierzyć. Zaczęłam dietę Healthy Plan By Ann, której efekty po dwóch miesiącach stosowania opisałam na blogu. Więcej uwagi poświęciłam analizie swojego stylu, doborowi kolorystycznemu ubrań, nabrałam też ochoty na nieco mocniejszy makijaż. I bardzo, bardzo cieszę się z tych decyzji! Od sierpnia schudłam 7 kg, z aplikacji HPBA korzystam do tej pory i teraz czuję się w swoim ciele naprawdę dobrze.

Wrzesień

Wrzesień to oficjalna premiera bloga, kolejny łańcuszek lekarzy i przede wszystkim – dużo godzin spędzonych w samochodzie, z miłym finałem w postaci zdanego egzaminu na prawo jazdy. A przy okazji, chyba najbardziej relaksacyjno-wypoczynkowy miesiąc tego roku, bo wreszcie udało mi się zamknąć wszystkie sprawy w pracy i zachłysnęłam się wolnością. Zabawne, bo i wcześniej nie pracowałam na godziny, ale trudniej było mi pozwolić sobie z tego korzystać i raczej warowałam przy komputerze w domu. Teraz celebrowałam z zachwytem spacery do parku w środku dnia, długie popołudnia z serialami i spontaniczne mini-urlopy. Chodziłam pracować do kawiarni, stref co-workingu i parków. Czułam się jak archetyp odnoszącego sukcesy freelancera z polskich komedii romantycznych. I tak jak w maju, delektowałam się przyrodą – nigdy barwy natury nie zachwycają mnie tak jak we wrześniu, kiedy cały świat robi się złoty.

» Wrzesień w 5 zmysłach, czyli podsumowanie miesiąca

Październik

Październik był miesiącem luźnym, ale źle zorganizowanym – niby miałam mnóstwo czasu do zagospodarowania, a kończyłam dzień o 22, po całym dniu biegania z wywalonym językiem. Pod koniec miesiąca uświadomiłam sobie, że jednak potrzebuję w swoim życiu rutyny, odgórnych terminów i czytelnych struktur. To też miesiąc ważnych dat: 5. rocznicy związku, pół roku bez papierosa. Mój kalendarz znowu wymienia kilku lekarzy i niezliczone odbiory osobiste, które załatwiałam kursując po przeciwległych krańcach miasta. Koniec miesiąca to też ważne decyzje związane z wyborem i kupnem pierwszego samochodu, przez które poczułam się naprawdę dorosłym człowiekiem.

» Tu i teraz w październiku, czyli podsumowanie miesiąca

Listopad

Listopad to miesiąc, który wspominam bardzo ciepło. To w sumie dziwne, bo spotkało mnie w tym czasie wiele wymagających emocjonalnie sytuacji, ale jakoś wszystko udało mi się udźwignąć, a porażki nie powstrzymywały mnie przed dalszym działaniem. W listopadzie zaczęłam zauważać, że pewne rzeczy, które wydawały mi się zawsze naturalne i oczywiste, mogą być moim powodem do dumy. Dostrzegłam i doceniłam moją konsekwencję, umiejętność nauki na błędach i to, że nigdy się nie poddaję. W listopadzie wyrobiłam też sobie stały rytm dnia i trzymałam się go przez cały miesiąc. Grudzień trochę mnie z niego wytrącił, ale mam dużą nadzieję, że po wszystkich wyjazdach, urlopach i świętach uda mi się teraz do tego wrócić. W tym roku bardzo mocno poczułam, że potrzebuję tego stałego rytmu – taka codzienna rutyna działa na mnie mobilizująco i uspokajająco.

» Tu i teraz w listopadzie, czyli podsumowanie miesiąca

Grudzień

I wreszcie grudzień – miesiąc, którego nie było. Skończył się, zanim zauważyłam, że na dobre się zaczął. Ta sytuacja odbiła się również na blogu. Pojawiało się mniej tekstów, rzadziej udzielałam się w socialach, rzadziej odwiedzałam inne miejsca. Pobyt w szpitalu na początku miesiąca wytrącił mnie z rytmu, a zanim wróciłam na właściwe tory, już nadeszły Święta. W tych ostatnich tygodniach nie miałam ochoty wymagać od siebie więcej, niż to konieczne. Czułam się naprawdę zmęczona. Potrzebowałam czasu bez żadnych obowiązków i planów, dystansu, który pozwoli mi zobaczyć moje dotychczasowe działania z innej perspektywy. Grudzień to był czas mało ambitnej literatury, telewizyjnego bingewatchingu, ciasta i grubego koca. Nie żałuję. Złapałam głębszy oddech. Wchodzę w nowy rok spokojniejsza, bardziej wypoczęta, z zapasem energii i przemyśleniami, których efekty chcę od dziś wprowadzać w życie.

Co dał mi ten rok?

2016 był dla mnie rokiem przełomów i niespodzianek. Nigdy nie pomyślałabym, że zaprowadzi mnie w miejsce, w którym obecnie jestem. Wiele z moich planów stanęło w ciągu tych 12 miesięcy na głowie, ale to dobrze – z dzisiejszej perspektywy rozumiem już, dlaczego musiało tak się stać. Miniony rok nauczył mnie pokory i wyrozumiałości wobec samej siebie. Przypomniał mi, kim jestem, dlaczego taka jestem i co potrafię najlepiej. To był czas konfrontacji z przeszłością, ze wszystkimi lękami i schematami, które tak długo udawało mi się zagłuszyć kolejnymi zadaniami. Wiele rzeczy mnie bolało, wiele rzeczy mi się nie udało, ale przyniosło mi to dużo cennej wiedzy i – przede wszystkim – zaufania wobec samej siebie.

Gdybym miała opisać ten rok jednym zdaniem, powiedziałabym, że to był mój czas zaprzyjaźniania się ze sobą. Nauki dawania sobie przyzwolenia na smutek i złość. Odpuszczania potrzeby rywalizacji z wyobrażeniami na swoj własny temat, konieczności udowadniania sobie czegoś i przymusu. Roku 2016, dzięki za wszystko, co było trudne i bolesne. Dzięki temu lepiej samą siebie rozumiem, a przede wszystkim – udało mi się siebie nawet całkiem polubić. To naprawdę coś.

I co dalej?

Gdybym brała udział w projekcie One Little Word, moim słowem na 2017 roku byłby LUZ. Na pierwszy rzut oka kojarzy mi się szeleszcząco, hip-hopowo, z chłopakami spod trzepaka i z jointami, czyli generalnie ze wszystkim, co mnie nie określa… Ale to mi się w nim właśnie podoba.

W tym roku chcę nauczyć się wrzucać na luz. Nie załatwiać wszystkiego od razu, nie zaciskać zębów, kiedy nie mam już siły iść dalej. Pozwalać sobie na to, by poza superefektywnymi dnami zdarzały mi się i takie, kiedy cały dzień jestem rozmemłana i nie mam siły wypełznąć spod koca. To dla mnie istotne tym bardziej, że czeka mnie niebawem wiele ważnych okazji i decyzji – idealny poligon dla mojego perfekcyjnego wewnętrznego krytyka. Obrona drugiej pracy magisterskiej i decyzja co dalej. Rozwijanie i spieniężanie moich biznesowych planów. Dalszy ciąg ogarniania kwestii zdrowotnych. Pierwsza od kilkunastu lat wspólna podróż z mamą. A przede wszystkim – pierwszy własny, osobisty ślub 😀 A ja chcę iść przez te wszystkie zadania szeleszczącym krokiem luzaka, w swoim własnym rytmie i tempie.

Zamykając to dłuuugie podsumowanie, gratuluję Wam czytelniczej wytrwałości i mocno zachęcam do refleksji nad tym, co u Was wydarzyło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Ile w tym było realizacji postawionych wcześniej celów, a ile totalnych zaskoczeń? W jakie miejsce zaprowadziły Was porażki i co dały sukcesy? Jakim słowem albo zdaniem opisalibyście swój 2016?

A w poniedziałek jeszcze jedno podsumowanie, tym razem czytelniczo-kulturalne. Z kulturą u mnie ostatnio mizernie, więc będzie krótsze niż to – ale pewnie tylko troszkę.