Moje plany na 2. kwartał 2017

Moje plany na 2. kwartał 2017

Łapię się czasem na myśli, że moje życie toczy się w wolniejszym niż u innych tempie – zwłaszcza w odniesieniu do blogosfery. Inni regularnie publikują przeglądy tygodnia, ja nie zawsze wyrabiam się z podsumowaniem miesiąca. Inni wrzucają na blogi listy planów na najbliższy miesiąc, a ja… szczerze uwielbiam je czytać, ale wiem, że coś takiego u mnie nie miałoby racji bytu. Miesiąc to dla mnie teraz okres zbyt krótki, żeby myśleć o nim w takich kategoriach. Kiedyś, owszem, stawiałam sobie 5-10 celów na każdy miesiąc. Szybko przekonałam się jednak, że tym, co wychodzi z tych planów najczęściej, jest moja frustracja.

Teraz nabrałam pokory, uczę się szanować limity moich mocy przerobowych i staram się wyznaczać swoim celom dłuższe daty realizacji. Stąd wziął się właśnie widoczny w tytule kwartał. Może mało seksi, niewystarczająco lifestyle’owy (Google zapytanie o kwartał zamiast do blogów odnosi do projektów unijnych i podatków), ale dla mnie – idealny objętościowo. Na tyle obszerny, by swobodnie realizować wszystkie stawiane przed sobą zadania, i na tyle wąski, by nie nabrały one znamion abstrakcji. Z przyjemnością zapraszam Was więc do lektury tekstu planowego, który wreszcie może pojawić się także i u mnie 😉 Oto lista moich celów na najbliższe miesiące.

1. Powrót do codziennego pisania

Dużo ostatnio myślę o tym, jak wielką rolę w twórczych zadaniach (a do tych bez wątpienia należy blogowanie!) odgrywa dyscyplina. Pod koniec zeszłego roku narzuciłam sobie w tej dziedzinie stały rytm i codziennie przeznaczałam dwie godziny na pisanie tekstów. Szło oczywiście różnie. Czasem łapałam flow i tworzyłam 5 stron w godzinę, innym razem większość tego czasu marnowałam odświeżając Facebooka. Ale nawet w tych gorszych, mało produktywnych momentach, pisanie pozostawało ważnym elementem mojego planu dnia. W tamtym czasie teksty na blogu pojawiały się regularnie 2 razy w tygodniu, co teraz wydaje mi się całkowitą abstrakcją…

W styczniu odpuściłam sobie ten system. Potrzebowałam czasu na inne zajęcia i postanowiłam sobie, że „będę pisać tylko wtedy, kiedy naprawdę poczuję ochotę“. Jakoś tak to sobie wytłumaczyłam, że może będę pisać rzadziej, ale za to kiedy już się tym zajmę, kolejne słowa będą sfruwać na klawiaturę na skrzydłach wielkiego natchnienia. Ha, ha, ha. Efekt jest taki, że teraz do napisania każdego tekstu zabieram się kilka dni (w skrajnych przypadkach – kilka tygodni), bardzo mnie ta czynność męczy i mam co do jakości swoich tekstów tyle wątpliwości, co na samiutkim blogowym początku. Kolejny raz dotarło do mnie, że twórczość jest jednak przede wszystkim rzemiosłem – a to wymaga pokornych, regularnych ćwiczeń. I że jeśli chcę się czymś zajmować, nie mogę czekać na ten idealny moment, bo on nigdy nie nadejdzie. Muszę nadać temu działaniu priorytet, wyznaczyć mu sztywne ramy i nie odpuszczać ich, nawet jeśli coś innego wydaje mi się chwilowo ważniejsze.

Pisanie jest ważne. Prowadzenie bloga jest ważne. W nadchodzących miesiącach chcę się do tego przyłożyć i wrócić do regularnego, codziennego rytmu. Zebrałam dużo energii, mam mnóstwo pomysłów na nowe cykle tematyczne i chciałabym Wam opowiedzieć tyle rzeczy… Najwyższa pora nadać działaniu rytm, wypuścić je z głowy i wreszcie pozwolić im zaistnieć.

2. Stabilizacja drogi zawodowej

Dużo zastanawiałam się ostatnio nad moją drogą zawodową. Mam wrażenie, że w tej sferze mojego życia kręcę się w kółko. Szukam twórczej pracy dla kogoś, bo łatwiej mi się wtedy zorganizować, ale szybko zaczyna brakować mi swobody. Odchodzę, by działać na własny rachunek, ale brakuje mi motywacji do przekuwania pomysłów w faktyczne działanie i szybko zaczynam tęsknić – za mniejszą odpowiedzialnością, za czytelną strukturą. Zanim więc po raz kolejny wykonam pełen obrót, staram się przyjrzeć tej potrzebie i wyciągnąć wnioski.

Problem w tym, że ciężko mi wybrać ścieżkę, na której powinnam się w chwili obecnej skupić. Mam zasoby i pomysły – czuję się pod tym względem wręcz przestymulowana – ale brakuje mi hierarchii priorytetów i struktury. To taka ciemniejsza strona multipotencjalności, o której niewiele się mówi. Chcesz robić tyle rzeczy naraz, sprawdzasz się w tylu dziedzinach i masz tyle pomysłów, że trudno się z tego wygrzebać i zrobić krok naprzód, bo nie masz bladego pojęcia, którędy.

Skończyłam dwa kierunki studiów, mam bloga i świetny pomysł na własny projekt, który wymaga ostatecznych szlifów, by wprawić go w ruch… ale jakoś brakuje mi serca, by faktycznie zacząć działać. Mam zupełnie niezwiązane z moim wykształceniem źródło utrzymania, któremu warto byłoby poświęcić więcej czasu i uwagi: dokształcić się, pomyśleć nad jego rozwojem. Czuję też dużą potrzebę poświęcania się jakiejś misji i niesienia innym pomocy. Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie poważne zaangażowanie w wolontariat. No i dalsza nauka – w tym obszarze jest tak dużo ścieżek, którymi chciałabym pójść! Kiedy o tym myślę, mam takie mgliste, optymistyczne przeczucie, że mogę to wszystko w jakiś sposób połączyć, ale ilość opcji i brak wytycznych danych z zewnątrz trochę mnie ostatnio przytłaczają. Muszę to sobie jakoś poukładać.

3. Wyjazd do Szwajcarii

Ze spraw bardziej prywatnych – w przyszłym tygodniu po raz pierwszy od paru lat wyjeżdżam za granicę. Kiedy miałam kilkanaście lat, dużo jeździłam z rodzicami i w ten sposób udało mi się zwiedzić praktycznie całą Europę. Nie jestem jednak typem podróżniczki i w dorosłym życiu nigdy specjalnie nie brakowało mi tych wypraw. Aż do niedawna… Jakiś czas temu poczułam lekkie ukłucie tęsknoty za tym stanem. Za odkrywaniem nowego, byciem w ciągłym ruchu. I za tym bardzo specyficznym poczuciem tymczasowości, która sprawia, że wszystkie doświadczenia stają się bardziej intensywne. A ponieważ moja mama szukała akurat towarzyszki podróży, zdecydowałam się razem z nią wyjechać na weekend majowy do Szwajcarii.

Teraz myślę o tym wyjeździe z dużym niepokojem, bo to dla mnie przekroczenie kilku różnych barier naraz. Boję się rozłąki z narzeczonym – jesteśmy takim papużkowym związkiem i nigdy nie rozstawaliśmy się na więcej niż 3-4 dni. Boję się wielu godzin spędzonych w autokarze, bo moje ciało zrobiło się kapryśne i bardzo wrażliwe na jakikolwiek dyskomfort, a głód, bolące plecy czy zbyt mała ilość snu bardzo wybijają mnie teraz z rytmu. Boję się, czy ja i moja mama – obie uparte indywidualistki, które muszą postawić na swoim – przez ten tydzień będziemy w stanie się dogadać. Z drugiej strony, wrócę do Luzerny, w której 10 lat temu zakochałam się na zabój! Zobaczę na własne oczy Mont Blanc! To coś, czego nie mogę się doczekać.

Bardzo też jestem ciekawa, w jakim stopniu na mój styl zwiedzania wpłynie uważność, dzięki której nawet spacer po moim osiedlu jest dla mnie teraz zawsze nowym i ciekawym doświadczeniem. Poznawanie w ten uważny sposób nieznanych, uznawanych za jedne z najpiękniejszych na świecie miejsc – to może być naprawdę magiczne przeżycie.

4. Ślub!

24 czerwca nasz konkubinat (czy też nasza kohabitacja, jak to się teraz ładniej mówi 🙂 ) przekształci się w związek małżeński. Gdyby kilka miesięcy temu ktoś mi powiedział, jakie rzeczy będę załatwiać i o jakich sprawach w związku z tym decydować, złapałabym się za głowę. Bo widzicie, zawsze podchodziłam do tych spraw w dosyć buntowniczy sposób. Nie jestem typem romantyczki i nigdy nie marzyłam o wielkim balu i białej sukience. Bawiło mnie to, jak wiele decyzji trzeba przy tej okazji podejmować i jak wielką celebrą otoczone są wszystkie, nawet te najdrobniejsze czy najbardziej oczywiste czynności. Jeśli już wyobrażałam sobie swój ślub, to albo bardzo skromnie, albo z potarganą głową i w czerwonej ramonesce – na przekór tradycji.

Jednak ostatnio dotarło do mnie, że – jakbyśmy się nie zarzekali, że w naszej sytuacji to tylko formalność – ślub jest ważnym wydarzeniem w naszym związkowo-rodzinnym życiu. I to wydarzenie zasługuje na dokładnie taką oprawę, na jaką mamy ochotę. Nie chcemy ślubu kościelnego, a zamiast wielkiego weselicha zapraszamy rodzinę i przyjaciół na uroczysty obiad. To rozwiązanie, które jest spójne z naszymi poglądami i dużo lepiej pasuje do naszych temperamentów. Ale to nie znaczy, że z automatu musimy się wyrzec uroczystej atmosfery towarzyszącej tym przygotowaniom.

Jak banalnie by to nie brzmiało na piśmie, uwierzcie, że było to dla mnie wielkie odkrycie. Że mogę sobie uszyć sukienkę na zamówienie – dziewczyńską jak marzenie, całą z koronki. Że mogę godzinami przeglądać te wszystkie ślubne inspiracje, kręcić noskiem i konsultować z moją świadkową każdy najmniejszy detal. I że nagle wszystkich interesuje, jakie tego dnia będę miała fryzurę, kolor paznokci i buty. Zrozumiałam, że mój bunt przeciwko tradycji w jakimś stopniu wynikał też z lęku przed przyznaniem, że i dla mnie ten dzień jest naprawdę ważny. I z onieśmielenia związanego z byciem w centrum uwagi – bo w przeciwieństwie do innych spotkań towarzysko-rodzinnych, z tego jakbyśmy nie kombinowali, nie damy rady niepostrzeżenie się wymknąć 😉

A poza tym…

  • Chcę popracować nad moim zdrowiem. Wreszcie udało mi się trafić na 2. turę badań do szpitala (tutaj opisywałam swoje wrażenia z pierwszego pobytu) i zakończyć etap diagnostyczny. Pora zacząć działać (nareszcie!).
  • Niespodziewanie pod wpływem tego filmiku nabrałam ochotę na prowadzenie własnego bullet journal. Zawsze mi się wydawało, że to dla mnie za dużo roboty i wolałam pracować na gotowym szablonie. Ale ostatnio tradycyjne kalendarze przestają się u mnie sprawdzać i mam ochotę chociaż przetestować taką, bardziej kreatywną formę organizacji życia. Ktoś poleci jakiś bujo starter pack? 🙂
  • Jeszcze a propos kreatywności i organizacji: od wielu lat chodzi mi po głowie myśl, by stworzyć swój własny exlibris i przy tej okazji skatalogować całą swoją bibliotekę. Pierwszą próbę podjęłam, kiedy miałam 11 lat, więc prototyp już mam 🙂 Moja kolekcja książek stale się powiększa i dawno porzuciłam już myśli o jakiejkolwiek selekcji. Minimalizm w tej dziedzinie zdecydowanie odpada, ale można spróbować zaprowadzić porządek w inny sposób. Marzy mi się aktualizowany na bieżąco katalog i grafika w stylu art deco na każdej wyklejce.

A przede wszystkim, chcę dalej dążyć do tego, by zostawiać sobie w moim planie dnia trochę luzu i czasami pozwalać sobie po prostu istnieć. Wiosna sprzyja takiej postawie. Mam wrażenie, że w tym okresie nie muszę się nawet specjalnie pilnować, bo uważność i zachwyt nad światem włączają się automatycznie 😉

Do dzieła zatem! I oczywiście chętnie poznam Wasze plany na ten wiosenny czas.