Jak wyglądał nasz ślub?

Jak wyglądał nasz ślub?

Podczas wybierania fotek do dzisiejszego tekstu, przypadkowo odnalazłam w komputerowych czeluściach moje pierwsze wspólne zdjęcie z mężem. 3 rok studiów, impreza. Stoimy w moim mieszkaniu, ubrani w ciuchy charakterystyczne dla tamtego, rozmiłowanego w latach 80. okresu (u mnie obowiązkowa grzywka na bok i hitowe połączenie – neonoworóżowe rajstopy + dżinsowe szorty). Nie byliśmy jeszcze wtedy parą i mówiąc szczerze, niezbyt się lubiliśmy. On uważał mnie za przeintelektualizowaną i wyniosłą. Ja jego – za dziwaka, który nie pasuje do naszego kierunku, bo pomylił oświecenie z odrodzeniem ( 😛 ). Niecałe 7 lat później publikuję na swoim blogu nasze zdjęcia ślubne. Kto by pomyślał…

Wspominam o tym, bo z historii początków naszej znajomości płynie dla mnie ważny wniosek. Taki, że najwspanialsze rzeczy w życiu można znaleźć tam, gdzie zupełnie się ich nie spodziewasz. Bez żadnego planu, bez zastanawiania się, co dalej i czy to ma sens. Nagle ten dziwny kolega z roku okazuje się odnalezioną połówką jabłka. I wszystkie te atrybuty „dorosłego związku“, przeciwko którym zawsze się buntowałam, zaczynają przychodzić same. Nie trzeba się do niczego zmuszać, niczego sobie odmawiać. Ze ślubem nie było inaczej – w całej tej przedślubnej gorączce towarzyszyła mi niezachwiana pewność, że robimy dobrze. Dobra pewność, która pozwala działać.

Nasz ślub odbył się 24 czerwca 2017 roku. Odpoczęliśmy, ochłonęliśmy, pomału wracamy do rutyny. Kilka dni temu dostałam przepiękne zdjęcia od naszej fotograf Ani Ulanickiej i pomyślałam, że to dobra okazja, by opowiedzieć Wam, jak dokładnie wyglądał u nas ten dzień – tym bardziej, że raczej nie opisywałam tu wcześniej naszych przygotowań. Od razu spoiler: było naprawdę super! Wszystko wyszło nam dokładnie tak, jak chcieliśmy. I zaryzykuję stwierdzenie, że tego dnia byliśmy najmniej zestresowanymi ze wszystkich uczestników imprezy 🙂

Nowoczesne wesele Nowoczesne wesele Warszawa Nowoczesne wesele

Nasza wizja ślubu: im prościej, tym lepiej

Od początku oboje byliśmy zgodni: nie chcemy wielkiej uroczystości dla 200 osób, atrakcji, podczas których nikt nie będzie się dobrze bawił i dekoracji, których większość gości nie zauważy. Im prościej, tym lepiej. To miał być nasz dzień i chcieliśmy czuć się komfortowo podczas własnej uroczystości. Od początku wiedzieliśmy też, że na pewno nie chcemy brać ślubu kościelnego i wyprawiać tradycyjnego wesela. Dojście do tego, czego chcemy w zamian, okazało się nieco bardziej skomplikowane 🙂 Ostatecznie nasz ślub składał się z trzech etapów:

  1. Ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego (my pobraliśmy się w USC na Wilanowie, bo podobał nam się jego ascetyczny wystrój i – jakie to romantyczne! – mieliśmy do niego najbliżej 😛 )
  2. Uroczystego obiadu w restauracji dla rodzin i najbliższych przyjaciół
  3. Afterparty w klubie dla znajomych i rodzinnej młodzieży – ta część miała już zdecydowanie mniej formalny, typowo „posiadówkowy“ charakter.

Afterparty chcieliśmy początkowo zrobić nad Wisłą, ale ze względu na naszą datę – 24 czerwca, czyli Noc Świętojańską – okazało się to niewykonalne. Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że żadne z nas nie jest typem party animal i nie znamy większości popularnych, warszawskich miejscówek. W końcu zdecydowaliśmy się po prostu na rezerwację stolika w miejscu, które znamy i lubimy – klubokawiarni Regeneracja. Było bardzo kameralnie, blisko domu (w zasięgu spacerowym), a luźny klimat miejsca zdecydowanie nam pasował.

Jeśli chodzi o obiad, sprawdziliśmy kilka warszawskich restauracji uchodzących za eleganckie i ekskluzywne, ale… sami czuliśmy się w nich jak intruzi i doszliśmy do wniosku, że ani my, ani nasi goście nie czuliby się w nich dobrze. Koniec końców i w tym przypadku zdecydowaliśmy się na miejsce, które znamy – włoską Restaurację Castello. To była bardzo dobra decyzja, bo mogliśmy faktycznie skupić się na świętowaniu, bez stresu o jakość obsługi czy podawanych potraw.

Nowoczesne wesele Nowoczesne wesele

Wieczór panieński i wieczór kawalerski  

Mieliśmy też swoje wieczory! Choć i w tym przypadku byliśmy z tradycją trochę na bakier. Nasze imprezy miały odbyć się tego samego dnia, w sobotę poprzedzającą ślub. Sęk w tym, że mamy wspólnych przyjaciół i swoje „ostatnie wyjście na wolności“ chcieliśmy spędzić razem. Zawsze spotykamy się w tym samym, stałym gronie, więc rozdzielanie go pod kątem płci na jedną noc wydawało nam się trochę sztuczne i przykre. Z drugiej strony, zależało nam jednak na podtrzymaniu odrębności naszych imprez – w końcu jako para mieliśmy świętować dopiero za tydzień. Główni organizatorzy wieczorów, czyli nasi świadkowie, bardzo się postarali i wszystko udało się połączyć.

Zaczęliśmy osobno. Spotkałam się z samymi dziewczynami i pojechałyśmy na spacer do Parku Skaryszewskiego. Jadłyśmy wegańskie Buddha bowle w Vegelabb. Potem wzięłyśmy udział w dwugodzinnych warsztatach afro dance w Centrum Kultur Świata. Śmiałam się, że to jak błyskawiczne przedślubne odsysanie tłuszczu, bo dawno tak się nie zmęczyłam – ciało rusza się w zupełnie inny sposób niż w tych okołolatynoamerykańskich stylach, które znam. Na koniec z moją świadkową byłyśmy na koncercie Vapors of Morphine. Nie brzmi to może typowo „dziewczyńsko“, ale było bardzo dopasowane do mojego gustu, zgodnie z zamysłem były atrakcje dla wszystkich zmysłów i to było super!

W tym czasie Tomek był z męską częścią załogi – ich atrakcje obejmowały escape room, burgery i bilard. Koło północy nasze jednopłciowe kręgi połączyły się na mieście i ostatnią część wieczoru spędziliśmy już wspólnie. Niestety nikt z nas nie pomyślał o zdjęciach, więc zamiast tego pokazuje Wam, jak pięknie prezentowaliśmy się w dniu ślubu w czwórkę 🙂

Nowoczesne wesele Nowoczesne wesele

Nasze przygotowania

Przygotowania rozpoczęliśmy w lutym, czyli ok. 4 miesiące przed ślubem. Wtedy udało nam się załatwić najważniejsze kwestie – zarezerwować termin w urzędzie, znaleźć restaurację i zamówić moją sukienkę. Później działaliśmy zrywami, najczęściej na ostatnią chwilę, bo o wielu rzeczach wcześniej nie mieliśmy pojęcia 🙂 Niektóre rzeczy dopinaliśmy dosłownie kilka dni przed imprezą. Dało się to zrobić i to nawet bez wielkich nerwów – ale też mieliśmy tych zadań trochę mniej niż przy organizacji klasycznego wesela i mogliśmy pozwolić sobie na więcej luzu.

Podczas przygotowań kierowaliśmy się jedną, podstawową zasadą. Jeżeli coś nie wydaje nam się fajne ani potrzebne, to tego nie robimy. A to, co chcemy zrobić, robimy najprościej, jak się da. Wielu elementów weselnej tradycji w ogóle u nas nie było, bo po prostu nie mieliśmy na nie ochoty. Nie planowaliśmy żadnych tańców ani typowo weselnych zabaw, więc nie byli nam potrzebni DJ, zespół ani wodzirej. Nie tworzyliśmy żadnych motywów przewodnich, nie szykowaliśmy dodatkowych dekoracji ani pamiątek dla gości. Zrezygnowaliśmy też z kamerzysty i fotografowania przygotowań oraz afterparty – Ania towarzyszyła nam tylko na ślubie i obiedzie. Jak dobrze wiecie, nie jesteśmy też fanami dalekich podróży, więc zamiast odległej wyprawy po ślubie wyskoczyliśmy po prostu na kilka dni do Białki Tatrzańskiej. Kilka rzeczy przygotowaliśmy też sami (zaproszenia, winietki) albo bazowaliśmy na tym, co w standardzie oferowali nam współpracownicy.

Z drugiej strony, dzięki rezygnacji z tych rzeczy nasz budżet był dość elastyczny i mogliśmy pozwolić sobie na wydatki na te rzeczy, które były dla nas ważne. Priorytetem były dla nas przygotowanie nas i świadków, komfortowy nocleg dla gości spoza Warszawy, dobrej jakości jedzenie i alkohol. Dzięki temu mogliśmy też sobie pozwolić na spontaniczne wynajęcie kremowego garbusa, który zawiózł nas do urzędu i zamówienie tortu. Miało nie być żadnego, ale te z cukierni Babie Lato zachwyciły nas do tego stopnia, że postanowiliśmy się skusić. Patrząc na zdjęcia zupełnie tego nie żałuję!

Slow wedding: tort naked cake

Trening odpuszczania

Podczas przygotowań bardzo się pilnowaliśmy, by sobie odpuszczać i nie przejmować się rzeczami, które nie zależą od nas. Uczyliśmy się dzielić zadaniami – ze sobą, świadkami i naszymi rodzinami. Dawaliśmy naszym wykonawcom tak precyzyjne wskazówki, jak umieliśmy, a potem pozwalaliśmy im działać, nie patrząc na ręce. Czasem efekt końcowy mogliśmy zobaczyć dopiero w dniu ślubu – tak było z dekoracją sali, bukietami czy z tortem. Trochę to od nas emocjonalnie wymagało, bo oboje lubimy sami podejmować decyzje i mieć kontrolę nad sytuacją, ale efekt terapeutyczny – bezcenny 😉

Slow wedding: koronkowa suknia ślubna

Mój wygląd

Zawsze wyobrażałam sobie, że do ślubu pójdę w minimalistycznej sukience z sieciówki. Skończyło się na ultradziewczęcej, koronkowej, szytej na miarę 🙂 Może Was to rozbawić, ale decyzja o wyborze takiej spersonalizowanej sukienki z „prawdziwego“ salonu sukni ślubnych była dla mnie naprawdę przełomowa i poświęciłam jej wiele uwagi chociażby na mojej terapii. Trochę pisałam o tym w tekście o moich planach na 2. kwartał 2017 roku – to było takie oficjalne przyznanie się przed samą sobą, że ślub to cholernie ważne wydarzenie i zasługuje na wyjątkową oprawę.

Żeby nie było tak w stu procentach klasycznie, zdecydowałam się na krótką sukienkę i w ten sposób – kierując się wynikami wyszukiwania w Googlach – trafiłam na salon sukien ślubnych Juda&Pietkiewicz. Pozostałe elementy stroju to też dobre trafienia z Googli (SEO działa!). Wszystkim twórcom, z którymi miałam przyjemność współpracować podczas przygotowań, mówiłam to samo. Chciałam, żeby mój wizerunek tego dnia był utrzymany w romantycznym, lekko rozwichrzonym stylu. Dziewczęco, ale nie zbyt słodko, jakby lekko od niechcenia. Minimum biżuterii, nieprzytłaczające dodatki. Jestem bardzo zadowolona z osiągniętego efektu. I pod ogromnym wrażeniem faktu, że praca tak wielu rąk może dać jeden spójny i do tego stopnia zgodny z moją osobowością efekt.

Slow wedding: upięcie ślubne Slow wedding: bukiet z eukaliptusem

Ten dzień

Nie powiem, że się nie stresowaliśmy, bo oboje jesteśmy straszliwymi neurotykami i pewnie na jakiejś ogólnoświatowej skali stresu związanego ze ślubem i tak udałoby nam się zająć wyższe pozycje. Kilka dni przed ślubem zdarzały mi się, oczywiście, nagłe lękowe kopy. Co, jeśli na zaproszeniach wpisaliśmy zły adres? Czy w klubie pamiętają o rezerwacji? Może jedzenie będzie zepsute, tort przewróci się w transporcie, a kwiaty przyjadą za wcześnie i zwiędną? Dopiero podczas przygotowań okazuje się, że na ślub składa się mnóstwo małych elementów i drobnych zadań. Krótko mówiąc – naprawdę dużo rzeczy, które mogą się zepsuć.

Ale: w dniu ślubu wstaliśmy wcześniej niż zwykle. Nakarmiliśmy koty, przywdzialiśmy poranne dresy, wpuściliśmy do domu naszą makijażystkę i moją świadkową, która przygotowywała się jako pierwsza. Panie zaczęły działać, a my powoli (w końcu sobota!) dojedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę, nawet chwilę się zdrzemnęliśmy. Było tak domowo i swobodnie – bez stresu, rozterek i napięcia. I ten domowy spokój pozostał z nami do końca dnia.

Jasne, ślub to wielkie wydarzenie, które wymaga należytej, uroczystej oprawy. Ale przede wszystkim, to robienie naprawdę fajnych rzeczy w towarzystwie najbliższych, życzliwych nam osób. Tę życzliwość naprawdę się czuje. Więc niezależnie od tego, jak czasochłonne i trudne były przygotowania, ilu rzeczy nie udało się koniec końców dopieścić – na koniec warto sobie odpuścić. Pozwolić sobie chwilę się tym nacieszyć. Bo ani Wy, ani zebrani goście nie zauważą podczas ślubu żadnych niedociągnięć – zasłonią je łzy radości w oczach 🙂

Slow wedding: koronkowa suknia ślubna Slow wedding: koronkowa suknia ślubna

Współpracowaliśmy z: 

Mój strój:

Suknia ślubna: Juda&Pietkiewicz | Buty: Kotyl | Ozdoba we włosach: White Jasmine | Makijaż i fryzura: Irena Gayny

Tomek:

Garnitur Vistula | Koszula, muszka i poszetka Lavard | Buty Gino Rossi | Fryzura: Hair Emergency

Kwiaty:

Pracownia Florystyczna Florissima

Tort:

Cukiernia Artystyczna Babie Lato

Obrączki:

Yes

Samochód:

od prywatnego kolekcjonera

Fotografia:

Naturalna Fotografia Ania Ulanicka 

 ❤

Slow wedding: bukiet z eukaliptusem Slow wedding: koronkowa suknia ślubna

  • Magiczny czas. Wspaniała sukienka. Wyglądałaś rewelacyjnie.
    Zdjęcia po prostu przepiękne. Czuję ten klimat. Musiało być wyjątkowo.
    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

  • Jak pięknie! <3 Im prościej, tym lepiej i piękniej. Można bardzo łatwo zatracić się w ślubnych przygotowaniach. My z wielu rzeczy zrezygnowaliśmy, chociaż teraz uważam, że można było skreślić jeszcze więcej punktów z listy. Ślub to cudowna sprawa, ale zauważyłam, że wiele osób nie potrafi wyodrębnić tego co najbardziej istotne i skupia się na biznesie około weselnym. U Was widać szczerość, emocje i miłość 🙂

    • W pełni się zgadzam z Twoimi przemyśleniami i z komentarza, i z tekstu na ten temat na Twoim blogu. Myślę, że ślub wiąże się też z dużą presją ze strony rodziny. Każdy chce jak najlepiej doradzić i często nie uznaje innych wizji, a państwo młodzi – zamiast skupić się na realizowaniu swoich pomysłów – koncentrują uwagę na podporządkowywaniu się albo polemizowaniu z cudzą wizją. Organizowanie ślubu jest więc także niezłą nauką asertywności 😉

  • Piękny wpis! Bardzo się cieszę, że mogłam być tego dnia z Wami. <3 I widzę, że mamy sporo podobnych poglądów na wiele spraw, o których tutaj piszesz! 😀

  • U nas podobnie, nasze początki również były..zaskakujące. Nie lubiliśmy się. Także w życiu różnie bywa i tak jak napisałaś, szczęście często znajdujemy w miejscach, w których się go nie spodziewamy

    • No właśnie, do tych „szczęśliwych zakończeń” prowadzą różne drogi, a bajkowa miłość od pierwszego wejrzenia to tylko jedna z nich – najczęściej prawdziwe życie jest jednak nieco bardziej skomplikowane 😉 Ciekawi mnie Wasza historia, co się stało, że w końcu zmieniliście zdanie? 😀

      • Czasami po prostu trzeba dojrzeć. 😉 W wielkim skrócie…Mojego przyszłego Męża poznałam na zagranicznym wakacyjnym obozie w wieku 17 lat 😉 Nie przepadałam za Nim, on chyba uważał mnie za „dziewczynę ze zbyt dobrego domu”, cokolwiek to znaczy. Pewnie tyle, że zadzierałam nosa? 😀 Wpadliśmy na siebie po dwóch latach od pamiętnych wakacji ;)…no i spontanicznie zgodziłam się na rozmowę przy herbacie ;)…I jakoś tak gadamy od 13 lat, a może nawet więcej 🙂

        • O kurczę, 13 lat to naprawdę kawał czasu! Super, że udało Wam się na siebie trafić 🙂

  • Piękne zdjęcia 🙂 Ślicznie wyglądałaś 🙂

  • Super! Piękne zdjęcia. Marzy mi się podobna organizacja tego dnia 🙂

    • Dziękuję! A jeśli chodzi o organizację, to moim zdaniem naprawdę warto pójść w tę stronę – przynajmniej ja z perspektywy czasu nic bym w przebiegu tego dnia nie zmieniła 😉

  • Wyglądałaś zachwycająco – bardzo podoba mi się ten naturalny efekt, delikatna fryzura i nietypowy bukiet. Super, że podałaś też, gdzie kupiliście poszczególne rzeczy bo muszę przyznać, że Twoje buty wpadły mi w oko. 🙂 Podeszliście do samej organizacji wesela w taki naprawdę spokojny, wyważony sposób i jestem przekonana, że musiał to być cudowny dzień nie tylko dla Was, ale i dla Waszych najbliższych.
    Najlepsze życzenia i serdeczne uściski dla Was obojga!

    • Hihi, nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności poczucia się choć raz jak blogerka modowa 😉 Buty Kotyl są naprawdę bardzo wygodne – widać, że producent zadbał o to, by faktycznie można było w nich przechodzić i przetańczyć całą noc, a nie tylko ładnie wyglądać na zdjęciach. Są super wyważone i nawet w tych modelach z węższym obcasem nie czuć ich wysokości.
      No i bardzo dziękujemy <3

  • Piękny ślub i para młoda 🙂 U mnie było bardzo podobne, ale bez afterparty. Wszystkie dekoracje przygotowywaliśmy sami, bo chcieliśmy utrzymać ślub w leśnym, rustykalnym klimacie. Goście myślę, że na początku byli troszkę zaskoczeni formą, ale ostatecznie każdy wyszedł bardzo zadowolony, z nami oczywiście na czele 😀

    • U nas afterparty też początkowo nie było w planach, ale jednak trochę byłoby nam smutno bez takiego okołoimprezowego akcentu na koniec. Chociaż w praktyce wyszła z tego po prostu druga posiadówa 😉 Czytając Twój komentarz pomyślałam sobie, że no właśnie – takie kameralne imprezy często są też bardziej przyjazne również dla gości. Można im poświęcić więcej czasu i lepiej zadbać o ich komfort. Mam też wrażenie, że wiele osób podczas takich tradycyjnych weselnych zabaw czuje się niezręcznie. W każdym razie nasi goście odetchnęli z ulgą, że przyjęliśmy taką formę 😉