Nie zasługuję na ładny strój do ćwiczeń

Nie zasługuję na ładny strój do ćwiczeń

Moja przygoda ze sportem przypomina historię miłosną, w której po kilkudziesięciu latach poszukiwań „tej jedynej“ bohater orientuje się, że cały czas czekała na niego w bloku obok. Przez lata nienawidziłam sportu tak zaciekle, jak potrafi to tylko kilku-, a potem kilkunastolatka. Moi rodzice – sami niezbyt wysportowani, chcąc widocznie naprawić błędy młodości – z uporem zapisywali mnie na kursy judo, pływanie, obozy rowerowe i odchudzające(!), na których czułam się jak piąte koło u wozu; na szkolnym WF-ie poza mną były przynajmniej inne słabiaki, z którymi nawiązywałam cichą nić porozumienia, ale na zajęciach dodatkowych otaczali mnie pasjonaci. Jak łatwo się domyślić, miłość w ten sposób nie rozkwitła. Na ćwiczeniach zostawałam w tyle, ale podczas zajęć i konkursów wiedzy byłam najlepsza – to doprowadziło mnie do prostego wniosku, że są dzieci wysportowane i dzieci, które dobrze się uczą, a przynależność do jednej grupy automatycznie wyklucza z drugiej. W liceum odkryłam profity płynące z krzywego kręgosłupa (zwolnienie!), dbanie o zdrowie stało się dla mnie absolutnym przeciwieństwem „bycia cool“, rodzice się poddali i sport na dobre zniknął z mojego życia.

Coś zaczęło się zmieniać, kiedy kończyłam studia – koło mojego domu otworzyli nowoczesną siłownię, pojawiły się Ewa Chodakowska i Mel B, a bycie fit stawało się coraz bardziej popularne. W swoich marzeniach joggingowałam więc po parkach, trzaskałam „Skalpel“ i codziennie ćwiczyłam jogę, ale w rzeczywistości zwykle poddawałam się po 1-2 podejściach. W momentach fitnessowych zrywów czytałam wszystkie magazyny na ten temat, kupowałam piękne ciuchy i gadżety, robiłam staranny research i stawałam się prawdziwą ekspertką – niestety tylko w teorii, bo w rzeczywistości szybko traciłam chęci. Po paru takich próbach znowu się poddałam – bycie fit wydawało mi się czymś fajnym, ale najwyraźniej dla mnie niedostępnym.

I wreszcie: początek tego roku. Jestem przemęczona, sfrustrowana, rzuciłam palenie, ale nie mogę przestać o nim myśleć. Żeby jakoś sobie poradzić z nadwyżką energii i rozmemłaniem, kilka razy dziennie chodzę na samotne spacery po osiedlu. Mijając nasz wspaniały, osiedlowy klub, zerkam przez szyby z zazdrością – „szkoda, że to nie dla mnie“. Jakieś dwa miesiące zajmuje mi odkrycie, że sama sobie narzuciłam to ograniczenie, bo nikt mnie przecież z klubu nie wyrzuci za bycie początkującą. Kolejny miesiąc zajmuje przekonanie samej siebie, by zapisać się na jogę, na której byłam kilka razy 5 lat temu i mnie zachwyciła. Przed pierwszymi zajęciami mam ogromną tremę i trzęsą mi się ręce. Ale wreszcie idę, a po skończonych ćwiczeniach czuję się tak szczęśliwa, jakbym przebiegła maraton. W następnym tygodniu stres jest już dużo mniejszy, po kilku następnych czuję tylko radość i nie wyobrażam już sobie tygodnia bez tych zajęć, potem zapisuję się na zumbę (znowu początkowe przerażenie) i ze zdumieniem obserwuję, jak z tygodnia na tydzień ćwiczę coraz płynniej i lepiej. Ni stąd, ni zowąd okazuje się, że z absolutnej sportowej łamagi stałam się osobą, która od kilku miesięcy regularnie chodzi na fitness i nie wyobraża sobie już bez tego życia.

Ta historia to dla mnie dowód, że taktyka małych zmian naprawdę działa i że takie pozornie nic nie znaczące wydarzenia dla kogoś naprawdę mogą być wielkim przełomem. Niestety, towarzyszy mi w tym coś jeszcze – niezbyt fajna myśl, która mimo obserwacji i pracy wciąż nie znika. To poczucie, że nie powinnam tu być i wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Przez wiele lat zdołałam wmówić sobie, że sport nie jest i nigdy nie będzie dla mnie, a moje ostatnie osiągnięcia to wcale nie przekraczanie własnych granic, tylko podłe oszukiwanie samej siebie i świata.

Kocham moje stroje do ćwiczeń. Wygospodarowałam im nawet osobną szufladkę, którą czasem otwieram bez celu, żeby ponapawać się widokiem. Cieszą mnie nie tylko dlatego, że są ładne, ale przede wszystkim dlatego, że wreszcie regularnie z nich korzystam. Ale kiedy zakładam kolorowe legginsy i fajny top, a do sportowej torby pakuję moje piękne neonowe butki, to czuję się jak przebieraniec i oszust. Myślę sobie, że nie zasługuję na te rzeczy. Gdybym trenowała od 15 lat i fitness był moją jedyną, życiową pasją – wtedy proszę bardzo. Gdybym chociaż ćwiczyła tak dobrze jak inni! Ale ja? Przecież jestem łamagą, nie umiem stawać na głowie i nie nadążam za muzyką (co z tego, że inni też nie?). Kiedy mam gorszy dzień, wydaje mi się, że i instruktorka, i członkowie grupy patrzą na mnie z politowaniem, jakbym wystroiła się zupełnie nieadekwatnie do okazji. Wiecie, nie ćwiczę idealnie, więc nie mam prawa do ładnego stroju – zasługuję co najwyżej na rozciągnięty t-shirt i dresy.

Aż głupio mi o tym pisać, ale tak to właśnie działa. Co z tego, że regularnie ćwiczę, że robię ogromne postępy i to uwielbiam. Zawsze znajdzie się coś, za co można samego siebie zganić. Gdybym faktycznie ćwiczyła w rozciągniętych dresach, proces przebiegałby pewnie identycznie („zobacz, cała sala patrzy i się z ciebie śmieje, jak ci nie wstyd wyjść w czymś takim z domu“). Gdyby coś wychodziło mi naprawdę świetnie, pewnie przekonałabym samą siebie, że to nieistotne. Przez wiele lat wpoiłam sobie, że nie umiem. Że nie lubię sportu, nie nadaję się do tego, że zawsze będę najgorszym dzieckiem z grupy. Narzuciłam samej sobie bardzo sztywne ramy klasyfikacji: skoro jestem mądra, to nie mogę być jednocześnie wysportowana. Skoro nie jestem w tym najlepsza, to automatycznie znaczy, że jestem najgorsza. Wiem, że to tak nie działa, że nie muszę się na siłę upychać tylko w jednej kategorii, bo te kategorie są idiotyczne, że „bycie wysportowanym“ nie jest daną z góry umiejętnością, tylko efektem konsekwencji i pracy. Wiem, że to wszystko absurd i że na widok mnie w ładnych legginsach moja instruktorka może pomyśleć tysiąc rzeczy, ale na pewno nie będzie to „ona nie zasługuje na to, by tu być“ – a najpewniej nie pomyśli nic, bo co ją obchodzą moje legginsy (ewentualnie „o, ładne/brzydkie legginsy“). Wszystko to wiem, ale ukłucie i tak powraca. Skoro nie jesteś w tym najlepsza – mówi mój wewnętrzny głos – to lepiej, zamiast się kompromitować, od razu dać sobie spokój.

Sport to moja słaba strona i nigdy nie będę w tym najlepsza. Ale też nigdy nie będę najlepsza w rzeczach, w których czuję się naprawdę mocna. Nie będę najlepszą pisarką, najlepszym psychologiem, najlepszym naukowcem. Nie ma czegoś takiego jak bycie najlepszym, bo zawsze da się być jeszcze bardziej – bycie najlepszą w klasie nic nie znaczy, skoro możesz być najlepsza w szkole, w mieście, potem w województwie… I tak dalej, aż do granic świata i wszechświata. Dążenie do perfekcji to bardzo zwodnicza kwestia, bo jest właśnie tym – dążeniem – do celu, który nie istnieje (być może dlatego, wchodząc raz na tę ścieżkę, tak trudno się zatrzymać).

Powtarzam to sobie i jednak zakładam moje kolorowe legginsy. Wygrzebuję się na zajęcia. Nie słucham, co jakaś część mnie na ten temat myśli. A potem, zamiast ścigać się z całym światem, po prostu staram się ćwiczyć najlepiej, jak się da. Niewielka różnica w słowach, ale w znaczeniu – ogromna, prawda?

fot. Dominik Wycisło / Unsplash