Naprawdę, nie muszę!

Naprawdę, nie muszę!

Jestem. Dopiero teraz, bo to był ciężki miesiąc. Tak to się zresztą jakoś układa w mojej historii, że marce zazwyczaj są trudne. Nachodzi mnie na wielkie plany i nowe początki, rzucam się w nie z impetem i większość siły tracę już na wstępie. Planuję sobie cały miesiąc na zakładkę, zapominając jak zwykle, że nie potrafię normalnie funkcjonować, jeśli nie zostawię sobie przestrzeni na samotność, spokój i sen. Albo: przychodzą wydarzenia niespodziewane i trudne, które zupełnie wybijają mnie z rytmu. Albo wszystko naraz, jak w tym roku.

Wiosna zastaje mnie więc w stanie takim, jak rok temu. Zmęczoną, pełną pokory wobec upływu czasu, zagrzebaną pod kocem przed Wspaniałym stuleciem. Serio, muszę kiedyś napisać pracę naukową o terapeutycznym wpływie oglądania tureckich telenowel. Oddaję się temu bez wyrzutów sumienia i celebruję ten stan – pod tym względem jestem na pewno o wiele mądrzejsza niż w zeszłym roku, bo kończący się właśnie miesiąc naprawdę dużo mnie nauczył.

Bez daty ważności

Mam tendencję do tworzenia samej sobie wewnętrznego przymusu. Walczę z tym od jakiegoś czasu, ale czego bym nie robiła, to przykre poczucie konieczności wciąż do mnie wraca. Odkąd boleśnie doświadczyłam na własnej skórze skutków odkładania zadań na ostatnią chwilę, zbudowałam w sobie przekonanie, że wszystko trzeba załatwiać od razu. Więc załatwiam. Rozpycham mój plan. Wyznaczam sobie na wszystko pierwszy możliwy technicznie termin, a jeśli z jakiegoś powodu muszę go odwołać – natychmiast wskazuję następny. Myśl o wiszącym nade mną zadaniu bez konkretnej daty realizacji napawa mnie zgrozą. I nic w sumie dziwnego – trudno cokolwiek zapamiętać i gdzieś jeszcze upchnąć, kiedy na trzy tygodnie do przodu każdy dzień ma już wyznaczone sztywne ramy.

A potem przychodzi sobie taki marzec i mówi: pokażę ci, do czego to prowadzi. Pierwszy z brzegu przykład: zrobimy tak, że będziesz musiała nagle wyjechać. Żeby wyjechać z Warszawy na jeden dzień, muszę przełożyć pięć spotkań. Wykonuję telefony ze łzami w oczach, czuję się taka nieodpowiedzialna i niekompetentna, dopiero kiedy po raz trzeci słyszę „nie ma sprawy, nic się nie stało“ trochę daje mi to do myślenia – tak się zdarza, no cóż. Chcę pozostać człowiekiem zorganizowanym i poważnym, więc od razu umawiam te przełożone spotkania na jedyny w ciągu dwóch tygodni, niezaplanowany jeszcze dzień. Co za peszek! Dwa dni później okazuje się, że muszę wyjechać także i tego dnia.

Tyle się mówi o wyznaczaniu swoim planom konkretnych ram czasowych. Myślę jednak, że to działa w dwie strony. Plan, w którym nie zostawimy sobie odrobiny swobody, staje się jak za ciasny gorset – zamiast trzymać cię w pionie, nie pozwala oddychać. Obecnie uczę się tworzyć bardziej elastyczne plany tygodniowe oparte na priorytetach, z miejscem na przestoje, opóźnienia i kontrolowany chaos – opisują je np. Edyta Zając czy Niebałaganka. Idzie mi to jednak dosyć ciężko, więc jeśli macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na organizację skuteczną, a przy tym pozbawioną presji – proszę, zdradźcie mi ten sekret!

Bez przymusu 

Ale to, co muszę, to przecież nie tylko spotkania. Przymus rozciąga się na inne, również te najprzyjemniejsze i najluźniejsze dziedziny życia.

Muszę dbać o swoich znajomych i spotykać się z nimi regularnie, bo jeśli ja nie dopilnuję terminu spotkania, nie umówimy się nigdy. Muszę regularnie wrzucać na bloga nowe notki i codziennie aktualizować profil na Facebooku, bo inaczej spadną mi statystyki. I muszę pisać go na 100% swoich możliwości, zawsze o rzeczach nowych, ciekawych i pożytecznych, bo blogi powinny być pożyteczne. Muszę zdrowo gotować, chodzić na fitness, dbać o dom i w ogóle pielęgnować wszystkie moje codzienne rytuały, bo inaczej moje życie się rozleci. Nawet: muszę kupić sobie coś w nagrodę (choć nie mam na to ochoty), poczytać książkę, bo to mnie relaksuje (choć akurat mam większą ochotę wyjść na miasto), w weekend spać dłużej niż w tygodniu (choć szkoda mi tego czasu), itp., itd. Jestem w stanie zamienić w przymus absolutnie wszystko.

Królową muszę jest moja mama. Mama musi chodzić na spacery (bo zdrowe). Musi bywać na koncertach, w muzeach i chodzić do opery, bo człowiek kulturalny tak robić powinien. Musi jeździć po świecie, bo nie wiadomo jak długo będzie wystarczająco sprawna i odmawiać sobie wszystkich dodatkowych wydatków, bo nie wiadomo, czy nagle nie przydarzy się wojna albo nie zmieni się ustrój. W życiu mojej mamy nie ma miejsca na chcę, na lubię, na tak zdecydowałam. Wszystko jest zewnętrzne i przymusowe, konieczne.

Niby wszyscy dobrze wiemy, z czego to wynika i co w takiej sytuacji robić. Sama pisałam o dystansowaniu się od poczucia obowiązku i zamianie muszę na chcę niejeden raz. To jednak taka dziedzina życia, w której teoria zdecydowanie nie idzie u mnie w parze z praktyką 😉 Mój sposób funkcjonowania wygląda więc najczęściej tak: namnażam działania – wydają mi się tak ważne, że nie można ich porzucić – uświadamiam sobie to i serwuję samej sobie wewnętrzną naganę: „musisz mniej od siebie wymagać“. I w ten sposób koło się zamyka.

Dlatego jestem wdzięczna temu miesiącowi, bo w dobitny i dosyć brutalny sposób uświadomił mi, że naprawdę, naprawdę nie muszę prawie nic.

W marcu ilość wolnego czasu i energii życiowej skurczyła się u mnie do minimum. Odwoływałam wszystkie wystarane przeze mnie spotkania towarzyskie, tygodniami nie otwierałam książki, nie miałam czasu zdrowo gotować, ćwiczyć, porządkować, blog pokrył się kilkutygodniową warstwą kurzu. Marzyłam o chwili, kiedy będę mogła usiąść i w spokoju zająć się pracą, a w wolnych chwilach miałam siłę tylko na to, by apatycznie wpatrywać się w ekran. I… nic strasznego mi się nie stało. Świat się nie zawalił. Okazało się, że żadna z tych rzeczy nie jest mi potrzebna do życia. Nie muszę ich robić. Za to – och, co za odkrycie – tak bardzo, bardzo chcę!

Przypominam więc sobie, że wszystkie te rzeczy, na które zazwyczaj poświęcam czas, to nie tyle powinności, co ogromny luksus. Luksus pracy z domu i samodzielnego planowania mojego dnia. Luksus posiadania czasu na codzienne gotowanie i choćby chwili relaksu. Luksus pisania tutaj dokładnie o tym, co właśnie sobie myślę, bo to moje – nawet jeśli wtórne, wydumane czy niepotrzebne. Nawet jeśli towarzyszą temu wszystkiemu wielotygodniowe przestoje, a zdrowe żywienie raz na jakiś czas i tak kończy się wyżerką w Maku. To są moje piękne i dobre problemy. Mogę je mieć dlatego, że wszystko poza nimi jest w porządku. Że moja sytuacja jest stała i stabilna, jestem, mam dach nad głową, bliską osobę u boku i siłę, by radzić sobie ze wszystkim, co mnie spotka. To pozwala naprawdę zmienić perspektywę. O ile łatwiej przestać czynić sobie wyrzuty za każde odstępstwo od codziennego rytmu i po prostu się nim cieszyć.

Więc jestem. Odpuszczam. Wchodzę w tryb pasywny. Nie tworzę na najbliższy okres żadnych list. Pozwalam sobie po prostu istnieć. I coś mi mówi, że dzięki temu czeka mnie naprawdę dobra wiosna.

Co u Was działo się przez ten czas? Co przyniosła Wam wiosna? I jakie są Wasze sposoby, by musieć mniej?

fot. Sylwia Bartyzel

  • W ostatnim roku ilość spotkań i terminów, które musiałam przekładać z powodu chorób, zawirowań rodzinnych i spraw związanych z dziećmi jest tak duża, że mam już pewność – świat się nie zawali. Zaczeka (albo i nie), ale się nie zawali 🙂 I właśnie to, co podkreślasz, pewna stabilizacja, solidny fundament – to wystarczy, żeby w razie potrzeby odbudować resztę. Nie mam jakiegoś sposobu, by musieć mniej. Po prostu wiem już, jak wiele nie muszę i skupiam się na tym, co dla mnie ważne. Dobrej Wiosny! <3

    • No tak, myślę że z każdym kolejnym odwołanym spotkaniem nabiera się w tym trochę więcej sprawy i ten wewnętrzny dygot staje się coraz mniejszy 😉 Bardzo podoba mi się to, co opisałaś – taki organizacyjny esencjalizm. To kierunek, w którym ja też chcę pójść w najbliższych miesiącach. Wzajemnie, dobrej wiosny 🙂

  • Czytam akapit po akapicie i myślę „to o mnie! to o mnie!”. Też kiedyś odkładałam tematy na później (czytałam kiedyś Twój tekst na ten temat), a teraz realizuję je asap (nie cierpię asap), więc dokładam sobie i dokładam… i jest godzina 21, a przede mną jeszcze jakieś 4 godziny pracy (mimo tego, ze pracuję od 8), bo wyszłam wcześniej z założenia, że jeszcze kilka tematów na ten tydzień można dołożyć.
    Marzec też mnie przejechał niczym walec i wiem, że mam nad czym myśleć i muszę zmienić tą swoją strategię. Jak masz jakiś pomysł, jak to wszystko w sobie zwalczyć to koniecznie się podziel 😀 A tak zupełnie serio, wiem, że to musi się trochę w głowie inaczej poukładać – czasami kiedy mam palący termin za terminem to myślę sobie „ej, a jakby nagle spadła na Ciebie bomba i nie zrobisz tych grafik na jutro, to co? świat będzie dalej stał jak stoi”.

    • Myślę sobie, że taka tendencja w ogóle często dotyka byłych „przekładaczy”. Tak jakby między olewaniem wszystkiego a zasypywaniem samego siebie pracą nie było żadnej innej możliwości. A już szczególnie trudno sobie odpuścić, kiedy sama organizujesz swój czas. Trzymam więc kciuki za Twoje układanie w głowie – z moich ostatnich doświadczeń wynika, że najtrudniej „zawalić” (w cudzysłowie, bo dla mnie to koniec świata, a ktoś pewnie nawet nie zauważa, że wysłałam mu tekst dzień później) jakiś termin po raz pierwszy, później to już samo leci 😉

  • Megly

    Ja jestem perfekcjonistką i niestety dużo „muszę”… choć tak naprawdę to tylko ja ciągle ustalam sobie granice, dealine’y, ciągłe wpasowywanie się, bieg, pęd. Taka już jestem. Walczę z tym. Taki perfekcjonizm męczy. Chciałabym musieć mniej i gdy udaje mi się świadomie odpuścić – jestem z siebie dumna, a z drugiej strony odczuwam niepokój, bo przecież „dałam za wygraną”…
    Pozdrawiam!

    • Oj tak, ja też to znam… Mój perfekcjonizm rzadko pozwala na chwilę wytchnienia, odpuszczanie sobie traktuje – tak jak napisałaś – jako słabość i nawet odpoczywać każe w ściśle wytyczony, idealny sposób. Na szczęście sama świadomość, co w takich sytuacjach nami kieruje, to już bardzo dużo.

  • Fajny wpis 🙂
    Łatwo zrobić siebie niewolnikiem nawet tak dobrych rzeczy, jak zdrowe jedzenie, siłownia czy regularne obcowanie z kulturą. Wizyta w McDonaldzie bez poczucia winy bywa wtedy oczyszczająca 😀 Tureckie telenowele może też, choć tu się nie znam, ale ja czasem potrzebuję wpaść w jakieś bardzo mało ambitne zakamarki Youtube’a i się odmóżdżyć… Przez chwilę jest poczucie winy, że czemu ja tak czas marnuję, ale potem się go pozbywam. Odmóżdżanie się jest potrzebne, tak jak bezczynne leżenie i inne rodzaje „marnowania czasu”, które w odpowiednich proporcjach bywa terapeutyczne 🙂
    Introwertycy to introwertycy. Musimy sobie w ciszy i spokoju regularnie ładować baterie.

    • Cieszę się, że potrafisz wpadać w youtubowe zakamarki bez poczucia winy! To jest chyba właśnie najważniejsze – pozwalać samemu sobie na te odmóżdżające, mało zdrowe/intelektualne/rozwijające rozrywki, bo bez nich na dłuższą metę nie jesteśmy w stanie działać skutecznie.

  • Przyzwolenie sobie na odpuszczenie czasem potrafi być trudniejsze niż zmobilizowanie się do pracy. A skutki takiego życia pod własną presją mogą być tak naprawdę bardzo, bardzo poważne. Nikt nie jest idealny i tak naprawdę czasem dobrze jest cieszyć się tu i teraz, zamiast ciągle dążyć.

    • To prawda, łatwiej zmusić się do pracy niż do odpuszczenia sobie – zwłaszcza kiedy tyle się mówi o byciu zawsze aktywnym, nieustannym dążeniu do celu i wiecznej potrzebie produktywności. Na szczęście jak każdego działania, odpuszczania też można się nauczyć 🙂

  • „To są moje piękne i dobre problemy.” Piękne zdanie. Bardzo mnie poruszyło. Dziękuję.

    • Cieszę się, że akurat to zdanie do Ciebie trafiło, bo to ostatnio bardzo ważna dla mnie kwestia. Dużo się nad tym zastanawiam – czy jeśli na ogólnym planie wszystko u mnie OK, mam prawo czuć się przytłoczona albo smutna, skoro gdzie indziej ludzie borykają się z naprawdę poważnymi problemami i brakuje im zaspokojenia nawet tych elementarnych potrzeb. A z drugiej strony, dlaczego oceniamy, które problemy są poważne, a które nie? Wmawianie sobie, że nie mam prawa czuć się źle, bo „inni mają gorzej” to niestety dobrze mi znana, depresyjna ścieżka… Moją próbą wyjścia z tej sytuacji jest właśnie takie ujęcie, z szacunkiem do swojego zmęczenia, z pozwoleniem na odczuwanie trudności, ale jednocześnie – ze świadomością, jak dobrze jest je mieć w takiej właśnie formie.

      • Dziękuję, że się tym podzieliłaś. Mam przyjaciółkę, która tak właśnie podchodziła do problemów: „Nie mam prawa ‚narzekać’, bo inni mają gorzej.” To nie było żadne narzekanie, tylko odczuwanie zwykłych ludzkich emocji. Smutek, żal, złość, rozpacz nawet – też są nam potrzebne. Wszystkie są komunikatami. A wracając do mojej przyjaciółki – dokładnie, skończyło się depresją…

        • No właśnie, wbrew temu co się popularnie sądzi, depresja to wcale nie „pławienie się we własnym smutku”, tylko najczęściej przeciwnie – efekt niepozwalania sobie na jego odczuwanie. To dlatego życzliwe sugestie, żeby „wziąć się w garść”, „doceniać to, jak ci dobrze, bo inni mają gorzej” i „po prostu przestać się smucić” robią aż taką krzywdę. Na szczęście dzięki nieźle prowadzonym kampaniom medialnym świadomość tego problemu stopniowo rośnie.

  • Karpacka Biel

    Poruszyły mnie Twoje słowa – po pierwsze podobieństwem naszych marców, opartych na przygwożdżeniu presją, niemożliwości ucieczki i przyćmionych widmem konieczności. Straszne to słowo – muszę, a jednak ciągle mu ulegamy. Odpuszczanie – przynajmniej u mnie – jest jedną z umiejętności, których nabycie wydaje się wręcz niemożliwe. Uczę sie tego bardzo powoli – rzeczywiście pomagają zapewnienia, że nic się nie stało. Ale pozostaje jeszcze gorycz dyssatysfakcji z samego siebie.

    Domknęłaś swój wpis ożywczą, wspaniałą formułą – postulat istnienia, ot tak – po prostu jest wręcz cudowny, kojący i odpędzający strach przed własnym zapóźnieniem 🙂 Miło czytać, że wypuściłaś wszystkie te smycze – projektów, terminów, wyzwań i po prostu zamierzasz odetchnąć.

    P.S. Mnie marzec tak zgnębił, że zaczęłam uciekać w telenowele, które oglądałam jeszcze jako dziewczynka. Walor relaksacyjny – nieoszacowany 😀

    • Właśnie ta gorycz wynikająca z niespełnienia własnych (w moim przypadku – wyśrubowanych, nierealistycznych) standardów wydaje mi się w odpuszczaniu najtrudniejsza. Można nauczyć się planować mniej, można spróbować przyjąć na poziomie racjonalnym to, że nie zawsze trzeba być wydajnym na 100% i wciąż pracować… ale ta gorycz i cichutki głosik szepczący „porażka!” dzielnie się trzymają i najtrudniej się ich pozbyć. Mimo wszystko wierzę, że któregoś dnia i on zniknie 🙂 A póki co – zdradzisz, co to za telenowela z dzieciństwa? 😉

      • Karpacka Biel

        To prawda, niestety, nasz wewnętrzny głosik, piskliwy i dokuczliwy nie daje się zagłuszyć, a jest tym ostrzejszy, że jesteśmy świadome tego przygnębiającego brzemienia, jakim jest odpowiedzialność. Czasami jeszcze nakłada się na to problem uwikłania w rolę, ponieważ wydaje nam się (no właśnie, wydaje, lecz tak trudno do tego się przyzwyczaić), że jeżeli my nie podejmiemy natychmast jakiegoś działania, jeżeli nie wypełnimy zadania, to nikt inny nie będzie tego potrafił. Mi prośby o pomoc czy wyrozumiałość i czas z trudem przechodzą przez gradło, ale staram się i uczę sie asertywności 🙂 Głęgoko wierzę, Matyldo, że ten głosik ochrypnie i przestanie Ci szeptać przykrości <3

        A ten serial 😀 Początkowo odkopywałam z Siostrą odcinki "Zbuntowanego anioła", była też "Paloma" no i "Szkoła złamanych serc" – ten ostani jako młodzieżowy serial z beztroskich wakacji. Niby nic nadzwyczajnego i zupełnie przyziemnego, ale otoczone aurą wspomnień 😀 Matyldo, a Ty masz jakieś seriale czy telenowele, kojarzące Ci się nieodmiennie z dzieciństwem? Chętnie poznam tytuły 🙂

        • Z jakiegoś powodu przeczuwałam, że to będzie właśnie „Zbuntowany anioł”! W mojej podstawówce to też był prawdziwy hit, choć do mnie jakoś nie trafiał ten chłopięcy styl głównej bohaterki i nie byłam z fabułą na bieżąco. Z dzieciństwem najbardziej kojarzą mi się chyba „Beverly Hills 90210” i „Melrose Place” – ten ostatni był taki dorosły i poważny, i kiedy mama pozwalała mi go z nią oglądać, czułam się jakbym miała co najmniej 18, a nie 8 lat 🙂

  • Jestem mocno zauroczona tym wpisem. Za każdym razem gdy do Ciebie wpadam, zaskakujesz mnie swoją niesamowitą mądrością życiową, wrażliwością, podejściem do siebie. Widzę też, że pod pewnymi względami jesteśmy podobne, jak chociażby ze swoim przymusiem bycia zawsze przygotowaną, kompetentną, profesjonalną, aby nikt się nie dowiedział, że też jestem człowiekiem i czasem coś mi wypadnie.

    I podoba mi się Twój brak wyrzutów sumienia, zwłaszcza że seriale naprawdę mogą mieć dobry wpływ na samopoczucie. Nie tylko te tureckie ;). Trzymaj się ciepło!

    • Dziękuję, tak mi się cudownie zrobiło podczas lektury tego komentarza! I powiem Ci, że zaglądając do Ciebie czuję coś podobnego – Twoją mądrość, wrażliwość i spokój. Życzę nam więc, byśmy obie pielęgnowały te cechy, a jednocześnie pozwalały sobie od czasu do czasu na nieprzygotowanie i brak wyrzutów 🙂

  • Nie wiem co ma w sobie marzec, ale u mnie to zawsze jest najbardziej zajęty miesiąc. Mimo iż potem mam wrażenie, że nie działo się w tym miesiącu kompletnie nic. Marzec zawsze przytłacza mnie wszystkimi opłatami, na myśl o których moje konto bankowe zaczyna płakać, a ja wraz z nim. I tak samo jak ty zawsze walczę z moim „muszę”! Ja zawsze wszystko muszę i to na już, a najlepiej na wczoraj. Walczę z tym od dawna, ale przede mną jeszcze długa droga. W ramach „terapii” zadanej samej sobie staram się celebrować drobnostki i doceniać nawet najmniejsze sukcesy. I przez ich pryzmat sprawdzam, czy te niezrobione rzeczy naprawdę były tak istotne?

  • Takie ustalaie sobie deadline’ów nie musi być takie złe, jeśli sie dobrze zorganizuje czas. Moim sposobem jest wyznaczanie czasu na „muszę coś zrobić do…” i na życie towarzyskie. I prawdę mówiąc, rzadko muszę coś odwoływać. 😉
    A co do przymusów, które sobie stworzymy – chyba robi to każdy z nas i u każdego dosiega to tej sfery „przyjemnej”. Musiszm to choroba naszych czasów i nie ma co z tym walczyć 😉

    Pozdrawiam serdecznie, Blondynka na swoim 😉

    • Cieszę się, że u Ciebie organizacja czasu zazwyczaj działa tak, jak należy 🙂 To prawda, że umiejętne zorganizowanie sobie wszystkiego i zostawienie marginesów na życie towarzyskie i spontan bardzo pomagają. Ale niestety, nagłym i niespodziewanym zdarzeniom nie podoła nawet najlepszy plan 😛

  • Najważniejsze, że z tych wszystkich marcowych zdarzeń i trudności potrafiłaś wynieść coś dla siebie. Mam nadzieję, że kwiecień jest dla Ciebie łaskawszy. 🙂 A wewnętrzny przymus mam i ja – nie jest łatwo odpuścić i pozwolić życiu toczyć się swoim torem w takich warunkach. Za to z pewnością warto, choćby po to, by zauważyć, że niektóre rzeczy zadzieją się niezależnie od naszych wysiłków, by to sobie przypisać sprawstwo.

    • Bardzo trafiło do mnie to ostatnie zdanie – faktycznie, często zastanawiając się nad tym dochodzę do wniosku, że efekt jest/byłby ten sam niezależnie od tego, czy coś puszczam, czy wkładam w to mnóstwo energii. To dla mnie sygnał, że nie zawsze muszę tak bardzo się spinać, stresować i działać na 100% możliwości. Mój kwiecień póki co też jest bardzo zapracowany, ale w zdecydowanie przyjemniejszy i łatwiejszy do kontrolowania sposób. Mam nadzieję, że i Tobie też trochę daje odsapnąć 🙂

      • Póki co jest lepiej – trzymam kciuki za nas obie 🙂

  • Och, to „muszenie” bywa strasznie demotywujące, zgadzam się 😉 Dla mnie najbardziej pracowity był przełom stycznia/lutego, kiedy ratowałam do samego końca swoją sesję!

    Aczkolwiek jak mówi stare chińskie przysłowie… „Jak nie masz czasu, to znajdź sobie jeszcze jedno zajęcie.” I cóż, w sumie działa 😉

    • Tak, u mnie też działa to przysłowie – im więcej robię, tym więcej mam czasu. Czy może raczej: mam tyle samo czasu, niezależnie od tego czy robię mało, czy bardzo, bardzo dużo. Jeszcze nie do końca rozgryzłam na jakiej zasadzie to działa 😛

  • Pingback: Moje plany na 2. kwartał 2017 - Calm Station()

  • Pingback: TU I TERAZ: maj 2017 - Calm Station()

  • Kupiłaś mnie tym tekstem <3 Na pewno będę tu wracać <3

  • Pingback: Jak wygląda moja organizacja czasu? - Calm Station()

  • Pingback: #Tu i teraz: październik 2017 - Calm Station()

  • Pingback: #Tu i teraz: listopad 2017 - Calm Station()