Na przyjemności (nie) trzeba zasłużyć

Na przyjemności (nie) trzeba zasłużyć

Najpierw obowiązki, potem przyjemności – to zasada, którą w codziennym funkcjonowaniu kieruje się większość z nas. Pisałam kiedyś, że dorosłość zaczyna się wtedy, kiedy sami z siebie zaczynamy rezygnować z deseru. Szeregowanie zadań tak, by obowiązki znalazły się na szczycie listy priorytetów, jest jej kolejnym, bardzo wymownym przejawem. Bo przecież w życiu nic nie przychodzi łatwo, na dobre rzeczy trzeba sobie zasłużyć, a nagroda przyznana przed wysiłkiem zabija motywację. Ręka pod budkę, komu takie przekonania są bliskie? Mnie – aż nazbyt.

Przyjemności przed obowiązkami – dlaczego to takie trudne?

Co by się stało, gdybyśmy odwrócili kolejność i zajęli się czymś przyjemnym przed przystąpieniem do pracy? Kiedy wyobrażam sobie taką sytuację w moim życiu, niemal fizycznie czuję, jak wielki ogarnąłby mnie wtedy niepokój. Myśl o czekających na mnie obowiązkach byłaby tak natrętna, że skutecznie zatrułaby mi cały wolny czas. Podejrzewam, że miałabym ogromne wyrzuty sumienia i martwiła się, czy na pewno zdążę w ciągu dnia wykonać wszystko, co sobie zaplanowałam.

Chwila relaksu wymaga u mnie warunków absolutnych: posprzątanego mieszkania, zamkniętej listy zadań, poczucia, że już nic tego dnia nie trzeba. Jest przyznawaną samej sobie nagrodą za ogarnięcie ciężkiego dnia, więc to logiczne, że przychodzi na samym końcu. Kiedy już uda mi się do niej dotoczyć, załatwię obowiązki, sprzątnę całe mieszkanie specjalnie po to, by móc się w nim należycie relaksować (w brudnym nie umiem), parząc sobie hebratę do relaksu zrobię jeszcze listę zakupów na następny dzień, a otwierając książkę przypomnę sobie, jak wiele rzeczy czeka na mnie jutro i umartwię się przez chwilkę, czy może mogłam część z nich zrobić jeszcze dziś… No, wtedy naprawdę jest relaks i wreszcie można odetchnąć. Zasłużyłam sobie na to.

Czy relaks „zasłużony“ faktycznie smakuje lepiej?

Wyniki badań przeprowadzonych przez Eda O’Briena i Ellen Roney z Uniwersytetu w Chicago sugerują jednak, że ta wizja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Badacze dowiedli, że w rzeczywistości nie ma żadnych różnic jeśli chodzi o natężenie pozytywnych doznań płynących z przyjemności – niezależnie od tego, czy będziemy doświadczać ich przed pracą, czy po niej. Tym, co te doznania odróżnia, są wyłącznie oczekiwania. Choć w rzeczywistości nic tych odczuć nie odróżnia, spodziewamy się, że przyjemność będzie mniejsza, jeśli doświadczymy jej przed wysiłkiem. Po więcej informacji na temat badania odsyłam do źródła w polskiej wersji: Dużo pracy to nie powód, by odkładać przyjemność na później (dr Aleksandra Cisłak, Biuletyn PTP).

Lektura podlinkowanego wyżej artykułu zrobiła na mnie duże wrażenie – po części dlatego, że koresponduje z worktime’owymi rozkminkami, których obecnie doświadczam. Wizja pozwalania samej sobie na przyjemności, kiedy czeka na mnie praca, wydała mi się totalną abstrakcją. Jak to, to tak można? Są ludzie, którzy w ogóle tak robią? Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej dochodzę jednak do wniosku, że relaks bez żadnych obowiązków na karku to taki organizacyjny Święty Graal. Każdy go szuka, ale nikt jeszcze nie znalazł. I nie znajdzie pewnie nigdy, bo przecież jakieś obowiązki będą zawsze. Jeśli nie w pracy, to w domu. Jeśli nie w domu, to na blogu. Jeśli nie na blogu, to w pracy. Zajmując się starymi sprawami mogę mieć pewność, że w międzyczasie pojawią się nowe.

Zaczynaj dzień od przyjemności

Gdybyśmy faktycznie pozwalali sobie odpocząć tylko po załatwieniu wszystkich zadań, to w gruncie rzeczy musielibyśmy zrezygnować z wakacyjnych wyjazdów, wieczornych wyjść, a w bardziej ekstremalnych przypadkach – z przerw kawowych i snu. Uporanie się ze wszystkim jest niemożliwe. A skoro tak jest i nad moim relaksem zawsze wisieć będzie jakieś widmo obowiązku, to po co czekać z nim do końca dnia? Wcale nie będę miała wtedy więcej przestrzeni, więc równie dobrze mogę od niego zacząć dzień. Od jakiegoś czasu staram się więc dbać o to, by czasami pozwalać sobie na przyjemność pomiędzy obowiązkami albo przed rozpoczęciem pracującej części dnia. Kilka razy odważyłam się na większy kaliber. Poszłam do kina w środę w porze lunchu i czułam się jak na wagarach; celowo zapisałam się na masaż stóp w samo południe; przełożyłam spotkanie, bo chciałam w tym czasie pójść na fitness.

Mam to szczęście, że mój nieetatowy styl pracy pozwala na takie działania. Myślę sobie jednak, że istota przyzwolenia na codzienną przyjemność leży gdzie indziej. To nie blokowanie sobie przez relaks całego dnia, tylko raczej – dbałość o zapewnienie sobie przyjemnych drobiazgów, których wprowadzenie nie skomplikuje nam tak strasznie życia. Dla mnie akceptacja przyjemności to przygotowanie sobie bez pośpiechu smacznego śniadania. To wyjście z domu 15 minut wcześniej i ekspresowy spacer przed umówionym spotkaniem. Albo założenie sukienki i zrobienie super makijażu, choć nie mam na ten dzień żadnych towarzyskich planów i mogłabym zostać w dresie i kapciach. Drobne gesty, które przypominają, że w życiu jest się z czego cieszyć.

Odpoczynek to konieczność, a nie nagroda!

Pozwalanie sobie na przyjemności przed pracą pomaga też zwalczyć przekonanie, że odpoczynek jest dla nas formą nagrody. A to przekaz, którego warto naprawdę pozbyć się jak najszybciej. Dlaczego? Ponieważ prowadzi do logicznego wniosku, że jeśli nie napracujemy się wystarczająco mocno, to nie mamy do przyjemności prawa. A stąd już krótka droga do stylu życia, którego nie sposób nazwać inaczej niż cierpiętnictwem: patrzenia na życie wyłącznie w kategoriach powinnościowych, łączenia każdej czynności z zewnętrznym lub wewnętrznym przymusem. Znacie ten styl? Ja przez lata poznałam go aż za dobrze, obserwując takie zachowania u wielu bliskich mi kobiet. Sama też mam do niego tendencję, dlatego w ramach terapii robię sobie czasem relaks przed odpoczynkiem i zjadam deser przed obiadem. Takie działanie to dla mojego wewnętrznego cierpiętnika najboleśniejszy prztyczek w nos.

Czy faktycznie umiesz być dla siebie dobra/dobry?

Na koniec jeszcze jedna kwestia. Uderzyło mnie ostatnio, jak powszechny jest opisywany przeze mnie problem. Jak wiele osób – przede wszystkim kobiet – przedkłada obowiązki nad przyjemności, dobro reszty domowników nad własne. Jak ciężko nam jest pozwalać sobie na niedoskonałości, słabości i gorsze dni. Spać do późna, obijać się, rozpieszczać samą siebie. Nawet pisząc o tym, doświadczam sprzecznych uczuć. Z jednej strony, wydaje mi się oczywiste, jak bardzo taka postawa jest potrzebna i z pewnością entuzjastycznie zachęcałabym do niej bliskie mi osoby. Z drugiej, kiedy myślę sobie samej – rozpieszczającej się, obijającej – nadal trudno mi to sobie wyobrazić.

Mam wrażenie, że wzorzec „moje przyjemności na końcu“ jest nam wpojony tak mocno, że nawet opowiadając o nim, myślimy przede wszystkim o innych, a dopiero na samym końcu o sobie. Zwróćcie uwagę na to, ile jest artykułów pisanych w formie zachęty dla drugiej osoby. Naucz się kochać siebie! Uwielbiaj siebie! Rozpieszczaj! Dużo trudniej przeczytać w tym kontekście: JA.

„Uwielbiam siebie. Rozpieszczam. Kocham.“

Kiedy mówi tak ktoś inny, to zdrowe i potrzebne psychice zachowanie –you go, girl! Ale kiedy robię to ja, moje zachowanie podszyte jest niepewnością i wstydem. Czy wydanie tych pieniędzy na siebie zamiast na schronisko dla zwierząt to nie egoizm? Czy faktycznie mam prawo woleć poczytać książkę w ciszy niż słuchać co wydarzyło się dziś u mojego męża w pracy? Czy to, że przyjemność sprawiają mi tak przyziemne rozrywki jak gotowanie i fitness to nie totalny obciach? Przykłady mogłabym jeszcze długo mnożyć. Łączy je duża surowość i przekonanie, że nawet najmniejszy gest dobroci wobec samego siebie to akt na wskroś egoistyczny. A przecież wcale tak nie jest.

Dlatego zamiast nawoływać „bądźcie dla siebie dobrzy i pokochajcie siebie“, zachęcam Was do małego kroczku w stronę przyjemności i przeczytania na głos tych słów. Jak to jest wyznawać samemu sobie miłość i szacunek tak otwarcie? Czy łatwo jest samemu sobie uwierzyć? 

Dla mnie te słowa przeczytane na głos brzmią obco i nie do końca prawdziwie, ale moja w tym głowa, by przepracować tę obcość. I by dowieść ich prawdziwości przez oswajanie drobnych, przyjemnych gestów, które wcale nie muszą być poprzedzane wysiłkiem. Trzymajcie za mnie kciuki 🙂

Jak to wygląda u Was? Pozwalacie sobie czasem na „niezasłużone“ przyjemności?

Fot. Brigitte Tohm / Unsplash