Moje sposoby na Święta w rytmie slow

Moje sposoby na Święta w rytmie slow

Czy to naiwne, że tekst o przygotowaniach do Świąt publikuję dopiero 19 grudnia? Na pewno wszyscy poza mną już wszystko dawno kupili, zapakowali, wypiekli i wysprzątali. Nikt nie wysiaduje w pracy nadgodzin, żeby „na Święta mieć spokój“. Nikomu nie kręci się w oku łezka rozpaczy na widok kolejki w sklepie albo na poczcie, w której niestety właśnie dzisiaj musi swoje odstać. Może tak jest. Cichy głosik z tyłu głowy podpowiada mi jednak, że ludzi, którzy tak jak ja szykują wszystko zawsze o 5 minut za późno, jest o wiele więcej. A może nawet – większość, jeśli oceniać to po długości sklepowych wężyków. Styrani, zgrzani, przepracowani, przytupujemy nóżkami, cmokamy wymownie na zbyt opieszałe ekspedientki, potrącamy torbami sklepowe towary i przepychamy się w drzwiach. Święta, ach – ten ciepły, magiczny czas!

Zawsze ciekawił mnie ten paradoks. Praktycznie od początku listopada żyjemy oczekiwaniem na tych kilka dni pod koniec grudnia, wyobrażając je sobie jako czas rodzinnej bliskości, odpoczynku i kontemplacji. Ale żeby tak było, w grudniu wrzucamy jeszcze wyższe obroty niż dotychczas: krótszy miesiąc, więcej pracy, a czas i pieniądze wymykają się spod jakiejkolwiek kontroli. Ostatnie dni „przed“ to już naprawdę hardcore: kolejki, korki, migracje do miejsca pochodzenia, wielkie porządki i szykowanie wystawnych potraw, z których połowa na koniec i tak wyląduje w koszu. I chociaż dostrzegam w świątecznych przygotowaniach swoisty urok, trudno mi się oprzeć wrażeniu, że czasem stają się ważniejsze niż sama celebracja. Bo kiedy Święta wreszcie przychodzą, jesteśmy z reguły tak zmęczeni przygotowaniami i towarzystwem bliskich, że najchętniej wygonilibyśmy ich z domu i przez resztę dnia nie wychodzili spod koca.

Jak sobie z tym poradzić? Jak przygotować się do Świąt z radością, bez pośpiechu i irytacji? Co zrobić, by spędzić ten czas dokładnie tak, jak mamy na to ochotę? Moja odpowiedź brzmi… nie wiem. Jeszcze mi się to nie udało. Nadal wystaję swoje w tych kolejkach poirytowana, spóźniona i smutna. Nadal udzielają mi się presja i stres, że wszystko musi być na tip-top. Spędzenie Świąt w dokładnie takim stylu i tempie jak chcemy, wymaga podręcznikowej asertywności i cierpliwości mistrza zen. Można jednak próbować i krok po kroku wypracowywać sobie w tym szaleństwie swoją własną ścieżkę – tak, by każde kolejne Święta dostrzegać pełniej i cieszyć się nimi bardziej niż w poprzednim roku. Nie podam Wam więc złotej recepty na to, jak nie ulegać świątecznej gorączce – mogę jednak podpowiedzieć, jakimi metodami ja staram się ją trochę zbić. Może znajdziemy jakieś punkty styczne? Oto moje sposoby na Święta w rytmie slow: 

Wykorzystuję stare dekoracje

To dla mnie trudne, bo naprawdę uwielbiam wszelkie wnętrzarskie gadżety, a na widok kompozycji bieli i złota, świątecznych reniferów, sówek w czapkach Mikołaja i okazałych wieńców mój mózg po prostu się wyłącza. Efekt łatwo sobie wyobrazić: rozrastające się kartony pełne zeszłorocznych ozdób, których rok po użyciu nawet nie wyjmuję z szafy. Dlatego w tym roku postanowiłam nie kupować nic nowego. I choć kuszą mnie świąteczne wieńce, zamiast nich zawieszę na drzwiach materiałowy obwarzanek, który pamięta początek lat 90., a na choince wylądują ozdoby pożyczone od mamy. W sumie to chyba nawet choinka będzie w te Święta ubiegłoroczna, bo kupione przez nas w zeszłym roku drzewko cały czas dobrze się trzyma.

Zamiast kupować, tworzę i recyclinguję prezenty

No dobrze, „tworzę“ to może pewne nadużycie, bo mój talent w dziedzinie prac manualnych jest zerowy. Na szczęście mam uzdolnionego pod tym względem narzeczonego, dla którego produkowanie cudów z kartonu i drewna nie jest wyzwaniem. W tym roku nasi bliscy otrzymają więc w większości prezenty handmade – unikatowe i dopasowane do ich potrzeb. Nie widzę też nic złego w przekazywaniu dalej tzw. „prezentów przechodnich“ albo kompletowaniu podarunków z własnych zapasów (dla sprostowania: oczywiście mam na myśli tylko takie rzeczy, których sami nie zaczęliśmy jeszcze używać). Ja często przekazuję dalej nieotwarte kosmetyki, które kupiłam w zakupowym szale, zupełnie „nie moje“ książki, słodycze albo alkohol.

Przy okazji – jeśli jeszcze nie skompletowaliście prezentów, zajrzyjcie do tych poradników, dzięki którym ominie Was histeryczny rajd po galeriach w poszukiwaniu czegokolwiek:

Robię tyle, ile faktycznie trzeba zrobić

Nie rozumiem szykowania kilku blach ciasta, kilogramów mięsiwa, gotowania barszczu jak dla pułku wojska. Nie trafia do mnie lodówka wypełniona potrawami, których do Wigilii nie wolno ruszyć, a po niej – nikt już nie może na nie patrzeć. Staram się gotować na bieżąco i zawsze obliczam odpowiednią dla wszystkich obecnych osób porcję. Potrawy, które przygotowujemy, bardzo rzadko zostają na następny dzień (a czasem by się chciało!). Podobnie podchodzę do porządków: całodzienne ganianie z odkurzaczem, ścierką i mopem, w stresie, że nie zdążymy przed przybyciem gości, to dla mnie mało pociągająca opcja. W końcu, spójrzmy na to pragmatycznie – jest zima, a zimą cały czas jest ciemno. Nawet jeśli nie wyczyścisz wszystkiego, goście i tak tego nie zobaczą 😉

Jestem tam, gdzie chcę być

Mam wrażenie, że dla mojego pokolenia Święta stały się jeszcze trudniejsze organizacyjnie niż kiedyś. Często mieszkamy i układamy sobie życie w zupełnie innym mieście, niż to, z którego pochodzimy. Jeszcze skąd inąd pochodzą nasi partnerzy. Świętowanie wiąże się więc albo z wyrzeczeniami, albo z rajdami po Polsce. U nas jest o tyle prościej, że przynajmniej moja rodzina mieszka na stałe w Warszawie, jednak moja mama pochodzi z Krakowa i przez wiele lat Wigilię spędzałyśmy właśnie tam. Mówi się, że Święta to czas rodzinnych zjednoczeń i pojednań – dla mnie długo były raczej czasem rozszczepienia i tęsknoty, bo czego bym nie zrobiła, zawsze był ktoś, za kim musiałam tęsknić. Dlatego odkąd mogę o tym decydować, robię wszystko, by spędzać te dni w takim miejscu i wśród takich ludzi, z którymi faktycznie chcę tego dnia być. Szkoda życia na Święta z obowiązku i przymusu.

Pielęgnuję i tworzę moje własne tradycje

Myślę, że urok Świąt polega w dużej mierze na rytuałach – powtarzalności pewnych działań i zachowań, którym poddajemy się tylko w tym okresie. Nadziewanie goździkami pomarańczy, rodzinny wypiek pierniczków, spacer po starym osiedlu itp., itd. Poza poddawaniem się tradycyjnym czynnościom, lubię też tworzyć swoje własne. Zaznaczę od razu, że nie muszą one być wcale jakieś szalenie uduchowione czy uroczyste. To mogą być przyziemne drobiazgi – świąteczne piwo z przyjaciółmi, robienie koślawych łańcuchów z krepiny, słuchanie geekowskich piosenek w świątecznej wersji (na fali ostatniej premiery kinowej polecam np. Christmas In The Stars!). Podtrzymywanie tych całkowicie moich rytuałów naprawdę przynosi mi szczęście. 

Dbam o swój komfort

Jako introwertyczka każdego dnia potrzebuję czasu spędzonego w ciszy, bez żadnych towarzyskich interakcji, hałasów, rozpraszaczy. W świątecznym szale zachowanie własnej przestrzeni jest szczególnie trudne. Kiedyś nie potrafiłam zadbać o tę potrzebę. Wydawało mi się, że skoro szybko robię się zmęczona, to najwyraźniej coś jest ze mną nie tak. Sprawy nie polepszały komentarze moich cioć o tym, jaka to jestem małomówna i cichutka. Zagłuszałam to, zaciskałam zęby i odbębniałam wszystkie kurtuazyjne rozmowy, wysiadywałam przy stole dopóty, dopóki wszyscy inni się nie zmęczą. Jak łatwo sobie wyobrazić, wigilijna kolacja długo kojarzyła mi się ze zmęczeniem, stresem i presją społeczną. Teraz staram się pilnować swojej przestrzeni i kiedy czuję się przytłoczona bodźcami, po prostu się separuję – wracam do domu, idę do innego pokoju, wychodzę na spacer. I uwierzcie mi, że nikt się na mnie za to nie obraża. To zdrowsze i dla mnie, i dla moich relacji.

Używam zmysłów

Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, to, w jakim nastroju spędzimy przygotowania do Świąt, zależy przede wszystkim od nas. To może być czas stresu, chaosu i nerwowej krzątaniny, albo chwila bliskości i prawdziwej uczty dla zmysłów. W Święta szczególnie mocno staram się ćwiczyć w sobie uważność – na kolory, grę świateł, wszystkie kuchenno-iglane aromaty. I na ludzi, którzy mają do opowiedzenia swoją historię. Mają też niezbywalne prawo do żywienia takich, a nie innych przekonań – jakkolwiek by mnie nie denerwowały. Wciąż często trudno mi wtedy zachować spokój, jestem niecierpliwa i bywa, że mam ogromną ochotę się z kimś pokłócić. Staram się jednak pamiętać, że świąteczna atmosfera zależy także ode mnie. Bo z kłótni o ogólniki nad świątecznym stołem niewiele wynika. A kiedy skupiam uwagę przede wszystkim na tym, co dobre, irytacja znika.

A jakie Wy macie sposoby na to, by w Święta zachować dobry humor i spokój? Przychodzi Wam to łatwo, czy tak jak w moim przypadku wymaga cierpliwości i ćwiczeń…?