Moje pierwsze udane podejście do diety, czyli 2 miesiące z Healthy Plan By Ann

Moje pierwsze udane podejście do diety, czyli 2 miesiące z Healthy Plan By Ann

Ja i dieta – to związek nieco mniej burzliwy niż ja i sport (» Nie zasługuję na ładny strój do ćwiczeń) z dosyć prostej przyczyny: na diecie nie byłam nigdy. No, prawie nigdy, jeśli za taką uznamy moją niemrawą, trwającą tydzień próbę stosowania diety bakaliowej znalezionej w gazecie i jednodniowe podejście do diety South Beach, motywowane nagłą niechęcią do siebie w lustrze (następnego dnia założyłam luźniejsze ciuchy i dietetyczny szał minął). Lubię jeść i nigdy nie wierzyłam w sukces oparty na odmawianiu sobie jakiegoś typu produktów i wyrzeczeniach – metoda na „zaciskanie zębów“ (dosłownie i w przenośni) może się sprawdzić, kiedy na ważną okazję trzeba wbić się w nieco zbyt obcisłą sukienkę, ale na pewno nie pomoże na stałe, a przecież właśnie o to z reguły nam chodzi. Zawsze byłam zdania, że zakazywanie czegoś – sobie albo innym – prowadzi do kompulsywnego, pełnego poczucia winy uzupełniania zapasów w chwili słabości. Lepiej zjeść od razu makaron, bułę i ciacho, skoro mam na nie taką ochotę.

Jak to się jednak często zdarza, moją motywacją do odżywiania się niezdrowo najczęściej wcale nie była ochota, tylko coś o wiele bardziej prozaicznego: brak czasu, brak pomysłów, nuda, przyzwyczajenie, a odkąd rzuciłam papierosy – „zajadanie“ sytuacji, w których do tej pory paliłam (widoczne zwłaszcza podczas spotkań z moimi palącymi przyjaciółmi, przy których wsysałam ciastka, piwo i czipsy jak odkurzacz). Nawet z moją sympatią do gotowania i kulinarnych eksperymentów trudno było mi się zmotywować do regularnego przygotowywania zdrowych potraw – co kilka dni testowałam jakiś wyhaczony w internecie apetyczny przepis, ale na tym się kończyło i pozostałe posiłki bazowały na tym, co znane: bułkach, serze i dużej ilości nadprogramowych słodyczy.

To właśnie to zniechęcenie i kulinarna nuda – bardziej niż sama chęć schudnięcia – przekonały mnie do wypróbowania programu Healthy Plan By Ann firmowanego przez Annę Lewandowską. Lubię Annę, odkąd powiedziała że „bez sześciopaku też można być szczęśliwym“ (tu źródło) i że dobre samopoczucie jest ważniejsze od idealnych obwodów. OK, nie to żebym wcześniej myślała inaczej, ale takie słowa padające z ust guru fitnessu – bądź co bądź karmiącego się potrzebą dążenia do ideału – wydają mi się naprawdę małym przełomem. Spodobała mi się wpisana w jej dietę filozofia zrównoważonego i zdrowego stylu życia, aplikacja wyglądała na wygodną, a przykładowe posiłki wyglądały na całkiem smaczne. Na początku sierpnia postanowiłam więc przetestować najtańszy, 30-dniowy pakiet i… spodobał mi się do tego stopnia, że już przedłużyłam go do końca roku. Dlaczego? Bo „dieta by Ann“ to tak naprawdę nie żadna dieta, tylko praktyczny kurs zdrowego stylu życia.

Ale nie uprzedzajmy faktów. O co tak właściwie chodzi?

Dieta HPBA opiera się na indywidualnie dopasowywanym bilansie kalorycznym (zależnym od tego, ile chce się schudnąć, jaki prowadzi się styl życia, czy uprawia się jakiś sport itd.). Przed wykupieniem programu można wypełnić dość prosty test, w którym udzielamy odpowiedzi na tego typu pytania (plus na inne, sprawdzające generalną biegłość w byciu fit), a program na ich podstawie wskazuje polecany poziom diety. Poziom 1 – Dobry start – wyklucza właściwie tylko przetworzoną żywność, sklepowe słodycze i pszenicę, poziom 2 dodaje do listy produktów zakazanych mleko krowie i gluten, poziom 3 eliminuje dodatkowo laktozę i strączki (w praktyce już na poziomie 1 wszystkie te produkty pojawiają się bardzo sporadycznie). Poza tym nie ma w programie Anny Lewandowskiej produktów „dozwolonych“ ani „zakazanych“ i tak naprawdę wcale nie musimy się zastanawiać, co wolno, a czego nie wolno nam jeść – program robi to za nas, przedstawiając pełne 5-daniowe menu na każdy dzień. Korzystanie z programu jest płatne (od 57 zł za miesiąc do 97 zł za 100 dni), ale przed podjęciem decyzji można – w zamian za zapisanie się na newsletter – przetestować panel przez 3 dni za darmo i dodatkowo zgarnąć całkiem przyzwoitego e-booka z kolejnymi 10 przepisami, na pewno więc nie płaci się w ciemno.

jedzenie11. Śniadanie: Jajka zapiekane z pomidorami i kozim serem 2. Przekąska: sałatka z rukolą, malinami, orzechami włoskimi i mozarellą. 

Co tak bardzo spodobało mi się w programie Healthy Plan By Ann?

Przede wszystkim, to jest naprawdę smaczne. Okazało się, że bycie na diecie wcale nie jest jakimś szalonym wyrzeczeniem, bo rzeczy, które codziennie sobie przyrządzam, są po prostu dużo smaczniejsze niż to, co do tej pory jadłam. Przepisy są bardzo dobrze skomponowane pod względem doboru przypraw, proporcji poszczególnych składników i czasów pieczenia / gotowania – widać, że ktoś to faktycznie przemyślał i przetestował. Na kilkaset przygotowanych do tej pory potraw, tylko kilka okazało się w jakiś sposób problematycznych i z reguły były to te, przy których sama coś pozmieniałam (np. robiłam je w wersji dla 4 osób zamiast dla samej siebie, używałam mrożonki zamiast świeżego produktu itp.).

Nie spełniła się też moja obawa, że przygotowywanie posiłków będzie zajmować mi pół dnia. Oczywiście, trzeba poświęcić trochę więcej czasu na gotowanie i regularne zakupy, zwłaszcza jeśli do tej pory jadało się głównie gotowce i produkty z kilkumiesięcznym terminem przydatności do spożycia. Mniejsze posiłki można jednak spokojnie przygotować w 10-15 minut, a obiad naprawdę rzadko zajmuje więcej niż pół godziny. Dodatkowo aplikacja informuje zawczasu o rzeczach, które powinniśmy zrobić z wyprzedzeniem – ugotuj od razu podwójną porcję czegoś, przygotuj dziś wieczorem coś na jutrzejszą przekąskę, itp.

Sprawa druga: bilans kaloryczny jest (przynajmniej w moim przypadku) naprawdę dobrze dopracowany, bo chudnę, ale nie mam wrażenia, że głoduję – kiedy zaczynam czuć głód, z reguły zbliża się pora przygotowania kolejnego dania. System bazuje na pięciu niewielkich posiłkach, co wymusza regularność i skutecznie eliminuje opcję „nie jem przez cały dzień, więc na kolację w ramach rekompensaty wsuwam dwa Big Maki“.

Najbardziej w diecie Healthy Plan By Ann spodobało mi się jednak to, że uczy zdrowych nawyków konsumpcyjnych również w tym szerszym sensie. We wszystkich dotychczasowych dietach najbardziej irytowała mnie konieczność kupowania ogromnych zapasów żywności, która potem się marnowała – każdy składnik wykorzystywałam tylko raz, a zapasy gniły w lodówce. W programie Anny Lewandowskiej nie ma tego problemu: produkty występujące w sklepach w większej objętości pojawiają się w menu w różnych konfiguracjach przez kilka dni z rzędu, co pozwala na zużycie całych zapasów bez marnowania resztek. Jeśli kupuję brokuły, to najpierw zjadam część jako obiadową „jarzynę“, następnego dnia szykuję sałatkę na ich bazie, a reszta trafia do zielonej zupy. Z dyni robiłam już i słodki mus (z bananem i korzennymi przyprawami, oh my!), risotto, zupę i sałatkę. Dieta uczy właśnie takiego myślenia i kombinowania – po pewnym czasie sama z siebie zaczęłam dodatkowo podmieniać niektóre składniki potraw, by zamiast coś kupować, wykorzystać zgromadzone zapasy. Program daje zresztą taką możliwość, proponując zrównoważone energetycznie odpowiedniki większości składników.

Ujął mnie również fakt, że proponowane przepisy korespondują z aktualną porą roku. Kiedy zaczynałam dietę w sierpniu, w moim jadłospisie niemal codziennie pojawiały się typowo letnie owoce: maliny, jagody, truskawki, przygotowywałam sobie koktajle, musy i lody domowej roboty. Teraz program proponuje mi dużo bardziej rozgrzewające, typowo jesienne potrawy – korzenne desery, zupy-kremy i kaszotto, a w menu dominują gruszki, śliwki, dynia i imbir.

W gruncie rzeczy nie jest to więc żadne odkrycie. Sezonowe potrawy, ekonomiczne gospodarowanie zapasami, jedzenie regularnie niewielkich posiłków… wszystkie te przykazania zdrowego odżywiania słyszymy od lat. Ja też potrafiłabym wyrecytować te zasady nawet obudzona w środku nocy, bo o zdrowym stylu życia przeczytałam w prasie i internecie tyle, że mogłabym na ten temat napisać doktorat (a przynajmniej spory referacik). Tyle tylko, że do tej pory ta świetna znajomość teorii nie powstrzymywała mnie przed popełnianiem w praktyce wszystkich możliwych dietetycznych błędów. Za to odkąd stosuję dietę HPBA, faktycznie przestrzegam zasad. Program wymusza konsekwencję, podtrzymuje nowe nawyki, a fakt, że jest zaplanowany na kilka tygodni do przodu, wzmacnia motywację. Myślę więc, że dieta Anny Lewandowskiej może najbardziej przysłużyć się takim leniuszkom-teoretykom jak ja, którzy zdobytej wiedzy nie potrafili do tej pory wcielić w życie. Tym, którzy sami z siebie już odżywiają się w ten sposób, pewnie aż tak nie pomoże, a wręcz może wydać się niewystarczająca.

Mam do diety HPBA tylko jedno poważne zastrzeżenie – nie da się z niej wyeliminować mięsa. Część przepisów (głównie sałatkowych) oferuje możliwość zamiany mięsa na ser albo strączki, ale w większości przepisów program pozwala co najwyżej wymienić wołowinę na kurczaka, a szynkę na polędwicę z indyka. Nie jestem bardzo ortodoksyjna, ale jednak mam z jedzeniem mięsa problem etyczny i przez ostatni rok praktycznie całkowicie wyeliminowałam je z mojej diety. Kompromis, jaki stosuję teraz – unikanie potraw wymagających użycia czerwonego mięsa i wymienianie składników na bezmięsny odpowiednik, ilekroć mam taką możliwość – nie zadowala mnie na dłuższą metę. Na szczęście, podobno powstaje wersja diety dla wegetarian – mam nadzieję, że ta zapowiedź to coś więcej niż marketing.

Na koniec, ponieważ tekst o diecie nie może się obyć bez wyników diety, miło mi poinformować, że w ciągu tych niecałych dwóch miesięcy schudłam prawie 4 kg i nieoczekiwanie zrobiłam się o 10 centymetrów węższa. A przydarzyły mi się w tym czasie i urodziny narzeczonego (tort), i wizyty u babci (trzydaniowy obiad), i tęgie rozkminy (wino i czekolada), i mecze (piwo, chipsy i papierosy w otoczeniu, więc asekuracyjnie jeszcze więcej piwa i chipsów). Dieta działa więc nawet na tych, którzy – tak jak ja – nie potrafią przestrzegać jej na sto procent. I jakoś tak nie wiadomo kiedy przestaje być dietą, a staje się stylem życia, który chcesz kontynuować jak najdłużej, a nie tylko do osiągnięcia upragnionego wyniku.

PS: Jeśli ciekawią Was przykładowe potrawy, te co bardziej fotogeniczne często wrzucam na mój Instagram z hashtagiem #dietahpba.

Jakby ktoś miał jakiekolwiek, tyciusieńkie nawet wątpliwości – to nie jest wpis sponsorowany. Ani Anna Lewandowska, ani jej zespół, ani nawet pomocnik pomocnika PR-owca nie mają pojęcia o istnieniu tego bloga, tym niemniej serdecznie ich pozdrawiam!

fot. główna Unsplash, reszta pochodzi z mojego Instagrama.