Mit geniuszu prokrastynacji

Mit geniuszu prokrastynacji

Mija północ. Otwieram drugą tego dnia paczkę papierosów, zalewam kolejną kawę i – potykając się po drodze o ciuchy z porządkowanej szafy, wypożyczone książki i nierozpakowane zakupy – brnę do biurka, żeby wreszcie zabrać się za pisanie pracy rocznej, którą muszę oddać za 12 godzin. Mam jakieś 22 lata i w ten sposób radzę sobie ze wszystkimi zaliczeniami na studiach. Następne dwie godziny spędzę jeszcze na pożeraniu czasu. Może pobiję swój rekord w Tetris (wyśrubowałam go na 1. roku, podczas nauki na pierwszy ważny egzamin, na który koniec końców zaspałam, ale jakoś dobiegłam i dostałam z niego piątkę). Może nagram na ten temat piosenkę i nawet przygotuję do niej okładkę singla (to 4. rok i wyjątkowo nielubiane językoznawstwo). Może stwierdzę, że jednak muszę się przespać i nastawię sobie budzik na czwartą (to nigdy nie był dobry pomysł, bo podczas nocy dedlajnowych byłam z reguły tak nabuzowana kofeiną i nikotyną, że nawet na chwilę nie mogłam zasnąć, a traciłam w ten sposób resztki koncentracji). Wreszcie przychodzi środek nocy. Jestem już naprawdę zmęczona, wykorzystałam wszystkie możliwe opcje zmarnowania czasu, jakie przyszły mi do głowy, na pracę zostało mi kilka godzin i wreszcie zaczynam pisać. Nagle wszystko znika. Moje spływające na kartkę myśli są tak płynne i przejrzyste, jakbym podłączyła mózg do komputera bezpośrednio przez Bluetooth. W ciągu godziny zapisuję więcej niż przez ostatni tydzień, doznaję interpretacyjnego objawienia, wplatam w tekst erudycyjne żarciki. Trzęsą mi się ręce, na ustach wstrętny posmak nikotyny jak po imprezie, ale trudno. Robi się ranek i już muszę wychodzić, więc zakończenie dopisuję po zdaniu, biegając między biurkiem a łazienką, ze szczoteczką do zębów i suszarką w dłoniach. Już jestem spóźniona, więc nawet nie czytam, tylko szybko drukuję i pędzę na uczelnię, robiąc makijaż w metrze. Wpadam na sam koniec dyżuru i ostatkiem sił oddaję pracę. Potem wracam do domu ledwo żywa, kręci mi się w głowie i nie mogę wstać z kanapy przez resztę dnia, ale kolejny raz się udało: wiem, że dostanę z pracy piątkę z wykrzyknikiem, że to co napisałam w nocy jest błyskotliwe i odkrywcze, i że sytuacja powtórzy się za rok – może tylko zacznę pisać trochę później, by móc wycisnąć z siebie jeszcze więcej.

Już tyle napisano o prokrastynacji. Jaki to frustrujący mechanizm, że to się nazywa samoutrudnianie i z czego wynika, a no że wynika z perfekcjonizmu i lęku przed porażką (pełna zgoda), bo sami stwarzamy sobie takie warunki, żeby nam się nie udało: jak się nie uda, to nie nasza wina, a jak się uda, to jesteśmy naprawdę mega – no bo hoho, każdy umie napisać dobrą pracę w miesiąc, ale żeby zrobić to samo w 5 godzin to już naprawdę trzeba być kozakiem, prawda? Nie chcę powtarzać tych opisów. Dziś chciałabym się rozprawić z tylko jednym mitem – mitem, w który wierzyłam przez całe studia naprawdę głęboko i dopiero niedawno odważyłam się zacząć jego dekonstrukcję. Ten mit brzmi: Prokrastynacja sprawia, że jestem mądrzejsza i bardziej twórcza. Rzeczy tworzone na ostatnią chwilę, w pośpiechu, wychodzą mi dużo lepiej niż te, do których się przygotowuję. Bo przecież moje pompowanie się nikotyną i czekanie z pracą do świtu nie wynika z masochizmu. Próbowałam pracować systematycznie, zaczynać o ludzkich porach i tak się w tym nie zatracać. Miałam jednak wrażenie, że te tworzone bez histerii prace są gorsze i mniej błyskotliwe, nie dawały mi takiej satysfakcji. Albo ostatniej nocy dochodziłam do wniosku, że cała wcześniejsza praca nie ma sensu, kasowałam wszystko i zaczynałam od zera.

Tak dla porównania, oto w jaki sposób pracuję nad tekstami teraz. Wstaję codziennie o tej samej porze, ogarniam się, robię sobie pełnowartościowe śniadanie jak z lifestyle’owej pocztówki (dzisiaj chleb z samych ziaren i pasta z awokado). Paczki papierosów nie otwieram, bo od pół roku nie palę. Parzę sobie zieloną herbatę, wyciszam telefon i siadam do pisania – codziennie o tej samej porze. Przez następne dwie godziny faktycznie piszę: nie sprzątam, nie ogarniam maili, nawet nie włączam przeglądarki. Czasem zdarza mi się moment zagapienia w pustą kartkę albo zdanie, które wydaje mi się wyjątkowo koślawe (na przykład właśnie to zdanie 🙂 ), ale wtedy po prostu je sobie zaznaczam i jadę dalej. Zresztą im dłużej to robię, tym rzadziej mam takie momenty. Mijają dwie godziny, z satysfakcją stawiam ostatnią kropkę, robię sobie równie pełnowartościowe drugie śniadanie i ruszam do kolejnych zadań z poczuciem, że to najtrudniejsze mam już na dzisiaj z głowy. Trochę się przez te parę lat pozmieniało.

Czy czuję się mniej twórcza niż kiedyś? Wręcz przeciwnie. Kiedy sobie o tym myślę, dochodzę do wniosku, że prokrastynacja polega na stawianiu własnej kreatywności zapory. Zgódźmy się na taką trochę tandetną, ale obrazową metaforę kreatywności jako rzeki, a prokrastynacji jako tamy. Zablokowane tamą pomysły buzują sobie, przybierają, jest ich coraz więcej, ale nie mają ujścia i tylko kotłują się po jednej stronie. Kiedy tama w końcu puści, rzeka rusza naprzód gwałtowną, chaotyczną i niczym nieposkromioną falą. Przykuwa do biurka i każe pisać, pisać, pisać, bez przerwy na jedzenie czy sen, żeby przypadkiem któreś z ważnych myśli nie powylewały się na boki. Czuję wtedy, że rządzi mną jakaś nieposkromiona, twórcza siła, nie do końca tożsama ze mną. Wiele w tym z romantyzmu i popularnego mitu o natchnieniu i twórczym geniuszu.

W tej drugiej, dzisiejszej wersji, twórczość jest rzeką, której bieg poddano regulacji. Sunie sobie dziarsko wyrównanym korytem (tak to się chyba nazywa?), pływają po niej wycieczkowce, a naokoło wyrastają estetyczne bulwary. Moja kreatywność jest teraz taką właśnie sympatyczną rzeczką z miłego, klasycystycznego miasteczka. Płynie sobie spokojnie i nie wymaga poświęcania uwagi, może się wydawać nudna, czasem trudno ją zauważyć. Ale jest zawsze dostępna. I mogę z niej czerpać tak często i tak wiele, jak tylko mam na to ochotę. Mogę ją budzić w dowolnych godzinach i dawać jej do twórczego wykorzystania dowolny temat. To ja mam nad nią kontrolę.

Teraz trudno mi zrozumieć, jak mogłam funkcjonować w takim prokrastynacyjnym trybie, ale dobrze pamiętam tamte czasy. I przecież nie tylko ja – mój narzeczony, moi przyjaciele, wszyscy byliśmy z siebie wtedy tacy dumni, a ten moment, kiedy fala w końcu ruszała, wynagradzał cały wcześniejszy ból. Jak dobrze było wreszcie poczuć się geniuszem kreatywności! Teraz dociera do mnie, że popełniałam w tym myśleniu jeden, podstawowy błąd. Prokrastynacja wcale nie stymuluje kreatywności – ona ją prawem kontrastu po prostu uwiadacznia. Zasób twórczości się nie zmienia, modyfikujemy jedynie jej formę ekspresji. To tak, jakby – pozostając przy tych wodnych metaforach – podtapiać samego siebie, by po wynurzeniu poczuć, jak cudownie jest oddychać. Oddychanie na co dzień jest w końcu dużo mniej spektakularne, prawda? Można więc tak robić i testować samego siebie w sytuacjach granicznych – i tak, wtedy niewątpliwie się okaże, że mamy tych umiejętności na tyle dużo, by wygrzebać się z dupy, w którą sami się wpędziliśmy. Fantastycznie. Tylko po co? Ja wolę pielęgnować na co dzień moje skromne, rzeczne korytko. Nie muszę już torturować samej siebie, by tę twórczość wydobyć, bo wiem, że zawsze jest blisko.

Dużo ostatnio sobie dłubię w tym temacie i myślę o przyczynach prokrastynacji, więc temat pewnie niebawem wróci. Póki co z satysfakcją zamykam ten (napisany w 50 minut, bez bólu, bez Facebooka, bez przerw na papierosa) tekst i biorę się za szykowanie pełnowartościowego drugiego śniadania. Prokrastynacjo, fuck you very much.

fot. Fredrick Kearney Jr. / Unsplash