Mam 30 lat! Podsumowanie roku i życzenia dla samej siebie

Mam 30 lat! Podsumowanie roku i życzenia dla samej siebie

Dziś obchodzę urodziny! Okrągłe, trzydzieste. Wbrew poważnej minie na zdjęciu, zbliżający się moment przekroczenia tej bariery wieku nigdy szczególnie mnie nie smucił. Zawsze chciałam być dorosła i w pełni w tej dorosłości osadzona. Dlatego przyjmuję ten dzień z dużym spokojem i nie zamierzam od tej pory zaczynać ukrywać wieku ani szczególnie nad nim rozpaczać.

Urodziny są też dla mnie zawsze pretekstem do podsumowania i autorefleksji. Wiem, że są ludzie, którzy nie przywiązują do tej okazji specjalnej wagi, ale dla mnie dzień urodzin był zawsze czasem wartym uwagi i bardzo symbolicznym. Lubię przyglądać się kolejnym latom swojego życia, szukać spoiw w charakteryzujących je wydarzeniach. Lubię też wyznaczać sobie intencję na kolejny rok życia. Takie życzenia dla samej siebie, które staram się potem spełnić.

Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jakie motto towarzyszyło mi w minionym już roku życia. To był dla mnie trudny, intensywny emocjonalnie czas. Mam wrażenie, że przez cały rok » dorastałam do słów, które zadedykowałam rok temu samej sobie. Zobaczyłam, jak bardzo destrukcyjnie wpływają na mnie niektóre moje przekonania i może – mam nadzieję! – zaczęłam się uczyć, jak dawać im mniej przestrzeni w moim obecnym życiu. To, czego w 2018 roku doświadczyłam, zdeterminowało też moją myśl przewodnią na „trzydziestkę“. Na rok, a kto wie, czy nie na całą kolejną dekadę… Ale nie uprzedzajmy faktów. Poczęstujcie się kawałkiem wirtualnego tortu i zapraszam Was do lektury krótkiej historii z mojego życia, której głównym bohaterem jest pewien wewnętrzny głosik – typ znany wielu, choć bardzo niesympatyczny 😉

Wstać rano i odpieprzyć się od siebie

Rok temu zadedykowałam samej sobie cytat, który dzięki swojej bezpośredniej prostocie jest jednym z moich absolutnych ulubieńców.

Co jest jeszcze ważne? Wstać rano, zrobić przedziałek i odpieprzyć się od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, muszę tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i nie narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i o swoje własne uczucia.
– Wiktor Osiatyński

Bo widzicie, jeśli chodzi o podbijanie poprzeczki i nieustanne narzucanie sobie nowych planów, od zawsze jestem w tym prawdziwą ekspertką. Istną Królową „Muszę“. Pisałam o tym zresztą » w pierwszym tekście, który opublikowałam na blogu. Dzieliłam się z Wami historią wieloletniego zajeżdżania samej siebie i nadzieją, że dzięki pisaniu bloga (a przede wszystkim dzięki psychoterapii i uważności) wreszcie odnajdę wewnętrzny spokój.

To nie było proste. Zwłaszcza po dwudziestu paru latach podnoszenia poprzeczki na zasadzie sky is the limit i dążenia do perfekcji we wszystkich możliwych obszarach. Po latach bycia dzieckiem, które przynosząc „tylko piątkę“ z klasówki jest traktowane trochę tak, jakby zrobiło coś poniżej możliwości. A potem studentką, której już nawet dostawanie samych piątek nie wystarcza. I która chwaląc się rodzinie, że chce zostać na uczelni i zrobić doktorat z literaturoznawstwa, słyszy niby wspierające, ale jednak dokręcające perfekcjonistyczną śrubkę słowa: Doktorat? No chyba co najmniej!

Jak wiemy, koniec końców doktoratu nie zrobiłam. Moja przygoda ze studiami polonistycznymi III stopnia zakończyła się po pół roku, z mocnym przekonaniem że i tak straciłam tych kilka miesięcy. Zamiast tego przygnieciona własną presją doskonałości trafiłam do psychiatry i dopiero wtedy dotarło do mnie, jak dużą krzywdę wyrządzałam samej sobie takim perfekcjonistycznym myśleniem. Od tamtej pory zaczęłam uczyć samą siebie, że odpuszczanie nie jest niczym złym. I zamiast dążyć do perfekcyjnie, starać się pozwalać sobie na „tylko“ wystarczająco dobrze.

Mój bardzo niezadowolony, wewnętrzny krytyk

Niestety, w przeciwieństwie do przekazu z motywacyjnych haseł, zmienić samego siebie wcale nie jest łatwo. Nawet ucząc się takiej postawy, robiąc dla siebie coraz więcej dobrych rzeczy, nawet przekazując tę wiedzę dalej, wciąż nie umiałam pozbyć się z głowy tego złośliwego, perfekcjonistycznego głosu. Niby ćwiczyłam jogę dla samej siebie, ale jednak nieustannie porównując się z sąsiadami z maty obok. Czytając, myślałam raczej o swojej powinności związanej z wykształceniem niż o tym, jak dużą sprawia mi to przyjemność.

Świadomie zmieniłam branżę i zdecydowałam się rozwijać w kierunku, w którym naprawdę trudno o rywalizację. W psychoterapii nie sposób prowadzić porównania – pracujemy sobą, a każde spotkanie konkretnego terapeuty z konkretnym pacjentem jest czymś unikalnym. A jednak, nie mogłam oprzeć się tej pokusie. Wciąż chciałam najwięcej, najtrafniej, najlepiej. I kiedy tylko u kogoś ze znajomych studentów zaobserwowałam jakąś trafną interwencję, czułam przymus, by wszystkie te obce elementy stylu pracy zaszczepić i w moim warsztacie. Bycie „tylko sobą“ mi nie wystarczało.

Dopiero w tym roku coś się zmieniło. I nie, nie napiszę teraz: hurra, zrobiłam tę jedną prostą rzecz i mój wewnętrzny, wredny i nigdy nieusatysfakcjonowany perfekcjonista wreszcie zniknął! Wręcz przeciwnie. W tym roku pogodziłam się z myślą, że nigdy nie pozbędę się go tak do końca. Że jest we mnie część, która byłaby niezadowolona, nawet gdybym poleciała na Księżyc i dostała Nobla. I że tak długo jak żyję, ta część nigdy nie zniknie.

Ale zrozumiałam też drugą rzecz. Otóż: mogę postarać się nie słuchać tego wiecznie niezadowolonego nawijania. Bo jeśli go nie posłucham, nic strasznego się nie stanie. Dotarło do mnie wreszcie, że ta nigdy nieusatysfakcjonowana część mnie naprawdę rzadko ma rację.

Najtrudniejsza lekcja, jaką dał mi 2018 rok

Właśnie tego nauczył mnie 2018 rok. To był czas, kiedy działałam na pełnych obrotach. Stawiałam przed sobą ambitne zadania, a potem realizowałam je z większą niż spodziewana łatwością. Ostatni cel z mojej listy na ten rok odhaczyłam w sierpniu. Potem przyszła jesień, zaliczony semestr zerowy w Laboratorium Psychoedukacji, rozpoczęcie regularnej pracy wsparciowej w Fundacji Nagle Sami. Byłam w euforii i w rozkwicie. Czułam się jak kwiatek, który po kilku miesiącach wegetowania w nieodpowiednich warunkach wreszcie dostaje odpowiedni pokarm i wypuszcza dziesięć nowych liści na raz 😉 Dowiedziałam się o sobie, że uczenie się nowych rzeczy i ten moment, kiedy z niewyobrażalnie trudnych stają się mi bliskie i przystępne, bardzo mnie karmi i daje mi w życiu chyba największą satysfakcję.

Ale, ale. Ta historia nie byłaby pełna bez kontrastowego głosu mojego wewnętrznego krytyka. Krytyka, którego nie zadowala realizowanie planów przed czasem. Dla którego terminy takie jak „radość“ czy „satysfakcja“ nie mają większego znaczenia. Przybiera wtedy postać srogiej nauczycielki, która w rozwiązaniu zadania wcześniej, niż zrobiła to reszta klasy, nie widzi powodu do pochwały, tylko podejrzewa przekręt. I mówi: skoro taka jesteś mądra i tak ci się pospieszyło, to bierz się za następne! Właśnie tak pod koniec roku działał mój wewnętrzny głos. Bez cienia satysfakcji z dotychczasowych osiągnięć zachęcał mnie do wykonywania kolejnych zadań. Krzyczał do mnie:

Szybko szybko, teraz, zaraz, nie wolno nam marnować czasu!

I jak to często bywa, w chwili kiedy moje życie na najbliższe miesiące było już sztywno podopinane i równiutko ułożone, stało się coś, co zupełnie zmieniło jego bieg. W listopadzie dowiedziałam się o chorobie mojej mamy. Chorobie, która rozwijała się od lat, tylko wszyscy szukali jej w niewłaściwym miejscu. W ciągu dwóch tygodni z rzeczywistości, która jest poukładana i stabilna, w której mama jest zdrowa i aktywna, tylko coś tam ją pobolewa, przenieśliśmy się do innego świata. Co powitało nas w tym nowym świecie? Bardzo złośliwy nowotwór. Operacja na ostatnią chwilę, która dosłownie uratowała mamie życie. Perspektywa wielomiesięcznej terapii przy bardzo ostrożnych prognozach. I mój ogromny lęk przed rakiem, który – o ironio losu – dopiero w tym roku udało mi się wreszcie trochę zracjonalizować i uciszyć (pisałam o tym w tekście » Healthism: czy o zdrowie można troszczyć się za mocno).

Uczę się akceptować niepewność

W grudniu pogodziłam się z myślą, że muszę odsunąć wszystkie swoje plany. Opłakałam je i kategorycznie powiedziałam sobie: teraz nie czas. Nie powiem, poczułam dużą ulgę. Na nic więcej nie miałam siły. Pierwszy raz od wielu miesięcy pozwoliłam sobie po prostu istnieć. Jedyny wysiłek wkładać w odnajdywanie się w sytuacji, która tak nagle nas dotyka.

Ale w styczniu sytuacja zaczęła pomału wracać do normy. Do nowej normy – w której nadal codziennie towarzyszą mi niepewność i lęk. Ale moja mama funkcjonuje zaskakująco dobrze i ja też z każdym dniem wracam do normalności, mam coraz więcej sił. Mój wewnętrzny perfekcjonista krzyczał, że jeśli nie wezmę się do roboty i realizowania kolejnych zadań teraz, zaraz!, to zawali się świat. Ale wiecie co? Przez te dwa miesiące nic im się nie stało. Zaczekały. I mogę teraz pomału do nich wracać, a mogę pozwolić im czekać jeszcze przez kilka miesięcy czy nawet lat. Dzięki tej kryzysowej sytuacji wreszcie dotarło do mnie coś, czemu mój wewnętrzny głosik od lat zaprzeczał. Że to plany istnieją dla mnie, a nie ja żyję dla nich.

Nie mogę przewidzieć, jak będą wyglądały najbliższe miesiące. Jak będzie postępować leczenie, ile będę miała czasu i siły na dodatkowe aktywności. W moich planach – zawodowych i przede wszystkim osobistych – też jest dużo znaków zapytania i niepewności. Nawet nie podejmuję się wyobrażania sobie, jak ułoży się ten nadchodzący rok.

Czego samej sobie życzę na 30. urodziny?

I tak sobie myślę. Może 30 lat to dobry moment na pogodzenie się z tym, że nie sposób zaplanować wszystko. Ja już za długo żyłam w planach, zamiast w pełni w chwili obecnej. I gdybym miała wskazać najważniejszą rzecz, której nauczyła mnie ta pierwsza pełna dekada dorosłego życia, powiedziałabym: najfajniejsze rzeczy pojawiły się w moim życiu zupełnym przypadkiem. Mój związek. Praca, dzięki której rozwinęłam skrzydła. Wartościowe relacje. Spontaniczna decyzja o zapisaniu się na studia z psychologii. W żadnej z tych sytuacji nie kalkulowałam, nie próbowałam przewidzieć przyszłości. Po prostu przyjmowałam to, co się zdarzyło, mając w sobie przestrzeń na zmiany i sporo elastyczności.

Dlatego jako motto na ten rok życia – a myślę, że w jakimś stopniu i na całą trzydziestkową dekadę – wybieram sobie słowa Josepha Campbella. Brzmią one tak:

Musimy zrezygnować z planów na życie, by przeżyć to, co naprawdę nas czeka.

Nie wiem, czy potrafię z nich całkiem zrezygnować. Myślę, że przede wszystkim tego nie chcę. Chcę jednak w tym roku pamiętać, że żaden plan nie jest przymusem – a jedynie opcją. I mieć w sobie przestrzeń, by wszystko co mnie w tym roku spotka, przyjąć z otwartością. Tego właśnie sobie życzę 🙂

Oto moja trzydziestkowa refleksja 😉 Jeśli macie ochotę, podzielcie się myślami, które Wam towarzyszyły przy okazji ostatnich „okrągłych“ urodzin. A może wcale nie przywiązujecie wagi do cyferek w metryce? Dajcie znać!