Moje małe sukcesy ekologiczne

Moje małe sukcesy ekologiczne

Od kilku lat obserwuję walkę, którą moja zaangażowana w ekologię część osobowości toczy z wytrwałym, wewnętrznym leniem. Prawa zwierząt, minimalizowanie konsumpcji i oszczędne gospodarowanie surowcami są dla mnie naprawdę ważne. Ale nie jestem święta. Mimo dobrych chęci, miewam problemy z wprowadzaniem własnych postulatów w życie. Coraz częściej zamiast metra wybieram samochód. Przed chwilą wyrzuciłam połówkę melona, którego zapomniałam po zakupie schować do lodówki i się zepsuł. Choć staram się tego pilnować, to czasem zostawiam włączony telewizor, mimo że go nie oglądam. Tego typu grzeszki, które w zależności od humoru czasem wydają mi się raczej bezbolesne, a czasem – absolutnie przytłaczające.

A ponieważ listopad sprzyja pracy nad sobą w domowym zaciszu, postanowiłam wziąć te moje związane z szeroko pojętą ekologią nawyki na tapetę. Chcę to jednak zrobić trochę inaczej niż zwykle. Moją naturalną, perfekcjonistyczną reakcją jest niezadowolenie. Jak wiele popełniam błędów! Jak bardzo niekonsekwentna bywam! Ile rzeczy wciąż robię bezmyślnie itp. Tym razem chcę spojrzeć na temat od drugiej strony i zamiast narzekać – docenić to, co już mam. Zauważyć te drobne sukcesy, zaopiekować się nimi i troskliwie rozwijać dalej.

Dlatego dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o moich czterech, dobrych dla środowiska zwyczajach, z których czuję się dumna. Zdaję sobie sprawę, że dla osób faktycznie zaangażowanych w minimalizm / ekologię / zero waste są to pewnie osiągnięcia absolutnie podstawowe. Ale zawsze lepiej zrobić coś małego niż nie robić zupełnie nic, prawda? Wierzę, że droga przebywana drobnymi kroczkami nie jest wcale mniej wartościowa, niż ta pokonywana za pomocą wielgachnych susów.

Co więc udało mi się ostatnio zmienić na lepsze?  

1. Zrezygnowałam z kupowania nowych ubrań

Moją walkę o zminimalizowanie odzieżowych zakupów opisywałam na blogu już kilkukrotnie. Kiedyś kupowanie ubrań i kosmetyków było dla mnie typowym mechanizmem kompensacyjnym. Poprawiałam sobie w ten sposób humor, dodawałam pewności siebie, pozbywałam się ciążącej w portfelu nadwyżki pieniędzy (bo kto by tam myślał o oszczędzaniu). Nietrudno się domyślić, czym skutkowało takie zachowanie: zapasami nie do przerobienia, wielkim bałaganem i wyrzutami sumienia.

Minimalizm i bardziej etyczne podejście do mody to dla mnie ważne tematy. Z drugiej strony, nie chcę całkowicie rezygnować z buszowania po sklepach. Potrafię nic sobie nie kupić przez 1-2 miesiące, ale to mój górny limit. Wiem, że takie zakupy to najbardziej konsumpcyjna rozrywka, jaka może być. Ale sprawia mi przyjemność, a z tym nie mam zamiaru walczyć.

Zobacz także:

» Jak kupować mniej?

» Planer garderoby: jesienne zakupy pod kontrolą

» JEDNA MAŁA RZECZ: #7 Zrób sobie zakupowy detoks

Do wprowadzenia obecnego rozwiązania zainspirował mnie noworoczny cel Asi Glogazy. Asia postanowiła przez rok nie kupować żadnych nowych ubrań, ewentualne braki uzupełniając w second handach albo szyjąc u krawca. Podobną zasadę postanowiłam wprowadzić u siebie. Nie traktuję jej bardzo sztywno i jeśli zdarzy mi się zawędrować do sieciówki, to (nomen omen 🙂 )nie rozdzieram szat. Staram się jednak traktować zakupy czysto użytkowo, a potrzebę „kupienia sobie czegoś ładnego“ zaspokajać w ulubionym second handzie albo na Vinted.pl. Dostęp do fajnych ubrań za grosze naprawdę uczy dystansu do szybkiej, sieciówkowej mody. Na chwilę obecną nie muszę się już nawet specjalnie powstrzymywać – po prostu nic w ofercie tych sklepów już mnie nie kusi.

W lumpeksie – zupełnie tak, jak w „zwykłym“ sklepie – staram się nie ulegać presji niskiej ceny i wybierać tylko rzeczy w dobrym stanie, w moim stylu i rozmiarze. Miałam etap przynoszenia do domu worów ubrań tylko dlatego, że szkoda było mi je zostawić. W mojej szafie wisiało swego czasu z 10 sukienek idealnych na studniówkę, każda w innym kolorze i rozmiarze. Szkoda tylko, że moja studniówka była 10 lat temu… Na szczęście oduczyłam się tego i obecnie kupuję rzeczy, które faktycznie noszę. Poza tym pocieszam się, że nawet jeśli od czasu do czasu zdarzy mi się nieprzemyślany zakup, który koniec końców wyląduje w worku do oddania – to i tak przybył do mnie z drugiej ręki, a po mnie trafi do kolejnej. Strata dla środowiska jest więc niewielka.

2. Staram się produkować mniej plastikowych śmieci

Wciąż jestem na początku drogi. Mam wrażenie, że produkujemy tony śmieci, a podejmowane przez nas działania to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ale tak jak napisałam we wstępie – myślę, że lepiej robić coś, niż zupełnie nic.

Pierwszą drobną zmianą w tej dziedzinie jest zrezygnowanie z kupowania butelkowanej wody. Już od kilku lat zamiast sklepowej mineralnej pijemy filtrowaną kranówkę i jesteśmy z tego rozwiązania bardzo zadowoleni. Ostatnio staram się pójść o krok dalej i wychodząc z domu, zawsze zabierać ze sobą napełniony bidon. A najlepiej kilka! Jeśli tego nie zrobię, na bank wrócę do domu z wypitą w 2-3 plastikową butelką, która potem przeleży kilka dni w zapomnieniu na dnie torebki.

Ograniczam też przynoszone do domu foliówki. Chodzę na zakupy z własną materiałową torbą (mam taką super, że trzeba jak najczęściej pokazywać ją światu 😉 ), a owoce i warzywa wrzucam bez torebek bezpośrednio do koszyka. Te foliówki, które już do mnie trafiły, zawsze wykorzystuję jeszcze przynajmniej raz – brudne na śmieci, czyste np. do zabezpieczenia wysyłanych przeze mnie paczek przed wilgocią. Mam wrażenie, że to dosyć powszechna praktyka. I całe szczęście!

Teraz dojrzewam do tego, by wykonać kolejny krok. Chciałabym jak najmniej produktów kupować w gotowych paczkach, a zamiast nich – wybierać produkty na wagę i pakować je bezpośrednio do własnych opakowań. Wydaje mi się to łatwe do wykonania w przypadku słodyczy, bakalii czy mięsa, a dużo trudniejsze chociażby w przypadku produktów sypkich – ale wiem, że się da. Zmiany chciałabym wprowadzić w oparciu o książkę Zero Waste Katarzyny Wągrowskiej otrzymaną podczas ostatniej wymiany. Póki co wciąż czeka w kolejce do przeczytania, ale jej moment nadejdzie lada dzień 😉

3. Planuję posiłki i zakupy spożywcze

Do niedawna robiła to za mnie aplikacja Anny Lewandowskiej, którą opisywałam w tym tekście. Jadłospisy z Healthy Plan By Ann ostatnio trochę mi się jednak znudziły i od kilku tygodni planuję swoje posiłki sama. Korzystam przy tym z kilku ulubionych książek kulinarnych, które linkuję poniżej. Przepisy znalezione w internecie wrzucam z kolei do mojej przepisowej bazy na Trello. Jest publiczna, więc zajrzyjcie do niej, jeśli macie ochotę – póki co wygląda skromnie, ale myślę, że z każdym kolejnym tygodniem będzie się rozrastać. Przepisy dobieram pod kątem tego, co aktualnie mam w lodówce. Staram się, by w każdym tygodniu znalazły się i jakiś ciekawy, kulinarny eksperyment, i coś prostego i sprawdzonego na dzień leniuszka. W oparciu o te plany tworzę potem tygodniową listę zakupów. Jej nadrzędnym celem jest ograniczenie kupowania zbędnych produktów i przejedzenie jak największej ilości zapasów, bo wyrzucanie jedzenia dosłownie doprowadza mnie do płaczu.

Planowanie wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej. Czasem o czymś zapomnę, często mi się nie chce i zamiast gotować wędruję do pobliskiego garmażeryjnego (błogosławione Zaścianki!). Zauważyłam jednak wyraźną poprawę, odkąd stosuję się do wskazówek opisanych w jednym z ostatnich tekstów Kasi Mistacoglu (Worqshop). Po jego lekturze wprowadziłam zmianę i przestałam planować menu na weekendy. Sobota i niedziela to taki margines spontanu – dobry na eksperyment, zamówienie czegoś pysznego albo prozaiczne dojedzenie resztek. Świetnym pomysłem jest też stworzenie listy produktów bazowych, które zawsze warto mieć w lodówce albo spiżarce. W ten sposób dużo łatwiej mi o nich pamiętać.

Książki z przepisami, które polecam:

» Dominika Wójciak – Warzywo. Idealna, kiedy masz w lodówce kilka kilogramów dyni albo buraka, i zastanawiasz się, na jak wiele sposobów można je przyrządzić, by wciąż móc na nie patrzeć 🙂

» Anna Lewandowska – Zdrowe gotowanie by Ann. Kilka powtórek z bloga i z aplikacji dietetycznej, ale to moja baza prostych i sprawdzonych pomysłów na coś lekkostrawnego i szybkiego.

» Marek Zaremba – Leczenie dietą. Kiedyś już wspominałam, że do tez zawartych w części teoretycznej mam sporo dystansu, a wplatane przez autora wątki religijne bardzo działają mi na nerwy. Same przepisy są jednak proste, lekkostrawne, świetnie sfotografowane i bardzo smaczne.

4. Wspieram fundacje, nie śledząc udostępnianych przez nie treści

Ten punkt może wydawać się trochę dziwny, ale już wyjaśniam. Od dziecka wyrastałam w przekonaniu, że wspieranie organizacji charytatywnych – w szczególności tych zajmujących się losem zwierząt i środowiska naturalnego – jest bardzo istotne. Odkąd tylko dysponuję własnymi środkami, staram się co miesiąc przekazywać na te cele jakiś mniejszy albo większy datek. Ale dla własnego zdrowia psychicznego uczę się oddzielać dwie sprawy: zaangażowanie i troskę o los zwierząt od umartwiania się nimi. Bo to wcale nie są kwestie jednoznaczne – choć długo myślałam, że właśnie tak jest.

Śledzę na Facebooku i w newsletterach kilka prozwierzęcych – przede wszystkim kocich – fundacji. Treści, które udostępniają, łamią mi serce. Każdego dnia widzę ogłoszenia o zwierzętach porzucanych, zaniedbanych, ciężko chorych i celowo okaleczanych. Na każdą historię o wyzdrowieniu albo udanej adopcji przypada kilka takich, których nie zakończy happy end. Rozumiem, w jakim celu fundacje publikują te dramatyczne apele i drastyczne zdjęcia. Są tak poruszające, że skłaniają do natychmiastowego działania. Często ja też, wstrząśnięta szczególnie smutną historią, od razu loguję się do banku z myślą o konkretnym kocie. Ale już tak nie chcę.

Koniec końców, zebrane środki i tak trafiają do ogólnej, fundacyjnej puli. Trudno mi sobie wyobrazić, by jakieś zwierzę dostawało mniej leków tylko dlatego, że nie było w stanie na siebie zarobić. I choć gorąco wierzę, że każde stworzenie zasługuje na kochający dom, nie adoptuję ich wszystkich. Dlatego staram się regularnie wspierać moje ulubione organizacje comiesięcznym datkiem. Wspominam o nich, ilekroć ktoś zastanawia się nad przygarnięciem do domu zwierzęcia. Sama też, powiększając naszą kocią rodzinę, na pewno udam się do którejś z nich. Ale od kilku miesięcy systematycznie ukrywam udostępniane przez nie treści. Nie chcę już patrzeć na te smutne oczy, słuchać historii porzuceń i krzywd. Moje łzy – w przeciwieństwie do pieniędzy – nie poprawią ich bytu. 

Co jeszcze mogę zrobić? Moje plany na przyszłość:

Myślę jeszcze o dwóch obszarach, nad którymi w najbliższym czasie chciałabym popracować.

• Coraz więcej wegańskiej kuchni

Zawsze byłam „wege friendly“, ale na trwałą rezygnację z mięsa brakuje mi konsekwencji. Długo się tym martwiłam i czułam się straszną hipokrytką. Jednak coraz częściej myślę, że jak wiele rzeczy w życiu, taki wybór też nie jest zerojedynkowy. Jeżeli na tym etapie nie umiem całkowicie wykluczyć mięsa z diety, to przecież nie oznacza z automatu, że non stop jadę na szynkach i kotletach. Po prostu, kiedy mam na to nastrój i ochotę, wybieram potrawy roślinne. Lubię testować nowe przepisy i chodzić do wegańskich knajp. I mam do tego prawo, nawet jeśli czasem skuszę się na hamburgera albo boczek.

• Wielkie domowe porządki

W ostatnim #tuiteraz wspominałam o nadchodzącym remoncie, który traktuję jako świetną okazję do przegrzebania uzbieranych przedmiotów. Chciałabym pozbyć się ich jak najwięcej, a przy tym – jak najmniej wyrzucić. I tu pojawia się moje pytanie do Was: komu Wy przekazujecie swoje niepotrzebne rzeczy? Te bardziej wartościowe pewnie sprzedam, ale na fotografowanie, opisywanie i wysyłanie drobiazgów trochę szkoda mi energii. Będę więc bardzo wdzięczna za informacje, jakie są Wasze sprawdzone sposoby 🙂

Oto moje drobne, ale dobre zmiany. Bardzo jestem ciekawa Waszych drobnych osiągnięć! Podzielcie się ich listą w komentarzu – najwyższa pora zauważyć je i docenić 🙂
  • Uśmiałam się jak norka, czytając o „sukienkach na studniówkę”. Co do pozbywania się rzeczy przy remoncie: znasz facebookową grupę „Uwaga, śmieciarka jedzie – Warszawa”? Oczywiście są też grupy także innych miast. Tam można wrzucić szybką, byle jaką fotkę, ktoś przyjedzie i zabierze od Ciebie niepotrzebne rzeczy. Też potrzeba trochę czasu (umawianie się, czekanie na odbiorcę), ale do tej pory wszystkie rzeczy, których się pozbyłam przez „Śmieciarkę” sprawiły mi… wielką radość. Bo akurat trafiły mi się osoby, które się autentycznie cieszyły z tego, co dostały, a ja cieszyłam się razem z nimi, że przedmioty z moich szaf i półek będą miały nowe życie. 🙂

    • O kurczę, „Śmieciarka” brzmi super! Choć boję się przeciwstawnego efektu i adopcji mniej więcej takiej ilości rzeczy, jaką oddam 😉

  • Pingback: #Tu i teraz: listopad 2017 - Calm Station()

  • „Ale od kilku miesięcy systematycznie ukrywam udostępniane przez nie
    treści. Nie chcę już patrzeć na te smutne oczy, słuchać historii
    porzuceń i krzywd. Moje łzy – w przeciwieństwie do pieniędzy – nie
    poprawią ich bytu.” – coś takiego już dawno chodzi mi po głowie i czuję się, jakbyś wyjęła mi te myśli z mózgu i przelała na papier. Takie zdjęcia ogromnie mnie ruszają i potrafię o nich myśleć przez kilka dni, a jednocześnie czy to realnie komuś pomaga? Nie!
    Ogólnie bardzo podoba mi się Twój wpis i czuję, że nasze podejście do bycia „eko” jest bardzo podobne. 🙂 Gratuluję sukcesów, to dopiero początek drogi!
    A mój mały sukces to między innymi wykorzystywanie naturalnych środków do sprzątania (może nie w całości, ale sporo rzeczy da się wyczyścić octem, sodą i sokiem z cytryny). Poza tym zawsze oddaję swój procent podatku na WWF i podpisuję wszystkie petycje, jakie tylko znajdę. Może mało ale zawsze coś. 🙂

    • Świetny pomysł z tymi naturalnymi środkami czystości. Mi też od jakiegoś czasu chodzi to po głowie, tym bardziej że na większość tych tradycyjnych reaguję uczuleniami i natychmiastową migreną. No i pamiętam Twój tekst o wykorzystywaniu resztek kuchennych – jestem pełna podziwu, bo u mnie wciąż bywa z tym różnie 🙂

      • Dziękuję, też nie zawsze jest z tym u mnie tak kolorowo ale się staram bo również nie znoszę wyrzucać jedzenia… Do „naturalnego” sprzątania zainspirowała mnie Niebałaganka, ma mnóstwo świetnych patentów. 🙂