Lekcja spokoju dla początkujących. Joanna Nogaj – „ODstresOWNIK“

Lekcja spokoju dla początkujących. Joanna Nogaj – „ODstresOWNIK“

Podczas ostatnich szarych i mżących dni (a właściwie rozciągniętych na kilka godzin świtozmierzchów) wracałam często do książki, od której zaczęłam ten rok i która w konsekwencji doprowadziła do tak wielu zmian w moim życiu. Nie jest to wcale książka wymagająca intelektualnego przygotowania, kultowa czy trudno dostępna – w sumie trudno nazwać ją nawet książką sensu stricto. To raczej piękny album, w którym obraz i typografia odgrywają równie ważną rolę, co przedstawione standardowym drukiem treści. W gruncie rzeczy każda wielka zmiana zaczyna się od drobiazgu. Sytuacji, w której cała zbierana od wielu miesięcy frustracja wreszcie uchodzi z głośnym „pssst!“ i nagle, w ciągu kilku sekund, podejmujesz decyzję, że nie chcesz tak dłużej żyć. Dla mnie takim „pssst“ było kupno Odstresownika.

Dobrze pamiętam tamten moment. Styczniowa niedziela, ostatni egzamin w sesji zimowej, na który pojechałam przygotowana bardzo pobieżnie, przeziębiona, wkurzona i wykończona. Studiując zaocznie (zwłaszcza, jeśli to drugi kierunek), łatwo wpaść w taki kilkutygodniowy martwy ciąg bez żadnego dnia przerwy. W tygodniu praca, w weekend szkoła, wolne kurczy się do kilku niedzielnych godzin, podczas których jesteś tak zestresowany ilością nieogarniętych jeszcze rzeczy, że w sumie bardziej myślisz już o poniedziałku. Egzaminacyjny poranek na uczelni i tak był zresztą wtedy najprzyjemniejszą częścią dnia, bo później czekały mnie jeszcze spotkanie z klientami, na których w tygodniu nie było czasu, a na koniec wyprawa do weterynarza z moim już wtedy ciężko chorym kotem, któremu przez kilka zimowych tygodni próbowaliśmy na wszystkie możliwe sposoby przedłużyć życie.

Żeby się jakoś pocieszyć, dotarłam na uczelnię trochę wcześniej i kupiłam sobie w kawiarni kubek dobrej, zimowej herbaty na wynos. Niestety nie docisnęłam pokrywki i w ciągu paru kroków połowa tego lepkiego wrzątku znalazła się na moich rękach. Zupełnie już roztrzęsiona, skuliłam się gdzieś w kawiarni, siąpiąc zakatarzonym nosem, chuchając na poparzone ręce, trzęsąc się z nerwów i myśląc, jak cholernie mam tego wszystkiego dość… I wtedy kątem oka zauważyłam na regale niebieską plamę, okładkę przedstawiającą taflę spokojnej wody i hasło Odstresownik: mała księga spokoju. Wow, może jednak w życiu nie ma przypadków?

2

3

Kupiłam książkę i kiedy później kartkowałam ją w tramwaju, miałam niesamowity moment uważności (choć wtedy nie wiedziałam jeszcze, że na tym właśnie uważność polega). Bardzo wyraźnie i fizycznie czułam, w jaki sposób opuszcza mnie stres. Przede wszystkim rozluźniające się policzki (w nerwach zaciskam bardzo mocno szczęki). Cichnący szum w głowie, płuca, w których zrobiło się odrobinę więcej przestrzeni i wreszcie mogłam trochę głębiej odetchnąć. Kartka za kartką, przeglądałam Odstresownik i przypominałam sobie, że wow, istnieje w życiu coś takiego jak przyjemność! Gdzieś po tym świecie chodzą ludzie, którzy dają sobie trochę czasu i psychicznej przestrzeni na to, by pójść na spacer albo spokojnie wypić herbatę! I że przecież… ja też mogłabym funkcjonować w taki sposób. To było takie właśnie „pssst“, od którego wszystko się zaczęło.

Siłą Odstresownika jest bowiem właśnie ta umiejętność przypominania, że życie naprawdę potrafi być przyjemne. Książka została podzielona na kilka kategorii tematycznych: Ja, Relacje, Dom, Jedzenie, Praca, Sport, Sztuka, Natura, Podróże. Każdy z tych działów pozwala przypomnieć sobie, do jak wielu dobrych rzeczy mamy darmowy i nieograniczony dostęp w codziennym życiu. Czasem zachęca do wykonywania prostych, psychologicznych ćwiczeń. Na innych stronach przedstawia w krótkiej i przystępnej formie podstawe założenia dotyczące praktyki medytacji i stosowanej w codziennym życiu uważności. Jeszcze inne kartki mają po prostu formę krótkich, zachęcających haseł: ugotuj dobry obiad, przytul się do bliskiej osoby, delektuj się herbatą.

W Odstresowniku znajdziemy też dużo lżejszych, lifestyle’owych wskazówek i instrukcji, dotyczących np. dekorowania domu, planowania wakacji czy zdrowej kuchni. Przy tym wydany jest tak pięknie, że już samo pobieżne oglądanie potrafi uspokoić napięte nerwy. Przez kilka pierwszych tygodni miałam go zawsze pod ręką, a kartkowanie i przeglądanie losowych stron było moją kojącą formą wzrokowej medytacji.

4

5

Oczywiście, chronicznego stresu i smutku żadna książka nie wyleczy. Również Odstresownik nie zmienił mojego życia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dzięki niemu przypomniałam sobie po prostu o tym, że istnieje wiele przyjemnych aspektów życia, których od wielu miesięcy odmawiam sobie na własne życzenie. Docieranie do umiejętności czerpania z nich przyjemności i dawania sobie na nią prawa to już efekt prawie roku ciężkiej pracy podczas psychoterapii – moje prywatne działania, które początkowo podejmowałam na własną rękę w oparciu wyłącznie o książki, nie dawały specjalnych efektów. Mimo wszystko, jestem Odstresownikowi niezmiernie wdzięczna. Za to, że po wielu miesiącach funkcjonowania w trybie robota pomógł mi przypomnieć sobie o tym, że życie jest w gruncie rzeczy spoko.

Odstresownik był też dla mnie wspaniałym wstępem do mindfulness. Na jego kartach po raz pierwszy zetknęłam się z ćwiczeniami medytacyjnymi i sztuką uważności w codziennym życiu, co zachęciło mnie do dalszych poszukiwań w tej dziedzinie. Wreszcie, pomógł mi stworzyć na nowo swoje codzienne, małe przyjemności. Przypomniał mi, jak ważne są dla mnie spotkania z bliskimi osobami, i że warto o nie walczyć mimo braku czasu. Nauczył mnie uważnego picia kawy i herbaty – dzięki opisanemu w książce ćwiczeniu dziesięciominutowa przerwa na niespieszne wypicie kubka przy oknie stała się moim codziennym rytuałem, który pielęgnuję do dzisiaj. Zachęcił mnie też do tego, by pierwszy raz od jakichś 15 lat zbudować w salonie namiot z koca. Kiepski ze mnie architekt, więc moja pokraczna konstrukcja wytrzymała raptem 10 minut, ale i tak było warto! 🙂

Wiem, że Odstresownik nie jest jedyną książką tego typu dostępną na rynku. W ciągu tego roku pojawiło się kilka kolejnych pozycji, łączących teorię mindfulness z piękną oprawą graficzną i prostymi ćwiczeniami. Mnie żadna następna nie zachwyciła w takim stopniu, ale podejrzewam, że różnice są niewielkie. Jeśli więc macie ochotę poszukać spokoju z tego typu wsparciem, wybierzcie po prostu tę, która najbardziej do Was trafia. A potem wreszcie usiądźcie na chwilę, odpocznijcie i pozwólcie sobie przypomnieć, jak wiele przyjemności i radości życia kryje się gdzieś na trasie waszej codziennej gonitwy. Wystarczy tylko je zauważyć i dać im szansę zaistnieć – takie mikroodkrycia mają wielką moc.

Korzystacie z tego typu uważnościowych „pomocy naukowych“? A może macie swój własny sposób na dostrzeganie małych cudów i celebrację codzienności?

mala-ksiega-spokoju-odstresownik-b-iext35324903

Joanna Nogaj
Mała księga spokoju. ODstresOWNIK
do kupienia TUTAJ

Wszystkie fotografie użyte w tekście są mojego autorstwa.