JEDNA MAŁA RZECZ | #7 Zrób sobie zakupowy detoks

JEDNA MAŁA RZECZ | #7 Zrób sobie zakupowy detoks

Jest taki cytat z filmu Fight Club, który szczególnie lubię. The things you own end up owning you – mówi Tyler Durden, a ja odczytuję te słowa jako manifest minimalizmu*. I coraz częściej przywołuję je ostatnio z pamięci. W minionych miesiącach moja zakupowa samokontrola osłabła i wokół mnie niespodziewanie narosło bardzo dużo rzeczy. Rzeczy, których niekoniecznie potrzebowałam, które nie w pełni doceniałam, dla których nie miałam czasu, by odpowiednio się nimi nacieszyć. Zamiast sprawiać mi radość, budziły wyrzuty sumienia i zabierały cenną przestrzeń. Jednocześnie moją głowę i zakupową listę wypełniały wciąż nowe potrzeby, wciąż wydawało mi się, że muszę mieć więcej i więcej. Znacie ten stan? Łatwo w niego wpaść, nawet jeśli na co dzień cechuje nas odpowiedzialne podejście do zakupów. Kiedy konsumpcyjna spirala raz się rozkręci, trudno się z niej wydostać i na powrót przekonać samego siebie, że kupuję, bo chcę, a nie dlatego, że muszę.

Dzisiaj w ramach projektu Jedna Mała Rzecz chciałabym opowiedzieć Wam więc o tym, co robię, ilekroć poczuję się przytłoczona przez otaczające mnie przedmioty. To ćwiczenie ma na celu przede wszystkim ograniczenie niepotrzebnych zakupów – można je potraktować jako praktyczne zastosowanie porad, które wymieniałam w tekście Jak kupować mniej. Korzyści z jego wprowadzenia nie ograniczają się jednak wyłącznie do tej dziedziny życia. Dzisiejsze zadanie nie tylko pomaga zminimalizować zakupy, lecz także uczy cierpliwości, rozwija samokontrolę i samoświadomość. A przede wszystkim, pozwala nam oszczędzić to, co dla współczesnego człowieka najcenniejsze: pieniądze i czas.

Jak kupować mniej?

ZOBACZ MÓJ PORADNIK: Jak kupować mniej? 

Jeśli więc czujesz się przytłoczony/a przez nadmiar przedmiotów, zbyt agresywne kampanie reklamowe, wszechobecne wyprzedaże… Zachęcam: zrób sobie zakupowy detoks. Zaplanuj sobie, że na jakiś czas całkowicie lub częściowo zrezygnujesz z zakupów. Polecam to ćwiczenie, nawet jeśli nie musisz oszczędzać, a minimalizm nigdy specjalnie cię nie pociągał. Nie musisz tego robić na zawsze. Ma prawo Ci się nie podobać. Dla własnej satysfakcji warto jednak sprawdzić, jak to jest – nie chcieć więcej niż to, co już masz.

Jak przygotować swój zakupowy detoks?

1. Zdecyduj, z czego dokładnie zrezygnujesz 

Czy Twój detoks będzie obejmował tylko jedną kategorię produktów, w której czujesz największy przesyt – np. ubrania, kosmetyki, książki? Czy też decydujesz się na bardziej ogólną formę, postanawiając kupować tylko to, co koniecznie? I kolejny krok: co faktycznie jest konieczne? Chleb, kawa, produkty na obiad – jasne. Ale co z trzecią w tym miesiącu nową herbatą, którą wrzucasz do koszyka tylko dlatego, że jeszcze jej nie znasz? Co z nowymi butami na fitness, kiedy wreszcie postanawiasz zacząć ćwiczyć? Zachcianka – bo przecież na początek możesz to robić w trampkach – czy jednak potrzeba? Warto już na wstępie odpowiedzieć sobie na takie pytania, by uniknąć dokonywania decyzji podczas sprintu do kasy.

Uwaga: Nie zastępuj jednej kategorii drugą

Z doświadczenia wiem, że jeśli zdecydujecie się na detoks tylko w obrębie jednej kategorii, może to się skończyć… przyrostem zakupowym w innej. Kiedy postanawiałam nie kupować nowych ubrań, robiłam zdecydowanie zbyt obfite zapasy kosmetyków. Kiedy postanawiałam nie kupować kosmetyków, wprawdzie dumnie omijałam wszystkie napotkane po drodze Rossmanny, ale wracałam do domu z wypchaną torbą z Empiku. Krótko mówiąc – warto się pilnować, by jednego uzależnienia nie zastąpić innym.

Dylemat: Potrzeba czy zachcianka?

Duży problem sprawia mi też ocena, co faktycznie jest mi potrzebne, a co tylko się takim wydaje. To kwestia trudna tym bardziej, że ocena „potrzebne/niepotrzebne“ jest szalenie subiektywna i dla każdego ta granica może przebiegać w innym punkcie. Przykład z ostatnich dni: na liście „do kupienia“, którą stworzyłam pod koniec czerwca, znalazły się dwie rzeczy: biały t-shirt i japonki. Japonki – bo moje poprzednie klapki były w kiepskiej formie i bałam się, że lada dzień się rozlecą (co zresztą się stało, notabene na samym środku hotelowej stołówki 😉 ). Biały t-shirt – bo mało mam letnich, bazowych bluzek w jasnych kolorach, a wyobraziłam go sobie w pięknym zestawieniu z moją rozkloszowaną, letnią spódniczką.

Japonki zaklasyfikowałam jako potrzebne i nie liczyłam ich w ramach detoksu – wyjście spod prysznica i konieczność pakowania się od razu w „zwyczajne“ kapcie albo wycierania stóp do sucha to dla mnie jeden z bardziej bolesnych, codziennych dramatów. Za to marzenie o białym t-shircie potraktowałam jako typową, konsumpcyjną zachciankę – zbyt dużo zdjęć tego typu zestawień obejrzanych swego czasu w ELLE, a spódnicę noszę po prostu z tym, co już mam w szafie.

2. Określ datę końca

Nawet jeśli planujemy wprowadzić jakiś nawyk albo zrezygnować z czegoś na stałe, na początku zawsze warto wyznaczyć sobie jakiś – niezbyt długi! – okres próbny. Pisałam o tym sporo w tekście o rzucaniu palenia, ale ta sama zasada sprawdza się podczas odzwyczajania od kompulsywnych zakupów. Dlaczego? Bo każde uzależnienie – czy to od nikotyny, czy od czekolady, czy od kupowania – bazuje na tym samym mechanizmie natychmiastowej gratyfikacji**. Kojarzy się z przyjemnością łatwą, błyskawicznie dostępną i przede wszystkim – taką, która nam się należy. Powiedzenie samemu sobie: „nu, nu, koniec z tym, już nigdy nic sobie impulsywnie nie kupisz“ raczej nie zachęca do działania. Nie ma co się samemu straszyć takim kategorycznym stawianiem sprawy.

Dużo lepiej sprawdza się wyznaczenie samemu sobie przestrzeni do testów, w którą możemy wejść z ciekawością. „Postanawiam sobie, że przez najbliższe dwa tygodnie nie kupię żadnej nowej rzeczy – ciekawe, jak to zniosę?“. A gwarantuję Wam, że po wytrzymaniu tego okresu trudnego decyzja o wprowadzeniu danego nawyku na stałe będzie o wiele prostsza i przyjemniejsza, niż na samym początku.

3. Zaplanuj „cheaty”

Istotnym elementem wielu diet jest tak zwany cheat meal – najczęściej słodki/wysokotłuszczowy posiłek, na który aktualnie mamy ochotę. Pozwolenie sobie na takie odstępstwo od diety odciąża psychikę przede wszystkim poprzez „demitologizację“ upragnionego hamburgera czy batonika. Wiadomo – kiedy nie możemy sobie na coś pozwolić, w głowie staje się to najsmaczniejszym posiłkiem świata. Konfrontacja tych idealnych wyobrażeń z rzeczywistością najczęściej prowadzi do wniosku, że wymarzona potrawa wcale nie jest aż tak smaczna i utwierdza w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję, ograniczając jej wcześniejsze spożycie 🙂

Ta sama technika dobrze sprawdza się także podczas ograniczania zakupów. Od czasu do czasu warto pozwolić sobie na odstępstwo od zakupowego detoksu i zrealizować jakąś zachciankę. Ważne jednak, by tak jak w przypadku diety, narzucić sobie sztywne reguły i nie pozwalać sobie na odstępstwa od nich. Warto dokładnie określić czas dzielący jeden cheat od drugiego (np. jeden miesiąc) i kryterium, na podstawie którego dokonujemy wyboru. To może być limit kwotowy (np. „w ciągu miesiąca mogę wydać maksymalnie X zł na zachcianki“), albo ilościowy („w ciągu miesiąca kupię sobie jeden nowy przedmiot, niezależnie od jego wartości“).

4. Na początku zawsze jest trudno

Robiłam sobie takie konsumpcyjne detoksy już kilkakrotnie i za każdym razem uderzało mnie, jak duża zmiana zachodziła w moim postrzeganiu zakupów w ciągu kilku pierwszych dni. Na początku było mi naprawdę smutno i czułam, że robię samej sobie krzywdę. Wydawało mi się, że pozbawiam się swojej ostatniej przyjemności, jedynej nagrody za moją ciężką pracę. Że mnóstwo okazji przechodzi mi koło nosa – w sklepach takie fantastyczne obniżki cen, a ja akurat teraz nie mogę nic kupić! Planowałam, że jak już dotrwam do mojego zakupowego cheat day, który planowałam najczęściej na koniec miesiąca, kupię sobie chyba ze 20 rzeczy.

Po kilku dniach za każdym razem okazywało się jednak, że wcale mi tych zmarnowanych okazji nie szkoda, a rzeczy, o których w pierwszej chwili tak bardzo marzyłam, wcale nie wydawały mi się już tak atrakcyjne. W wolnej chwili z przyzwyczajenia nadal odpalałam sklep online, w którym potrafiłam buszować godzinami – teraz nużył mnie po upływie 5-10 minut. Kiedy wreszcie nadchodził upragniony „shoppingowy dzień“, miałam problem z wyborem tego, co chciałabym kupić. I to wcale nie dlatego, że było tego tak dużo, tylko dlatego, że nic nie wpadło mi w oko. Jak każdy nawyk, potrzeba kompulsywnego kupowania też jest najsilniejsza na samym początku „odwyku“, ale z każdym kolejnym dniem się wycisza. Na początku zawsze jest trudno, ale jeśli wytrzymacie tych kilka pierwszych dni – podejmowanie decyzji o niekupowaniu stanie się o wiele prostsze.

Jak wygląda mój detoks?

Mój detoks trwa od początku maja. Moim planem minimum było wytrzymanie do końca czerwca. Nie kupując ponad potrzeby czuję się jednak na tyle fajnie, że postanowiłam przedłużyć go o kolejny miesiąc (a potem – jeśli dalej będzie dobrze – o jeszcze kolejny, itd.). Motywacją do jego rozpoczęcia był fakt, że w kwietniu stanowczo zbyt dużo czasu i pieniędzy poświęcałam na zakupy, a jednocześnie odbieranie kolejnych zamówień nie sprawiało mi żadnej radości. Detoks obejmuje tak naprawdę wszystkie kategorie produktów, w których najczęściej robię nadmiarowe zakupy. Przede wszystkim powstrzymuję się od kupowania ubrań, zapasowych kosmetyków, książek i akcesoriów do domu, ale pilnuję się też w kwestii jedzenia i picia (spiżarka pełna oliw smakowych, dziesiątki napoczętych herbatek i produkty wszystkich kuchni świata leżakujące w szafce aż do zepsucia – dokładnie tak kiedyś wyglądała moja kuchnia).

Na bieżąco kupuję rzeczy, które się zużywają – świeże jedzenie, kosmetyki pielęgnacyjne, środki czystości. Pilnuję jednak, by zakupy robić dopiero wtedy, kiedy zapas się skończył albo prawie się kończy. Mój cheat to możliwość kupna raz w miesiącu jednej – i tylko jednej! – rzeczy, która może być z dowolnej kategorii i w dowolnej cenie. W czerwcu kupiłam sobie w jego ramach typową zachciankę, czyli zestaw pięciu róży i bronzerów Benefit… I dawno żaden zakup nie sprawił mi tak czystej, niepodtrutej wyrzutami sumienia radości.

Co dał mi zakupowy detoks:

  • • Kupowanie przestało być dla mnie wartością samą w sobie.

    Nie myślę o zakupach w wolnych chwilach, nie spędzam wolnego czasu w sklepach stacjonarnych ani online, nie zajmuję się planowaniem, co mogłabym sobie kupić. Zaglądam do sklepów tylko wtedy, kiedy faktycznie czegoś potrzebuję. Przy czym staram się nie tworzyć tego „potrzebuję“ na siłę. Kiedy wybieram się na zakupy jako osoba towarzysząca (co z okazji ślubu zdarzało mi się ostatnio dosyć często), jestem w stanie skoncentrować całą uwagę na doradzaniu drugiej osobie. Nie rozpraszam się już rozglądaniem za czymś, co mogłabym sobie „przy okazji“ kupić.

    • Odkrywam na nowo to, co już mam.

    Ograniczenie zakupów i obcowanie wyłącznie ze „starymi“ przedmiotami naprawdę wyzwala kreatywność. W przypadku ubrań pozwala na odkrywanie nowych, niestandardowych połączeń i tworzenie nowych stylizacji ze starych elementów. W przypadku kosmetyków często okazuje się, że jeden produkt można wykorzystać na kilka różnych sposobów. Olejek, który przez kilka miesięcy kurzył się na półce, służy mi teraz jako balsam, oliwka do masażu, płyn do kąpieli i odżywka do włosów. Jeśli chodzi o działania kuchenne, detoks nauczył mnie lepszego wykorzystywania resztek i kilku niestandardowych zastosowań akcesoriów, pod względem kreatywności dorównujących tym znanym z ChPD 😉

    • Zyskuję przestrzeń.

    Słowo detoks kojarzy się z oczyszczaniem organizmu z toksyn. To porównanie wydaje mi się bardzo trafne także w zakupowym kontekście. Sam fakt, że w naszym domu nie przybywa nowych rzeczy pomaga w ogarnianiu tych, które już w nim są. Łatwiej zobaczyć, ile już mamy i co z tego chcemy zatrzymać.

    • Uczę się nagradzać samą siebie w inny sposób.

    Jak pisałam w pierwszym tekście poświęconym kupowaniu, zakupy przez wiele lat były dla mnie przede wszystkim nagrodą za dobrze wykonaną robotę. Każdy zdany egzamin, trudna rozmowa czy zawodowa premia wymagały odpowiedniego uczczenia w najbliższym centrum handlowym. Odkąd wprowadziłam detoks, pomału wyciszam ten nawyk. Moją pierwszą myślą po wykonaniu każdego pracochłonnego zadania wciąż bywa „no dobra, co sobie w nagrodę kupię?“, ale coraz łatwiej przychodzi mi zastępowanie tej potrzeby czymś niematerialnym: relaksującą kąpielą, powolnym spacerem, odcinkiem serialu, pysznym obiadem przygotowanym dla samej siebie.

A Wy, robicie sobie czasem taki zakupowy detoks? Jakie metody stosujecie, kiedy czujecie, że kupujecie za dużo?

_________________________

* I nie tylko ja. Zobacz: Fight Club’s Tyler Durden Is a Minimalist.
** Więcej o minimalizmie i natychmiastowej gratyfikacji w bardzo dobrym tekście na blogu Katarzyny Kędzierskiej (Simplicite.pl), który ostatnio ponownie odkrywam.

Jedna Mała Rzecz to projekt, który zachęca do działań drobnych, ale konsekwentnych. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że to właśnie w nich kryje się ogromna siła. Będę Was zachęcać do mini-wyzwań, mikroeksperymentów, do przekraczania swojej strefy komfortu, ale tylko o jeden, malutki kroczek. Nic spektakularnego. Bez oklasków i euforii na końcu. A jednak – czasem już ta śmieszna, drobna rzecz wystarcza, by poczuć się dobrze i osiągnąć swój cel. 

  • Megly

    Zakupowy detoks jest niezwykle potrzebny. Sama taki zrobiłam już dawno i nigdy nie powróciłam do kupowania w takich ilościach, jak kiedyś.
    Pozdrowionka serdeczne 🙂

    • Fajnie, że detoks tak u Ciebie zadziałał. Ja też zauważyłam, że nawet po zakończeniu swoich poprzednich detoksów miałam mniejszą ochotę na zakupy. Warto jednak raz na jakiś czas je powtarzać, bo z czasem samokontrola (przynajmniej u mnie 😉 ) ponownie słabnie 🙂

  • Jedyny detoks jaki jest mi na tę chwilę potrzebny to detoks książkowy. Ostatnio kupuję ich zdecydowanie za dużo. Nie nadążam czytać, a już kupuję coś nowego. I w ten sposób stosy książek się mnożą, a jak i tak nie jestem w stanie przyśpieszyć z ich czytaniem. Muszę się ograniczyć w tej kwestii i przeczytać najpierw to co mam, a dopiero potem uzupełniać dalej biblioteczkę. 🙂

    • Ja też mam problem z zakupami książkowymi. Długo wydawało mi się, że im więcej książek, tym lepiej, że pojemność biblioteczki jakoś świadczy o moim statusie intelektualnym… Poza tym kurczę, naprawdę lubię mieć dużo książek! Uwielbiam je kartkować, wąchać, przestawiać na półkach. Z drugiej strony, mam poczucie, że wiele książek się u mnie marnuje – kupuję je, odstawiam na półkę w odpowiednim miejscu i nigdy więcej nie zaglądam. Dlatego ostatnio też ograniczam książkowe zakupy do minimum i robię dokładnie tak, jak napisałaś – decyduję się na dalsze zakupy dopiero wtedy, kiedy przeczytam wszystko, co kupiłam wcześniej 🙂

  • Właśnie planuję ograniczenie zakupów, bo ostatnio uzupełniałam garderobę i wpadłam trochę w tok myślenia „a, to jeszcze kupię, bo tanie, to, bo jest przecena, a to, chociaż nie jest mi potrzebne, to jest ładne” – także koniec takiej bezmyślności

    • Znam to – podczas przecen najłatwiej przestać się zastanawiać, czy faktycznie czegoś potrzebujemy. Ja w ten sposób stałam się posiadaczką wielu wieczorowych sukienek, butów na 13-centymetrowych szpilach (NIGDY nie chodzę na obcasach) i błyszczących sylwestrowych żakiecików. Nie wiem, ile studniówek, wesel i imprez przebieranych w stylu kicz party musiałabym obskoczyć, żeby móc je wszystkie faktycznie wykorzystać 😉

  • Ja właśnie wczoraj postanowiłam sobie, że w najbliższych miesiącach koniecznie muszę ograniczyć robienie takich ciuchowych zakupów ;D
    Pozdrawiam <3

  • Marcelina Rzepa

    Nie wiem czy dałabym radę. Kupowanie to moja radość życia, nie widzę powodu dla którego miałabym sobie to odbierać. Faktem jednak jest, że nabywam wszystko to co mi się podoba, a niekoniecznie jest mi potrzebne. /rzepaczki.pl

    • Myślę, że z tym jest trochę tak, jak ze stosowaniem diety. Jeśli czujesz się z tym dobrze, nie masz problemów przestrzennych albo finansowych 😛 i nie budzi to wyrzutów sumienia – to wszystko jest w porządku 🙂 Problem pojawia się wtedy, kiedy zakupy przestają sprawiać radość, a rzeczy, które kupujemy cieszą nas tylko podczas stania w kolejce do kasy. To wg mnie wskaźnik, że warto pomyśleć o ograniczeniu.

  • Ja sobie postanowiłam, że ogranicze liczbę kosmetyków, które kupuję. Idzie mi całkiem całkiem 😉

    • Trzymam kciuki! Moje pierwsze „zakupowe detoksy” dotyczyły właśnie kosmetyków, przez kilka lat to była moja główna zakupowa mania i dorobiłam się naprawdę niezłych zapasów 🙂