JEDNA MAŁA RZECZ | #6 Pozwól innym cię nie polubić

JEDNA MAŁA RZECZ | #6 Pozwól innym cię nie polubić

Pewien kolega z licealnej klasy nie przyjął mojego zaproszenia do znajomych na Facebooku*. Rzecz wydarzyła się kilka miesięcy temu, a do tej pory czasem mnie męczy. I choć od prawie 10 lat nie mieliśmy ze sobą kontaktu, a i podczas szkoły był on – mówiąc oględnie – raczej chłodny, rozwikłanie tej zagadki nie daje mi spokoju.Niby przypadkiem, niby od niechcenia internetowe ścieżki niosą mnie czasem na jego profil. Może nie przyjął, bo sam nie zagląda na Facebooka od miesięcy (zaglądał wczoraj). Czy chodzi o niechęć jeszcze z liceum: coś powiedziałam, z kimś się trzymałam, któreś z moich zachowań niewłaściwie ocenił? A może to coś bardziej świeżego, jakaś soczysta plota ze studiów, która dotarła do niego z dodatkami dorzuconymi przez pięciu pośredników? Głowię się nad tym i głowię, i nie mogę nic wymyślić. Z tej desperacji prawie już wysłałam pierwszą wiadomość po 10 latach ciszy: „OK, szanuję to, że nie przyjąłeś mojego zaproszenia, możesz mnie sobie nie lubić, ale powiedz proszę – czym ja ci podpadłam?“.

Sytuacja jest dla mnie trudna o tyle, że z reguły rozumiem przyczyny odczuwanej do mnie niechęci. Bycie lubianą zawsze było dla mnie ważne, ale przez długi czas walczyłam z tą potrzebą na zasadzie kontry, starając się udowodnić wszystkim, jaka to jestem samowystarczalna i nonkonformistyczna. Mam też na swoim koncie autorstwo kilku przykrych słów, nieprzemyślanych zachowań i klopsów towarzyskich, więc wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ich ofiary na mój widok przechodziły na drugą stronę ulicy. Jak wiele nieśmiałych osób, jestem też obdarzona mechanizmem obronnym, który wspaniale opisuje Riennahera – im bardziej się kogoś boję, tym bardziej wyniośle się wobec niego zachowuję. Przewracam oczami, wzdycham ciężko (że niby ze zniecierpliwienia, bo lepiej tak niż ze strachu), a jak już się odezwę, wyrzucam z siebie kilka trudnych słów, ucinam wątek i odwracam się na pięcie. Rozumiem więc, że można za mną nie przepadać i widzę tu kilka potencjalnych przyczyn.

Tu jednak jest inaczej. Choć sięgam pamięcią daleko, nie widzę w moim zachowaniu wobec kolegi nic niewłaściwego. Żadnej winy, za którą mogłabym się spodziewać słusznej, facebookowej pokuty. Żadnych grzeszków, których nie zatarłby czas. Patrząc z boku, widzę cały absurd tej sytuacji. Dlaczego tak bardzo dotknęło mnie to, że osoba, z którą od tylu lat nie utrzymuję i prawdopodobnie nie zacznę utrzymać kontaktu, z sobie znanych powodów nie kliknęła „Zaakceptuj“? Dlaczego tak trudno pogodzić mi się z tym, że tych powodów nigdy nie poznam? Że mogą być bardzo racjonalne, ale też – co pewnie bardziej prawdopodobne, skoro mówimy o emocjach – całkiem nieracjonalne, albo po prostu może nie być ich wcale? Że ktoś może mnie nie lubić albo mieć mnie gdzieś zwyczajnie, ot tak?

Pomyślałam, że ta sytuacja męczy mnie tak bardzo, ponieważ nie mam nad nią kontroli. Niechęć, której przyczyny znamy, jest o wiele łatwiejsza – skoro to moje działania spowodowały, że ktoś mnie nie polubił, to inne działania mogą to odkręcić. Jeśli kogoś zraniłam, mogę go przeprosić. Jeśli zawiodłam czyjeś zaufanie, mogę się pilnować, by nie zrobić tego ponownie. Logiczne i proste. Z nielubieniem „tak po prostu“ jest trudniej, bo w tym przypadku nic ode mnie nie zależy. To sprawia, że czuję się bezradna i niesprawiedliwie potraktowana – tak jakby to, że ktoś wyrobił sobie o mnie zdanie bez mojego świadomego udziału, było w jakiś sposób wbrew regułom społecznym.

Z drugiej strony, myślę o wszystkich tych powodach, dla których ja czułam wobec kogoś niechęć. Rzadko była ona sprawiedliwa i logiczna. Często zniechęcały mnie detale i drobiazgi – pierwsze wrażenia, mikroskopijne ukłucia, słowa wypowiedziane dawno temu po pijaku, które tkwią mi w głowie do tej pory. Krótko mówiąc, moje sympatie i antypatie nie mają z logiką wiele wspólnego. Byłoby więc hipokryzją i dużym egocentryzmem oczekiwać, że w drugą stronę to będzie działać inaczej.

Stąd pomysł na moje dzisiejsze zadanie rozwojowe dla mnie i dla Was, które brzmi:

Pozwól innym nie lubić cię bez żadnego powodu. A przede wszystkim, pozwól na bycie nielubianym samemu sobie.

Wiele poradników rozwojowych uczy, że nie wszyscy muszą cię lubić. Rozumiem to jako zachętę do wewnętrznej akceptacji, działania w zgodzie ze sobą i nieprzejmowania się opiniami innych. I jasne, to też jest ważne. Mnie jednak chodzi o nieco odmienne ćwiczenie. Większość z nas stara się być dobrymi i sympatycznymi ludźmi. Czynić dobro i żałować wyrządzonych innym krzywd. Dla wielu z nas pomaganie innym jest najbliżej tego, co można nazwać sensem życia. Zapewniam Cię jednak, że mimo tego wszystkiego są na świecie ludzie, którzy czują do Ciebie niechęć. I zachęcam: Pozwól im na to. Zaakceptuj to, że mogłeś nie mieć na tę niechęć żadnego wpływu. Że najprawdopodobniej nie wynika ona z logicznych przesłanek, a Ty nie możesz nic w tej sytuacji zmienić. I że nie musisz w niej nic zmieniać. Pozwól sobie być człowiekiem, którego ktoś nie polubił.

Jak pozwolić sobie być nielubianym człowiekiem?

Dać sobie prawo do nieprzyjemnych emocji, które się z tym wiążą

Świadomość, że ktoś nas nie lubi, zawsze wiąże się z poczuciem odrzucenia – nawet jeśli sami nie żywimy do tej osoby ciepłych uczuć. Nie wiem jak Wy, ale ja często próbowałam sobie radzić z takimi sytuacjami wzruszeniem ramion i przekonaniem, że „ta osoba i tak nic mnie nie obchodzi”. Takie udawanie jednak nigdzie nie prowadzi. Nieprzyjemne emocje są wtedy takie same, a tylko dokładamy do nich poczucie, że jest z nimi coś nie tak (skoro mnie to nie obchodzi, to dlaczego mimo wszystko czuję się tak kiepsko). Masz pełne prawo czuć się w tej sytuacji źle. Daj sobie przestrzeń na złość, żal czy smutek.

Nie udowadniać pomyłki, nie negocjować, nie szukać zemsty

Mój ścisły umysł naiwnie wierzy, że jeśli tylko komuś coś wystarczająco dobrze uargumentuję albo wytłumaczę, na pewno zrozumie swoją pomyłkę i przyzna mi rację. „Tak, masz rację, oceniłem cię niewłaściwie”. „Faktycznie, skoro wyjaśniłaś mi to, co miałaś na myśli, już wcale nie uważam cię za zarozumiałą i wyniosłą”. „A więc to była ironia i nie mówiłaś tego serio? O rany, mój błąd”. No więc – nie. To jednak nie działa w ten sposób. Emocje mają mało wspólnego z racjonalną dyskusją i nie ma co liczyć, że ktoś zrozumie swój błąd. To dotyczy też wszystkich prób odgrywania się i udowadniania, jak wiele ktoś właśnie stracił. Dla mnie to takie hodowanie poczucia krzywdy, z którego nic konstruktywnego nie wynika.

Pamiętać, że ta niechęć nie jest oceną

Dla wielu z nas bycie lubianym jest wyznacznikiem tego, jakimi jesteśmy ludźmi. Aprobata społeczna jest jednoznaczna z oceną: skoro ktoś mnie polubił, to znaczy że jestem dobra i postępuję właściwie, skoro nie – to znaczy, że zrobiłam coś nie tak. Prosta sytuacja staje się w ten sposób symbolem wielkiej wagi, określającym moją etykę, moralność i umiejętności społeczne. Warto spróbować się trochę zdystansować od tej symboliki i nie rozpatrywać takiego zdarzenia w kategoriach sukcesu czy porażki, ani nie wyciągać z niego ogólnych wniosków.

Wiem doskonale, że takie spokojne pozwolenie na to, by ktoś nas nie lubił, jest szalenie trudne. Wymaga dużej pewności siebie, pokory i pewnej życzliwości wobec siebie i świata. Mam jednak wrażenie, że już sama świadomość, że nie ma w tym nic złego, przynosi ogromną ulgę. Uff, a więc tak po prostu może być! Świat się nie zawalił, nie czyni mnie to złym człowiekiem! I właśnie dlatego warto ćwiczyć.

Zatem śmiało – dajcie się czasem nie polubić! Dla dobra Waszego i Waszych relacji.  

* Tak na wszelki wypadek małe sprostowanie. Zdaję sobie sprawę, jak łatwo się pomylić w ocenie internetowych zachowań. Fakt, że kolega nie przyjął mojego zaproszenia do znajomych, wcale nie musi oznaczać, że naprawdę mnie nie lubi. Mógł mieć wiele innych powodów. Moje emocje pogalopowały jednak w stronę najbliższej dostępnej interpretacji. W tym tekście większy nacisk chciałam położyć nie na to, czy warto wyczytywać takie rzeczy z Facebooka, lecz na to, dlaczego to lubienie jest w ogóle takie ważne. Na wszelki wypadek przypominam jednak (Wam, a przede wszystkim sobie!) – interpretowanie emocji na podstawie mediów społecznościowych nigdy nie jest dobrym pomysłem 😉 

Jedna Mała Rzecz to projekt, który zachęca do działań drobnych, ale konsekwentnych. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że to właśnie w nich kryje się ogromna siła. Będę Was zachęcać do mini-wyzwań, mikroeksperymentów, do przekraczania swojej strefy komfortu, ale tylko o jeden, malutki kroczek. Nic spektakularnego. Bez oklasków i euforii na końcu. A jednak – czasem już ta śmieszna, drobna rzecz wystarcza, by poczuć się dobrze i osiągnąć swój cel.