JEDNA MAŁA RZECZ | #5 Pozwól sobie na przyjemności bez żadnej okazji

JEDNA MAŁA RZECZ | #5 Pozwól sobie na przyjemności bez żadnej okazji

Jest taki jeden niezawodny wskaźnik tego, czy ktoś stał się naprawdę dorosły: ta chwila, kiedy sam z siebie zaczyna rezygnować z deseru. Na początku zakazy wydają się czymś zewnętrznym, a ton ich głosu przypomina najczęściej mamę albo tatę. „Nie jedz, niezdrowe, psuje zęby, przytyjesz”.

Dumny, że już nie musisz podporządkowywać się narzuconym regułom, działasz po swojemu (z lekkimi wyrzutami sumienia albo całkiem ostentacyjnie pokazując im środkowy palec). Mija parę lat, głosik coś tam cały czas mamrocze, nie bardzo go słuchasz, aż po jakimś czasie orientujesz się, że już wcale nie brzmi jak twoja mama – jest już całkiem własny. Kiwasz głową ze zrozumieniem, uważnie słuchając jego argumentów: no, czego by nie mówić, faktycznie zdrowe to to nie jest, pomyśl ile jest w tym tłuszczów trans! Hm, nie chcę zabrzmieć jak nasza mama, ale na ostatnim badaniu krwi wyszedł ci podwyższony cholesterol. Poza tym, czy naprawdę harowaliśmy 3 godziny na siłowni tylko po to, żeby zjeść to ciastko? Pewnie nawet nie jest smaczne. Tak oto przychodzi ten moment, kiedy pierwszy raz odmawiasz sobie deseru sam z siebie, dumny z okazanej właśnie dyscypliny i przenikliwości. 

Stosunek do deseru przekłada się na inne przyjemności. Zamiast decydować o nich po prostu w oparciu o chęci, narzucamy samym sobie kryterium praktyczności. Spontaniczny obiad na mieście to marnowanie pieniędzy i czasu – w domu będzie bardziej zdrowo, taniej i szybciej. Pójście na spacer byłoby wprawdzie OK (przecież każdy dorosły wie, że ruch to zdrowie), ale bardziej istotne jest posprzątanie mieszkania i dokończenie rozgrzebanych projektów. Wyskoczenie samemu do kawiarni po prostu po to, żeby chwilę w niej posiedzieć, zdaje się  fanaberią podpatrzoną w nieżyciowych serialach i na lajfstajlowych blogach.

W którymś momencie przestajemy sprawiać sobie przyjemności „ot tak“, a zaczynamy czekać na moment, kiedy będą odpowiednio zasadne. Odwlekamy je, czekając na odpowiednio dużą okazję – odniesiony sukces, spotkanie z dawno niewidzianym znajomym, wyjątkowo piękną pogodę. Kiedy te warunki wreszcie zostaną spełnione, skrupulatnie przystępujemy do realizacji planu, choć na wytypowaną kilka tygodni wcześniej przyjemną aktywność w danym momencie możemy już wcale nie mieć ochoty. W ten sposób relaks staje się kolejnym obowiązkiem do odhaczenia, ale trudno – ważne, że tak dobrze zarządzamy sobą, jesteśmy tacy zdyscyplinowani i praktyczni.

Czekanie na właściwy moment ma jeszcze jeden destrukcyjny wymiar: przekonanie, że pewne rzeczy wypada robić tylko w towarzystwie. Z jakiegoś powodu nie powinno się samemu chodzić do kina, na kawę czy na imprezę – przecież wiadomo, że robią tak tylko ludzie zdesperowani albo naprawdę bardzo samotni. Do pewnego czasu takie myślenie było bliskie również mnie. Kiedy miałam ochotę gdzieś wyjść, ale nie mogłam znaleźć na to wyjście żadnego towarzystwa, najczęściej rezygnowałam. Potem czułam się smutna, znudzona i mimowolnie żywiłam urazę do osób, które nie miały ochoty wziąć udziału w narzucanych przeze mnie aktywnościach, ale nie widziałam lepszego wyjścia.

Wydawało mi się, że jeśli pójdę sama, nie będę wiedziała co ze sobą zrobić, a inni ludzie albo mnie wykluczą, albo uznają za osobę desperacko poszukującą jakiegoś towarzystwa i zaraz się do mnie przyczepią. W swojej wyobraźni samotne wyjścia spędzałam skulona w kąciku, wpatrzona w ekran telefonu, na którym przez cały wieczór pisałabym smutne SMS-y „tak mi źle i nudno, zabierzcie mnie stąd”. Jednocześnie kiedy udawało mi się wyciągnąć kogoś ze sobą, wcale nie byłam zadowolona – miałam wyrzuty sumienia, że ktoś „tak bardzo się dla mnie poświęcił” i zamiast korzystać z tego poświęcenia, zamartwiałam się komfortem mojego towarzysza.

Żadnego ze swoich wyjść nie spędziłam wpatrzona w ekran. Pierwszy raz w takiej sytuacji znalazłam się zupełnym przypadkiem ładnych parę lat temu. Miałam iść z kimś na koncert Rufusa Wainwrighta, ktoś mnie wystawił, a bilety były drogie (wtedy opcja błyskawicznego umawiania się przez Facebooka na odsprzedaż nie była jeszcze grana, może dlatego, że w Polsce nikt jeszcze nie znał Facebooka 😛 ). Poszłam więc i ze zdziwieniem zauważyłam, że bawię się naprawdę świetnie – ponieważ nikogo ze mną nie było, mogłam całą sobą skupić się wyłącznie na muzyce.

To taki paradoks, że kiedy wreszcie możemy sami o sobie stanowić i decydować się na rzeczy, na które faktycznie mamy ochotę, znajdujemy szereg powodów, by ich sobie odmówić. Co gorsze, najczęściej robimy to z dumą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku – tak jakby dorosłość polegała na dobrowolnym odzieraniu samego siebie z radości życia. A potem narzekamy na dyktaturę zadaniowości i tęsknimy za latami, w których bezkarnie mogliśmy robić to, na co mieliśmy ochotę. Tylko co tak naprawdę teraz w tym przeszkadza? Czy jesteś pewien, że chodzi tylko o brak czasu?

Zadanie na ten tydzień brzmi: pozwól sobie na przyjemności. Bez żadnej okazji. Bez dodatkowych warunków. 

Tak po prostu. Niech to nie będzie „motywacja na przyszłość“, celebrowanie sukcesu albo nagroda pocieszenia za ciężki okres. Sprawianie samemu sobie przyjemności nie wymaga żadnych uzasadnień. Jeśli twoja przyjemność polega na wyjściu z domu albo uczestnictwie w jakiejś społecznej sytuacji, postaraj się nie oglądać na innych ludzi – w pojedynkę naprawdę też możesz się dobrze bawić, a gwarantuję, że nikt nie uzna cię za creepa. Żadnych substytutów, okrajania planów, realizowania ich skromniejszej wersji – wiem, dorośli zawsze pilnują pieniędzy, bilansu kalorycznego i czasu, ale naprawdę nic się nie stanie, jeśli na chwilę to puścisz. Jeśli trudno jest Ci przyznać sobie prawo do przyjemności „ot tak”, wyobraź sobie, że planujesz właśnie jedną z pierwszych randek. Chcesz kogoś zaskoczyć, popisać się kreatywnością i hojnością, pokazać się od jak najlepszej strony. Wszystko się zgadza – tylko tym razem tą osobą, dla której tak się starasz, jesteś właśnie ty.

Kilka moich sposobów na taką randkę: 

Wyjście w przerwie lunchowej na dobry obiad i zamówienie dokładnie tego, na co masz ochotę, bez zwracania uwagi na cenę czy bilans kaloryczny

Do tej pory pamiętam, jak parę miesięcy temu podczas ciężkiego dnia w pracy zrobiłam sobie wolną godzinę i wybrałam się do pobliskiej kawiarni na dobrą sałatkę. W drodze powrotnej zaszłam jeszcze do cukierni po ręcznie robione lody i mrożoną herbatę. Dość często zdarza mi się jeść na mieście, ale zazwyczaj robię to w biegu i wybieram praktycznie do bólu (to za drogie, to niezdrowe, tu za dużo, może jednak zjem w domu?). Tym razem nie zwracałam żadnej uwagi na czas, cenę ani bilans kaloryczny i poczułam się naprawdę dopieszczona.

Samotne wyjście do kina, na koncert albo do teatru

Lubię się wtedy wystroić, zrobić mocny makijaż i użyć wieczorowych perfum, mimo że nikt znajomy mnie nie zobaczy (a pewnie z trudem zrobi to nawet ktoś nieznajomy, zważywszy na przyciemnione światła). Im częściej jestem w takich sytuacjach sama, tym bardziej doceniam te momenty – to taki mój bardzo osobisty rytuał obcowania z kulturą, na której w samotności skupiam się w stu procentach. Ostatnio nauczyłam się nawet sama tańczyć i śpiewać na koncertach (czy raczej mamrotać pod nosem i przytupywać nóżką, ale nawet to przez parę lat wydawało mi się w takich sytuacjach socially awkward).

Samotny spacer

Generalnie spacery są moją ulubioną formą realizacji spotkań towarzyskich, bo uwielbiam chodzić i gadać, ale staram się doceniać też te momenty, kiedy spaceruję sama. To taka moja forma codziennej medytacji – odrywa mnie od problemów, oczyszcza umysł i daje przestrzeń do popisu kreatywności, bo na spacerze zawsze przychodzą mi do głowy nowe pomysły.

Relaksujący zabieg w ulubionym spa albo gabinecie masażu

Zdaję sobie sprawę, że taki porządny, 90-minutowy masaż całego ciała to często wydatek rzędu kilkuset złotych (przynajmniej w Warszawie). Na szczęście wiele salonów oferuje klientom stałe promocje albo atrakcyjne pakiety rabatowe, zawsze kilka zabiegów da się też znaleźć na Grouponie. Polując na promocje, przetestowałam kilka gabinetów, przeżyłam też parę przykrych rozczarowań (typowo relaksacyjny zabieg, w którym poza masażystką uczestniczyła też druga pani, która przez bitą godzinę opowiadała mi o oferowanym w gabinecie pakiecie liposukcji, chociaż nigdy nie wyraziłam nim zainteresowania). Koniec końców udało mi się jednak znaleźć miejsce, do którego od kilku lat wracam.

Kawiarniane spotkanie z książką

To moje ostatnie wielkie odkrycie, bo od kilku tygodni bardzo tęskniłam za specyficznym dla kawiarni uczuciem przytulności i komfortu – brakowało mi jednak dobrego uzasadnienia, by bywać w nich częściej. Wreszcie mnie olśniło i teraz (wzorem paryżan i starszego pokolenia 😉 ) chodzę do kawiarni po prostu po to, żeby poczytać. Zamawiam kawę albo ulubione ciastko, wybieram sobie jakiś wygodny fotel i zatapiam się w czasie dla siebie. Trochę czytam, trochę obserwuję świat – taki rytuał bardzo mnie relaksuje i wycisza.

A Wy, pozwalacie sobie na przyjemności bez okazji? Jak one u Was wyglądają?

Jedna Mała Rzecz to projekt, który zachęca do działań drobnych, ale konsekwentnych. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że to właśnie w nich kryje się ogromna siła. Będę Was zachęcać do mini-wyzwań, mikroeksperymentów, do przekraczania swojej strefy komfortu, ale tylko o jeden, malutki kroczek. Nic spektakularnego. Bez oklasków i euforii na końcu. A jednak – czasem już ta śmieszna, drobna rzecz wystarcza, by poczuć się dobrze i osiągnąć swój cel.