JEDNA MAŁA RZECZ | #3 Guilty pleasures bez wyrzutów sumienia

JEDNA MAŁA RZECZ | #3 Guilty pleasures bez wyrzutów sumienia

Zimno, ciemno, mokro. Ciemno, mokro, zimno. W poprzednim odcinku projektu zachęcałam do długich spacerów, ale teraz nawet wyprawa do sklepu wymaga ode mnie sporo motywacji, a na myśl o konieczności przejścia się na pocztę (całe 500 metrów!) dostaję dreszczy. Dzisiejsze zadanie, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, proponuję więc zrealizować w warunkach domowych: z kocem, termoforem i najsmaczniejszą herbatą pod ręką. Albo z pizzą i piwem, jeśli wolisz – to nic, że są niezdrowe i trudniej zrobić im estetyczne zdjęcie; ważne, że to właśnie one w tym momencie sprawią ci największą przyjemność.

Bo na tym polega dzisiejsze zadanie: zrelaksuj się dokładnie tak, jak masz na to ochotę. Nawet jeśli wydaje ci się, że robisz to w wyjątkowo nudny, obciachowy albo absolutnie nierozwijający sposób.

Być może zaliczacie się do grona szczęśliwców, których nie dotknęła klątwa wiecznej efektywności i potraficie sobie pozwalać na odpoczynek tak często i w dokładnie takiej formie, jakiej potrzebujecie. Ja niestety nigdy nie miałam wstępu do tej grupy. Ba, nie dość że długo nie potrafiłam odpoczywać we właściwy sposób, to jeszcze do niedawna w ogóle nie rozumiałam, na czym to ma polegać. Ku przestrodze opowiem wam anegdotkę o mojej organizacji czasu:

Kilka miesięcy temu, na wiosnę, czułam się bardzo zmęczona. Miałam wrażenie, że się przepracowuję, że wzięłam sobie za dużo obowiązków i że nie mam czasu na odpoczynek – trudno jednak było mi określić, co dokładnie zabiera mi ten czas, bo poza efektywnymi porankami poświęcanymi na pracę, czas przepływał mi przez palce. Za namową terapeutki zaczęłam więc prowadzić dzienniczek, w którym codziennie zapisywałam wszystkie swoje zadania i… byłam w szoku, bo okazało się, że „ODPOCZYNEK“ zajmuje tego czasu zdecydowanie najwięcej. Miałam ogromne wyrzuty sumienia: „no jasne, widzisz, relaksujesz się pół dnia, a dalej coś ci nie pasuje“ i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie zacząć robić czegoś jeszcze, bo może wtedy nie miałabym czasu na takie rozkminy i problem przepracowania sam by się rozwiązał (taaak, logiczne, prawda?). Na szczęście, w którymś momencie spłynęło na mnie objawienie – jako „odpoczynek“ klasyfikowałam wszystkie czynności, które nie były szkołą ani pracą. Naukę dodatkowych rzeczy i rozwój. Przejazdy z punktu A do punktu B. Dbanie o dom. Rozwiązywanie problemów innych ludzi. Nawet mycie się (nie jakieś tam długie kąpiele z pianą, takie codzienne mycie) i szykowanie do wyjścia – jakby to, że zrobię sobie makijaż i założę świeżo wyprany sweter, nie było po prostu kwestią schludności, tylko nie wiadomo jakim luksusem.

Dla pewności sprostujmy więc: odpoczynek to nie jest wszystko, co robisz w wolnym czasie. Jesteśmy obecnie bardzo zajętymi ludźmi, łączymy pracę z dbaniem o dom, wychowywaniem dzieci, studiami podyplomowymi i kursami online, a w wolnych 30 minutach, zanim całkiem padniemy na pyszczek, jeszcze rozwijamy własne biznesy i doradzamy bliskim we wszystkich wymienionych powyżej tematach. Odpoczynek to nie spotkanie z przyjaciółką, która ma problem i prosi cię o pomoc (nawet jeśli to dla ciebie ważne). To nie cotygodniowe porządki (nawet jeśli sprzątanie cię relaksuje). To też nie czytanie książki, którą musisz zrecenzować na blogu ani nie robienie zadania na kurs online, na który zapisałaś się sama. Wypełnianie obowiązków – nawet tych narzuconych samej sobie, nawet jeśli są przyjemne i szczerze je lubisz – to nigdy nie jest odpoczynek.

Żeby twój organizm mógł się w pełni zregenerować, każdej nocy musisz przespać kilka godzin – leżysz bez ruchu, podczas gdy twoje narządy pracują na zwolnionych obrotach i wreszcie mają chwilę ulgi po kolejnym dniu harówki. Myślę, że i o umysł warto zadbać w podobny sposób: codziennie dając mu trochę przestrzeni na odpoczynek. Bez logistyki, bez planowania, bez rozwiązywania cudzych i własnych problemów, bez wznoszenia się na wyżyny kreatywności. To coś, co dotarło do mnie naprawdę niedawno – wcześniej każdą chwilę wolnego starałam się wykorzystywać w maksymalnie twórczy i rozwijający sposób. Ale choć kreatywność i chęć nauki to naprawdę fajne cechy, absurdem było myślenie, że pozwalają mi odpocząć. Wręcz przeciwnie – proces twórczy, przyswajanie nowych informacji i pokonywanie własnych ograniczeń pod względem energetycznym i emocjonalnym bywają nieraz dużo bardziej kosztowne niż zajęcia standardowo rozumiane jako obowiązki: czynności domowe, obecność na zajęciach czy praca (w tych sferach najczęściej wykonujemy pewien znany i stały zestaw zadań, z którymi czujemy się komfortowo i pewnie). Więc jeśli chcesz tworzyć, rozwijać się i uczyć – świetnie. Ale zadbaj o to, by pozwalać sobie wtedy na jeszcze więcej prawdziwego odpoczynku, a nie robić to zamiast niego. I poza wyszukiwaniem sobie nowych wyzwań intelektualnych daj sobie też coś odtwórczego, lekkiego i niewymagającego – coś, co pomoże ci faktycznie odetchnąć i uzupełnić umysłową energię, zamiast dodatkowo ją zużywać.

Przestawienie się w taki o wiele mniej wymagający tryb na początku może wydawać się trudne – ciężko kartkować Życie na gorąco, kiedy do tej pory do poduszki podczytywało się Kierkegaarda. Na szczęście, niemal każdy z nas ma dostęp do gotowej listy rozrywek, o które mi tu chodzi – mowa o naszych guilty pleasures. Guilty pleasure to uczucie towarzyszące nam najczęściej podczas obcowania z jakimś wytworem kultury, który bardzo nam się podoba, choć wiemy, że nie powinien (bo nie jest poważany przez znajomych/krytyków, bo jest zbyt przewidywalny, dziecinny albo głupi). Jestem pewna, że coś takiego przychodzi ci do głowy. I zachęcam, byś podczas październikowych wieczorów oddał/oddała się eksplorowaniu właśnie takich, odtwórczych i nie stanowiących żadnego wyzwania intelektualnego przyjemności. Takich, którymi raczej nie pochwalisz się na Instagramie, bo to obciach. Takich, których nie wymienisz, odpowiadając na pytanie „jaka jest twoja ulubiona książka“. Może takich, do których trochę głupio ci się przyznać nawet przed mamą czy życiowym partnerem. To może być maraton Złotopolskich. Najnowsza komedia familijna z Benem Stillerem. Lektura Danielle Steel albo taniego kryminału, w którym po 30 stronach orientujesz się, kto jest mordercą. Gry komputerowe o kiepskich recenzjach. Brzydko wydane komiksy. Gazety tak głupie, że aż zgrzytasz zębami. Kolekcjonowanie figurynek z kiosku, o których wszyscy mówią, że są potwornie kiczowate. Wszystkie te rzeczy średnie, niewymagające, absolutnie niewybitne. Korzystaj z nich i czerp przyjemność z ich lekkości i przewidywalności. Naciesz się swoimi guilty pleasures i nie miej z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Na zachętę – oto moja lista obciachowych przyjemności:

  • Seriale dla nastolatków: te stroje, ta muzyka, te licealne dramaty, te pierwsze pocałunki i konflikty z rodzicami! Fabuły, w których każdy jest parą z każdym, a czasu na skandale i morderstwa jest tak wiele, że biedni bohaterowie nigdy nie zdążają na lekcje. I ci grający 16-latków aktorzy, którzy w prawdziwym życiu z reguły dobijają do trzydziestki… Ach!
  • …i seriale w ogóle (najchętniej w TV): oglądanie seriali samych w sobie jest już dla mnie trochę guilty, bo zawsze miałam ogromną ochotę to robić, ale wiecznie szkoda mi było czasu. Nie mówię oczywiście o serialowych arcydziełach, raczej o tych średniakach-tasiemcach, na których maratony można się czasem załapać w telewizjach typu Comedy Central czy AXN. Wygrzewanie się pod kocem i oglądanie takich serii to mój kojący rytuał, praktykowany najczęściej podczas trudnych wydarzeń, choroby albo świąt. Obejrzałam w ten sposób naprawdę wiele (średnich) dzieł sztuki serialowej, z Ostrym dyżurem i całym Strażnikiem Teksasu włącznie.
  • Schematyczne powieści fantasy: jestem dzieckiem wychowanym na Tolkienie, gothic metalu i uniwersum Forgotten Realms, więc czytanie fantasy budzi we mnie podobnie słodko-sentymentalne uczucia, co guma Turbo i Spicetki. Magia! Szlachetni rycerze! Smoki! Elfy! Demony! Równoległe światy! Im więcej naraz, tym lepiej. Z reguły podczas lektury bardzo szybko domyślam się, jak zostaną rozwinięte wprowadzone przez autora wątki i ta przewidywalność sprawia mi ogromną satysfakcję. A już w ogóle najlepiej, kiedy są to dzieła wydawane w opasłych tomiszczach z miękką okładką, która podczas czytania robi się lekko przetarta (albo na bokach odchodzi z niej ochronna folia) – wtedy rytuał jest kompletny.
  • Kryminały: kiedyś – na fali mody na Skandynawię i Larssona – trochę bardziej, obecnie nieco mniej, ale fabuły kryminalne lubię prawie równie mocno, co historie o mieczach i smokach. I tak jak kocham przewidywalność w fantasy, tak fajny kryminał musi dla mnie spełniać warunek zupełnie odwrotny – w tym przypadku, jeśli domyślę się, kto zabił, psuje mi to całą zabawę. A najgorzej, jeśli w ogóle rozszyfruję rozwiązanie na końcu – kto nie zabił, ale wydaje się, że zabił, i dlaczego zabił ten, kto zabił faktycznie. Dramat, to dla mnie dyskwalifikuje autora na wieki wieków (przepraszam, panie Miłoszewski).
  • Rytuał oglądania meczów: kiedyś ograniczałam się do piłki nożnej i zupełnie ignorowałam inne dziedziny, ale odkąd mieszkam z fanatykiem śledzenia wszystkich sportów, to i przy curlingu potrafię złapać wczutę. Bardziej niż o samo oglądanie, chodzi właśnie o rytuał: nerwowe oczekiwanie na wieczór, pizza, popcorn, piwo, luźny ciuch, bawoli wzrok tępo wbity w ekran, śmianie się z pomyłek językowych komentatorów (ok, może tak robią tylko poloniści) i przeklinanie – dużo, często i głośno.

Powodzenia i zdradźcie koniecznie, co znalazło się na waszej liście!

fot. Unsplash 

Jedna Mała Rzecz to projekt, który zachęca do działań drobnych, ale konsekwentnych. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że to właśnie w nich kryje się ogromna siła. Będę Was zachęcać do mini-wyzwań, mikroeksperymentów, do przekraczania swojej strefy komfortu, ale tylko o jeden, malutki kroczek. Nic spektakularnego. Bez oklasków i euforii na końcu. A jednak – czasem już ta śmieszna, drobna rzecz wystarcza, by poczuć się dobrze i osiągnąć swój cel.