JEDNA MAŁA RZECZ | #2 Odkryj na nowo miejsca, które mijasz każdego dnia

JEDNA MAŁA RZECZ | #2 Odkryj na nowo miejsca, które mijasz każdego dnia

Jedna Mała Rzecz to projekt, który zachęca do działań drobnych, ale konsekwentnych. Ostatnie miesiące nauczyły mnie, że to właśnie w nich kryje się ogromna siła. Będę Was zachęcać do mini-wyzwań, mikroeksperymentów, do przekraczania swojej strefy komfortu, ale tylko o jeden, malutki kroczek. Nic spektakularnego. Bez oklasków i euforii na końcu. A jednak – czasem już ta śmieszna, drobna rzecz wystarcza, by poczuć się dobrze i osiągnąć swój cel.

Po zadaniu pierwszym (KLIK: #1 Przerób coś złego na coś dobrego) pozostajemy w podobnych klimatach. Ponownie będę cię zachęcać do pracy nad zastaną rzeczywistością i przewartościowań poznawczych – tym razem w kontekście przestrzeni, ciekawości i miejskiej (a może nawet osiedlowej) mikroturystyki. Temat może się wydawać trochę przebrzmiały, jako że właśnie skończyło się lato i po miesiącach wypełnionych targami śniadaniowymi, darmowymi sportami oraz wieczornymi rajdami po kawiarnianych ogródkach wchodzimy w tryb domowo-kocykowy. Uwielbiam ten tryb i obiecuję, że następne zadanie w projekcie pozwoli się nim w pełni nacieszyć 🙂 Póki co zachęcam jednak do jeszcze odrobiny pozadomowej aktywności.

Zawsze zadziwia mnie, jak bardzo zmienia się mój codzienny tryb funkcjonowania, kiedy gdzieś wyjeżdżam. Pobyt w miejscu, w którym nie mieszkam na co dzień, aktywizuje zupełnie inny zestaw zachowań – zwiedzanie, odkrywanie, przyglądanie się, zaglądanie w każdy zaułek w mieście i w każde chaszcze na terenie pozamiejskim. Gdzie indziej wszystko jest unikatem albo zabytkiem i nawet rzeczy dobrze znane – autobusy, sieciowe sklepy spożywcze, kawiarnie – mają w sobie niespodziewany urok nowości. Czas płynie inaczej: jeśli mam wolną godzinę w Warszawie, poświęcam ją najczęściej na kawę i pracę w najbliższym miejscu z wi-fi; gdzie indziej w ciągu tej godziny staram się zobaczyć i wchłonąć jak najwięcej, nacieszyć się tym wszystkim, zanim zniknie. Patrzę więc, doświadczam i w takich chwilach czuję się bardzo szczęśliwa i w pełni obecna w teraźniejszości.

Życie ma jednak to do siebie, że takie odkrycia i zachwyty zdarzają się dosyć rzadko. Po paru chwilach fascynacji nowym szybko wracamy więc do swojego codziennego otoczenia albo – jeśli zmieniliśmy miejsce bytowania na stałe – nowe powszednieje i z każdym dniem jakoś tak traci urok i mniej zachwyca. Jako istoty bądź co bądź prowadzące osiadły tryb życia, najczęściej latami funkcjonujemy w określonej przestrzeni (mieszkanie, biuro, uczelnia) i przemierzamy te same trasy, w ten sam sposób, korzystając z tych samych ulic, tych samych linii autobusowych, zaglądając zawsze do tych samych sklepów. Są tak dobrze znane, że z biegiem lat stają się praktycznie niewidoczne; narzekamy więc na rutynę i marzymy o podróżach w nieznane, by znowu móc doświadczyć czegoś nowego, zachwycić się czymś i coś odkryć.

Tymczasem, życie toczy się właśnie tutaj – w tym mieście, na tym osiedlu, na tym codziennie mijanym skrzyżowaniu. Zamiast od nich uciekać, warto zadziałać wprost przeciwnie: zobaczyć je i – być może pierwszy raz w życiu – faktycznie poświęcić im całą swoją uwagę.  

Dlatego w tym tygodniu proponuję: odkryj na nowo miejsca, które mijasz każdego dnia.  

Nie szukaj tego, co jest w Twojej okolicy najładniejsze i najbardziej atrakcyjne turystycznie. Spróbuj faktycznie skupić się na najbliższym otoczeniu: ulicy, przy której mieszkasz, trasie do najbliższego sklepu, budowie nowego deweloperskiego molocha albo niezagospodarowanych od 10 lat osiedlowych chaszczach. Zdaję sobie sprawę, że na początku może być dosyć trudno – jesteśmy przyzwyczajeni do przemierzania swojej codzienności na autopilocie, trudno przestawić się na inny tryb i (co nie mniej ważne) dać sobie na to przyzwolenie. Ja do tej pory czasem zmagam się z myślą, że takie eksplorowanie najbliższego otoczenia jest marnowaniem czasu, bo skoro już mam tę wolną godzinę i chciałabym sobie pospacerować, to przecież powinnam po bożemu wybrać się w jakieś ładne miejsce: na Starówkę, do Łazienek, albo chociaż do najbliższego rewitalizowanego za fundusze unijne skwerku… Tyle tylko, że ta myśl jest odbiciem starego schematu – że muszę gdzieś specjalnie pojechać, bo na miejscu nie ma nic ciekawego. Nie sztuką jest zachwycić się pięknem jesieni w parku albo zachodem słońca nad morzem; trudniej poświęcić tyle samo zachwytu i uwagi pobliskiej budowie i ruchliwej ulicy. Warto jednak spróbować, bo po pierwsze – gwarantuję, że odkryjecie w najbliższej okolicy fantastyczne miejsca, z których istnienia nie zdawaliście sobie sprawy, a po drugie, jeśli po takim treningu z szarą rzeczywistością ten magiczny zachód słońca nad morzem kiedyś wam się przydarzy, to będzie on doświadczeniem nie ładnym, nie przyjemnym, ale tak pięknym, że aż zapierającym dech.

Jeśli potrzebujecie konkretnego zadania, podrzucam kilka propozycji wyzwań osiedlowo-turystycznych na dobry początek:

  • Spacer trasą, którą często przemierzasz w jakimś konkretnym celu – tym razem w celach czysto turystycznych (żadnych zakupów, żadnego załatwiania spraw przy okazji!). Wczuj się w bycie turystą: zaglądaj w boczne uliczki, przystawaj, czytaj tablice informacyjne, fotografuj.
  • Dla poruszających się na co dzień samochodem albo komunikacją miejską: przejdź swoją codzienną trasę dojazdową albo chociaż jej część na piechotę (niesamowite, jak to samo miejsce się zmienia w zależności od środka lokomocji).
  • Zamiast wracać do domu tą samą trasą co zwykle, wybierz inną ścieżkę (nawet jeśli – a może zwłaszcza jeśli! – będzie dwa razy dłuższa).
  • Zbadaj tak dokładnie jak możesz, co znajduje się w promieniu kilometra od Twojego domu, w każdym możliwym kierunku – wszystkie sklepy, osiedla, podwórka, dziwne zakamarki. Poszukaj nieużytków, zielonych zakątków, najmniejszych uliczek; namierz miejsca najbardziej romantyczne i te najbardziej creepy (tylko nie eksploruj ich w środku nocy!).
  • Spójrz na swoją okolicę oczami dziecka – większość z nas nie mieszka już w miejscach, w których się wychowaliśmy, spróbuj więc wyobrazić sobie, czym byłoby dla Ciebie obecne miejsce, gdybyś miał 10 lat? Jeśli wciąż mieszkasz tam gdzie kiedyś, przypomnij sobie, jak wtedy je widziałeś? Ja z mojego dawnego osiedla pamiętam zarośnięte zwężenie drogi, które było dżunglą; ślepą uliczkę, która stała się naszym boiskiem do odgrywania Ligi Mistrzów; i straszne, mroczne zaplecze budowy z koparkami, betonem i zwojami kabli, gdzie z sercem podjeżdżającym do gardła tropiliśmy z koleżeńskim gangiem rowerowym wyobrażonych dilerów narkotyków.

Co ja odkryłam podczas swoich osiedlowych spacerów? Setki śmiesznych nazw ulic i sklepów, polanę i wieś w środku miasta, zagłębie PRL-owskich willi, a tuż obok ogródki działkowe i ruderki, koło których nawet w ciągu dnia i we dwoje baliśmy się przechodzić, kilka restauracji i kawiarni, mniej lub bardziej sekretne podejścia i zejścia (urok mieszkania na skarpie), a przede wszystkim – mnóstwo ukrytych wśród osiedli zakątków zieleni, pełnych owocujących drzewek i kwiatów, rosnących zdaje się półdziko, bez jakiegokolwiek zachodu mieszkańców – zawsze czułam się wtedy jak w Tajemniczym ogrodzie, jakbyśmy przypadkiem znaleźli coś, co nie było przeznaczone dla naszych oczu. Dowiedzieliśmy się także, że Puławska to naprawdę, naprawdę długa ulica – dawno nie byłam tak zmęczona jak wtedy, kiedy postanowiliśmy zwyczajową trasę tramwajową pokonać na piechotę (i dawno żaden posiłek w przypadkowej restauracji, którą wybraliśmy, bo nie mieliśmy siły przejść już nawet 100 metrów dalej, nie był tak smaczny). Zauważyłam też, że moje warszawskie nawyki spacerowe przeniosły się i na „tradycyjne” turystyczne wyjazdy – inne miasta też zwiedzam teraz o wiele uważniej.

Życzę przyjemnych spacerów i wielu fascynujących mikroodkryć 🙂

fot. Alex Wigan / Unsplash