Jak przestałam kochać pisanie (a potem polubiłam je na nowo)

Jak przestałam kochać pisanie (a potem polubiłam je na nowo)

Oto historia, jakich wiele. Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka, która uwielbiała wymyślać i opisywać nowe światy. Zapytana o to, kim chce zostać w przyszłości, dumnie odpowiadała: „pisarką!“. Była ulubienicą wszystkich szkolnych polonistek. Temat kolejnych rozpoczynanych książek zawsze wypływał podczas rodzinnych spotkań. Wiadomo było, że pod tym właśnie kątem trzeba szukać odpowiedniego profilu szkoły, właściwych zajęć pozalekcyjnych. Jakie to szczęście – móc się rozwijać w tym, co się kocha.

Z biegiem lat przekładanie słów na papier stawało się jednak coraz trudniejsze. Nie można już było pisać „ot tak“ – przestało wypadać. Każdy kolejny tekst musiał być coraz lepszy, doskonały formalnie i niewiarygodnie odkrywczy. Lęk przed banałem albo przegapionym błędem stylistycznym przesłonił przyjemność. Na studiach polonistycznych – gdzie ładnie i mądrze pisali już z założenia wszyscy, a przecież być tylko takim jak wszyscy to za mało – nasza bohaterka zaczęła myśleć, że pisanie jest dla niej zadaniem bardzo trudnym. Z każdym kolejnym tekstem oczekiwania wobec siebie rosły, a razem z nimi rosły też: chaos, lęk przed kompromitacją i prokrastynacja, której przejawy niesłusznie identyfikowała z przypływami twórczego geniuszu. I chociaż przez całe studia nigdy nie otrzymała za pisemną pracę oceny niższej niż 5, to też z żadnego z tych tekstów nie była naprawdę dumna.

Albo idealnie, albo wcale

Dwa najbardziej jaskrawe przykłady: sztuka teatralna i praca magisterska. Mogłoby się wydawać, że kiedy znajomy zamawia u ciebie napisanie sztuki, można się ucieszyć. Mogłoby się wydawać, że zechcesz choć raz przekonać się, jak ten twój twór żyje na scenie. Ale gdzie tam. Walczyłam z tym tekstem strasznie, bardzo się starając, by był naszpikowany odniesieniami do innych dzieł i romantyczną historiozofią. Miałam wrażenie, że nie wyszło mi to najlepiej, dlatego po skończeniu i przesłaniu reżyserowi tekstu postanowiłam już nigdy więcej nie mieć z tym tematem nic wspólnego. Było mi za siebie strasznie wstyd. W dniu spektaklu tak się bałam, że któryś z moich znajomych – przypadkiem albo w ramach wsparcia – na niego dotrze, że sprosiłam wszystkich do siebie na imprezę i strasznie się upiłam. Niby ironicznie, niby „jestem ponad to“. W głębi serca jednak – dawno nie było mi tak smutno.

Większość pracy magisterskiej napisałam w trzy noce. Nie pozwoliłam sobie ani razu przeczytać gotowego już tekstu. Wiedziałam, że jeśli to zrobię, każde zdanie wyda mi się tak głupie i gówniane, że nie oddam jej nigdy. Z perspektywy czasu patrzę na to inaczej, ale wtedy napisanie tej pracy było dla mnie największym wyzwaniem w życiu. Ostateczny sprawdzian, jak wiele w swojej dziedzinie wiem i potrafię – a chciałam wiedzieć najwięcej i potrafić najlepiej. No i, rzecz jasna, podbić dzięki niej serca członków komisji rekrutacyjnej na studia doktoranckie, bo poza uczelnią nie wyobrażałam sobie wtedy życia.

jak obraziłam się na pisanie

Logiczny scenariusz w takiej sytuacji wyglądałby chyba tak: napisanie świetnej pracy magisterskiej jest dla mnie bardzo ważnym celem, więc zabieram się za niego odpowiednio wcześnie. Pracuję ciężko, korzystając z dostępnych źródeł i z przewidzianych przez system szkolnictwa wyższego pomocy. Zdarzają mi się chwile słabości, kiedy myśli nie chcą się kleić, ale zbieram się w sobie i wracam do działania. Tekst oddaję do oceny sprawdzony, skończony i w formie, z której jestem jako tako zadowolona.

Co tymczasem zrobiłam ja? Temat pracy wymyśliłam pod koniec V roku studiów i kiedy pierwsi koledzy z seminarium składali już u naszej promotorki gotowe teksty, ja dopiero zaczynałam robić ekspresowy research. Wymyśliłam sobie bardzo trudny i oryginalny temat, którego ciężar mnie przygniatał, ale do głowy mi nawet nie przyszło, by poprosić o poradę któregoś z pracowników naukowych z naszego zakładu. Podczas tych kilku miesięcy walki (zajmowałam się moją pracą od maja do września, z długą przerwą podczas wakacji) przerobiłam tyle ciekawych objawów nerwicowych, że do dziś podziwiam mojego męża za to, że wtedy ze mną wytrzymał, uspokajał mnie i puszczał motywacyjne piosenki ze wszystkich możliwych rejestrów.

Na koniec złożyłam w dziekanacie brudnopisowy tekst pełen błędów redakcyjnych, bez przyzwoitego zakończenia, bo nie starczyło mi sił, by je dopisać, bez poprawek sugerowanych przez promotorkę. Potem z żalem czytałam w recenzjach, że praca jest ciekawa, ale niechlujna i chaotyczna. Na dodatek odwlekałam pisanie tak długo, że z moją obroną nie załapałam się na uczelniane „okienko transferowe“ i plan doktorancki przesunął się na następny rok. Zostałam więc bez pomysłu na siebie, z poczuciem porażki i ogromnym żalem. Obraziłam się wtedy na pisanie na amen. Po co to robić, skoro tak bardzo cierpię, a w zamian nic nie dostaję? Postanowiłam sobie, że skoro tak wyszło, to nie będę pisać już wcale.

dlaczego zaczęłam znowu pisać

W ciągu kilku lat, szczęśliwie, moje postanowienie udało się skruszyć – inaczej nigdy nie powstałby ten blog. W pierwszym opublikowanym tu tekście wyjaśniałam, że założyłam Calm Station także po to, by przypomnieć sobie, jak to jest pisać i lubić to robić. Tworzyć dla siebie, bez zewnętrznego przymusu, starając się nie słyszeć wyśrubowanych oczekiwań wobec samej siebie, które wciąż plączą mi się po głowie (pomału godzę się z tym, że pewnie będą to robić już zawsze – mogę natomiast spróbować ich nie słuchać).

Niedawno minął rok, od kiedy wróciłam do pisania bloga. WordPressowy licznik uczynnie podpowiada, że w tym czasie opublikowałam tutaj 52 teksty. Biorąc pod uwagę, że większość z nich liczy ok. 10 000 znaków, to bardzo dużo wypuszczonych na wolność tematów, myśli i liter. Sukces! – wykrzyknęłabym, gdybym umiała sobie na to pozwolić (wciąż jednak słyszę z tyłu głowy: mogłaś więcej, mogłaś lepiej). Nie ilość jest jednak najważniejsza, ale to, że pomału znów zaczynam pisanie lubić. Żeby zabrać się do pracy, cały czas muszę pokonywać mniejszy lub większy opór, ale kiedy przez kilka dni tego nie robię, szczerze za tym tęsknię. Jak do tego doszło?

razem, ale osobno

Analizuję ten temat od kilku miesięcy, przypisując tę powolną, ale konsekwentną zmianę coraz to nowym aspektom. Ot, chociażby temu, że jak to zwykle bywa w przypadku związków na całe życie – nawet kiedy śmiertelnie się obraziłam, nie odeszłam zbyt daleko. Nie pisałam, ale redagowałam cudze teksty (wbrew pozorom to dużo bardziej kreatywna praca niż stereotypowe dostawianie przecinków). Nie blogowałam, ale na psychologii jako temat badań wybrałam sobie właśnie blogi i płynące z ich pisania emocjonalne korzyści. Wreszcie, nie pisałam jako ja, ale aż wstyd się przyznać, ile tekstów ghostwritingowałam albo publikowałam jako niewiele mówiące „Od Zespołu“ czy „Redakcja“. Czyli – wciąż pisanie, tyle że z rozproszoną odpowiedzialnością. W którymś momencie zaczęłam zwyczajnie zazdrościć autorom, z którymi pracowałam, i zatęskniłam za tworzeniem na poczet własnego nazwiska.

stretching mózgu 

Odkąd chodzę na fitness, w pełni rozumiem też pojawiające się tu i ówdzie powiedzenie, że mózg jest jak mięsień, który też można (i warto) wyćwiczyć. Kiedy wracam na siłownię po przerwie, potwornie ciężko mi się na nią wybrać. Czuję, że łapią mnie katar, migrena, ból brzucha, wszystko naraz i-w-ogóle-może-by-sobie-to-dzisiaj-odpuścić. Mięśnie są sztywne i wszystkie ruchy kosztują mnie odrobinę więcej wysiłku niż zwykle. Za to kiedy już uda mi się złapać mój stały rytm 2-3 wizyt w tygodniu, wyskoczenie na ćwiczenia – nawet w środku dość zapracowanego dnia – nie stanowi dla mnie żadnego problemu i zawsze poprawia mi humor.

Z pisaniem jest podobnie. Dużo łatwiej jest pisać regularnie i w małych dawkach, niż zabierać się do tego zadania raz na jakiś czas. Pisząc regularnie, zauważam, że moje myśli stają się bardziej zdyscyplinowane i rzadziej się „zawieszam“. To logiczne – skoro mam na to ustalony z góry limit czasu, chcę go jak najlepiej wykorzystać. Niezobowiązująca godzinka dziennie z biegiem czasu przestaje jawić się jako wielkie wyzwanie. Staje się zwyczajnym, obowiązkowym, ale całkiem sympatycznym elementem dnia.

Pisanie a psychoterapia

I jeszcze jeden, najważniejszy dla mnie czynnik, z którego istnienia zdałam sobie sprawę dopiero kika dni temu – notabene podczas zajęć z psychoterapii. Na zajęciach zastanawiałam się, jak kluczowe znaczenie w procesie leczenia mają ze strony terapeuty akceptacja i powstrzymywanie się od oceny. To takie cechy, bez których nie da się stworzyć warunków do prowadzenia terapii. Dają bezpieczeństwo, dzięki któremu pacjent może się otworzyć i szczerze mówić o tym, co go trapi. Bo świadomość bycia ocenianym sprawia, że zamiast mówić o tym, jak jest, staramy się mówić tak, jak wydaje nam się, że powinniśmy.

Pisanie – niezależnie od przyjętej formy, stylu czy tematu – jest taką czynnością, która wymaga od autora wielkiej otwartości. To rzeźbienie ze swoich myśli, ubieranie ich w namacalną formę i wystawianie na widok publiczny. Żeby móc się otworzyć, podczas pisania potrzebuję dokładnie tego, co na psychoterapii – poczucia bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji. Przede wszystkim od samej siebie. Nie oznacza to, że muszę pisać tylko rzeczy, z którymi wszyscy się będą zgadzać, a jakakolwiek krytyczna uwaga mnie załamie. Nie oznacza to też, że nie zauważam w swoich wcześniejszych tekstach niedociągnięć ani że od tej pory przestaję się rozwijać. Chodzi o danie swoim tekstom prawa do zaistnienia w ich najbardziej naturalnej formie. Ze wszystkimi nieperfekcyjnościami, niedokończonymi wątkami, niedociągnięciami stylu. Nie muszą być idealne. Są, jakie są – i mogą właśnie takie być.

Nauka akceptacji tego, kim się jest

Dlatego właśnie bardzo się pilnuję, żeby publikowanych tu tekstów nie poprawiać w nieskończoność i przede wszystkim – nie oceniać. Gdybym to robiła, pewnie żaden z nich nie ujrzałby światła dziennego. Przed publikacją każdej nowej notki już i tak przed oczyma wyświetla mi się kilkanaście potencjalnych, negatywnych komentarzy, które zaraz otrzymam. Wyobrażam sobie znajomych i nieznajomych pastwiących się nad tym moim biednym blogiem na wszelkie możliwe sposoby. Napisała o ciuchach – tylko głupoty jej w głowie. O psychoterapii – a czym tu się chwalić? O mindfulness – a co ona tam wie, i w ogóle po co ten korposzczurowy, angielski termin, jak mamy swój własny, polski. A o pisaniu to już w ogóle najgorzej, niech sama się najpierw nauczy pisać.

No więc takie myśli zwykle przez chwilę dudnią w mojej głowie, ale staram się pokazywać im środkowy palec i mimo wszystko klikać „Opublikuj“. I zawsze poświęcić chwileczkę na docenienie trudu, który w to włożyłam. Poza wszystkim, to jest przecież blog o nauce akceptowania tego, kim się jest – a nie ma na to chyba lepszego świadectwa, niż pokazywanie swoich niedoskonałych, wrażliwych tekstów światu 🙂

Początkowo chciałam napisać na ten temat tekst poradnikowy, coś w stylu „jak pisać lepiej“. Wydaje mi się jednak, że to porada równie ogólna, co „jak być szczęśliwym“ albo „jak dobrze żyć“. Każdy z nas ma swoją własną historię sukcesów i niepowodzeń w radzeniu sobie z przelewaniem własnych myśli na papier. Myślę, że udręki twórcze są uniwersalne i równie bolesne, niezależnie od tego, czy piszesz bloga, magisterkę czy np. Panią Bovary. Dlatego moją historię zamykam otwartym pytaniem do Was: jakie uczucia budzi w Was pisanie? Przyjemność i dobra zabawa, czy jednak – jak to określał Tadeusz Konwicki – „piłowanie trupa“? I dlaczego mimo wszystko dalej piszemy, choć to takie nudne, żmudne i trudne zajęcie? Przecież nie kieruje nami wyłącznie masochizm, prawda? 😉

Fot. Dave Michuda / Unsplash