Jak się kłócić skutecznie? 7 wskazówek o konstruktywnej złości

Jak się kłócić skutecznie? 7 wskazówek o konstruktywnej złości

Kiedyś wydawało mi się, że dobrą relację definiuje brak kłótni. Idealny związek to taki, w którym partnerzy mają zawsze to samo zdanie i potrafią czytać sobie w myślach. Dobra relacja rodzinna – dziecko, które nigdy sie nie buntuje i rodzic zezwalający na wszystko. Świat, w którym każdy z każdym się zgadza. A przecież w gruncie rzeczy to wizja przerażająca. Świat bez konfliktów stanąłby w miejscu – w końcu rozwijamy się i poznajemy siebie właśnie dzięki konfrontacjom z odmiennością. Dlaczego więc mamy taki problem z wyrażaniem złości?

Dlaczego w złości tracimy kontrolę?

Złość jest emocją, na którym w naszym społeczeństwie nie ma przyzwolenia. Trzeba ją ugłaskać i głęboko ukryć. Jak to jednak zwykle bywa z emocjami, to co ukryte wcale nie znika. Raczej wzbiera pod powierzchnią, aż ciśnienie jest tak duże, że wybucha – gwałtownie i bez jakiejkolwiek kontroli. Kiedy złość wreszcie pokazuje się publicznie, jest groźna, bo nie mamy nad nią żadnej władzy. A te emocje, które nie poddają się kontroli, trzeba przyklepać i schować – w ten sposób koło się zamyka.

I we mnie własna złość przez wiele lat budziła lęk. Byłam grzeczną dziewczynką, której myśl o sprzeciwie przez głowę by nie przeszła. Potem nastolatką, która była naprawdę wściekła, ale całą siłę swojej złości obracała przeciwko sobie. I wreszcie zahartowaną przez ten nastoletni okres, dorosłą kobietą, przyzwyczajoną do przyjmowania cudzych spraw bez mrugnięcia okiem. Z mocnym imperatywem sprawiedliwości – to znaczy owszem, można się zezłościć, ale tylko jeśli ktoś celowo mnie skrzywdzi. Do złości po prostu dlatego, że coś mi się nie podoba, nie dawałam sobie prawa przez lata. Odkrycie, że mogę i mam prawo ją wyrażać – to był milowy krok do akceptacij samej siebie, która tak mocno wpłynęła na poprawę mojego życia.

Uważność w złości

Pozwolenie sobie na wyrażanie złości naprawdę nie oznacza, że od dziś zaczynamy na wszystkich krzyczeć, wyzywać i rzucać się z pięściami. Można ją wyrażać w spokojny i w pełni akceptowalny społecznie sposób. Ba, można mówić o złości tak, by nikomu nie zrobiło się przykro i jeszcze zostać zrozumianym 😉 Z pomocą przychodzi uważność. Tak jak uczymy się obserwować inne emocje, tak samo warto obserwować złość. Po to, by poznać potrzeby, które za nią stoją. I po to, by uświadomić sobie, że złość nie jest żadną zewnętrzną siłą, tylko częścią mnie. Mam nad nią władzę, mogę decydować o sposobie, w jaki jej używam.

Konflikty i kłótnie, które nam się zdarzają, niekoniecznie muszą prowadzić do zerwania komunikacji. Wręcz przeciwnie, można je wykorzystać w dobrej sprawie i w rezultacie uczynić relację, w której się zdarzają, jeszcze głębszą i mocniejszą. Jak to zrobić? Zebrałam kilka wskazówek, które w moim przypadku okazały się najbardziej skuteczne.

7 wskazówek, jak wykorzystać kłótnię dla dobra Twojej relacji:

1. Daj prawo do odczuwania każdych emocji – i sobie, i innym

To podstawowa sprawa, bez której żadne porozumienie nie dojdzie do skutku. Pozwól sobie poczuć to, co naprawdę czujesz. Masz prawo do złości czy żalu. Masz prawo czuć się skrzywdzony czy potraktowany niesprawiedliwie, niezależnie od tego, jaki może być „obiektywny“ wydźwięk sytuacji. Jednocześnie osoba, z którą się kłócisz, ma prawo twoich argumentów nie rozumieć i postrzegać tę sprawę zupełnie inaczej.

W kłótniach najczęściej bywa tak, że każdy spostrzega wyłącznie swoje krzywdy i potrafi przytoczyć własne argumenty. Żaden z nich nie jest lepszy, ani gorszy – po prostu każdy patrzy na świat na swój sposób. Przekonywanie drugiej strony, że się myli, bo tak naprawdę to ty jesteś bardziej poszkodowany, jest skazane na porażkę i nigdzie cię nie doprowadzi.

2. Zaakceptuj to, że różnice zdań będą zdarzać się zawsze, a spory są naturalnym sposobem na ich rozwiązanie

Kłótnie w związku nie muszą wcale oznaczać, że Wasza relacja dobiega końca. Wręcz przeciwnie – bywają naturalną (i zupełnie zdrową) reakcją na wejście związku w nową, poważniejszą fazę. W kontekście rozwojowym, jako dzieci złościmy się przede wszystkim wtedy, kiedy potrzebujemy się sami określić, poznać i zaznaczyć swoje granice. Dziecko, złoszcząc się, odkrywa, że jest kimś innym niż rodzic – bo może mieć odmienne zdanie niż on. W związku dwojga dorosłych bywa podobnie. Każda nowa sytuacja – wspólne zamieszkanie, ślub, narodziny dziecka – wymaga wypracowania nowych reguł i ustalenia granic.

Mój prywatny przykład: odkąd jesteśmy z mężem po ślubie, kłócimy się dużo więcej niż kiedyś. Na początku bardzo nas to stresowało. W którymś momencie zrozumieliśmy jednak, że to naturalna kolej rzeczy. I nie, nie dlatego, że z biegiem lat mamy siebie dość 😉 Po prostu załatwiamy o wiele więcej wspólnych spraw niż kiedyś. Każdy ma na ich temat swoje własne zdanie – a często jest tak, że musimy przedstawić jedno wspólne stanowisko. Konflikty pozwalają nam zrozumieć własne odrębności i ustalić, na jakie kompromisy jesteśmy w stanie dla siebie pójść, a z czego za żadne skarby nie zrezygnujemy.

Jak się kłócić

3. Ćwicz porozumiewanie się bez przemocy

Komunikowanie złości bez przekraczania granic drugiej osoby to temat rzeka, który przerasta rozmiary tego tekstu. Z doświadczenia wiem też, że ćwiczenie tej pięknej umiejętności wymaga wielu lat pracy i nigdy nie staje się łatwe. Ale warto, bo efekty są spektakularne.

Koncepcja Porozumienia Bez Przemocy Marshalla Rosenberga opiera się na założeniu, że każdy – nawet bardzo agresywny – komunikat jest tak naprawdę wyrazem niezaspokojonych potrzeb rozmówcy. PBP bazuje na empatii wobec potrzeb drugiej osoby i na szczerym wyrażaniu potrzeb własnych. Zamiast skupiać się na formie komunikatu, próbujemy w nim dostrzec to, co ktoś próbuje powiedzieć o sobie. I sami staramy się używać takich słów, by wyrazić przede wszystkim swoje potrzeby, a nie dotyczące drugiej strony oceny i pretensje.

Więcej o komunikowaniu się wg Rosenberga przeczytacie w tekście Anety:
» Jak przestać wkurzać się na innych i czy to w ogóle możliwe  

4. Nie eskaluj konfliktu tylko po to, żeby wygrać spór

Kłótnia to nie zawody o to, kto ma rację. Tak jak pisałam w punkcie pierwszym, każdy ma swoją własną rację i własny zestaw argumentów. W kłótni nikt nie ma racji i każdy ją ma. Kiedy zamiast mówić o swoich potrzebach przechodzimy do wytykania drugiej stronie jej niedostatków  – porozumienie nie ma prawa zaistnieć. Można tak się przerzucać argumentami godzinami, ale po co? Nic w ten sposób nie zyskasz. Nawet jeśli druga strona w którymś momencie dla świętego spokoju przyzna ci rację, to nie zakończy waszego sporu. Prędzej czy później powróci i będzie odnawiał się tak długo, aż prawdziwy problem nie zostanie rozwiązany.

5. W każdej chwili możesz się zatrzymać

Złość jest emocją taką jak inne. A przede wszystkim – jest twoją emocją i masz na nią wpływ. Nie musisz pozwalać jej na to, by przejmowała nad tobą całkowitą kontrolę – zawsze możesz spróbować się zatrzymać i przyjrzeć się sytuacji z boku. Nawet, kiedy akurat jesteś w środku kłótni. To żaden obciach.

Mnie samej wciąż często zdarza się w kłótni zagalopować, powiedzieć kilka słów za dużo. Pomału godzę się z myślą, że nigdy się tego całkiem nie oduczę. Jak świadoma i uważna bym nie była, w silnych emocjach świat zawsze wygląda inaczej niż na chłodno. Warto jednak pamiętać, że złość potrafi ten obraz rzeczywistości zniekształcić. I kiedy uda nam się to zniekształcenie dostrzec, po prostu się zatrzymać. A potem przeprosić za słowa, których nie miałaś/miałeś na myśli i spróbować doprowadzić rozmowę do końca z chłodniejszą głową.

6. Pozwól drugiej osobie na pozostanie przy swoim zdaniu

Tak jak każdy z nas podczas kłótni ma prawo czuć to, co czuje, tak i każdy ma prawo pozostać nieprzekonany do racji drugiej strony. To bywa naprawdę frustrujące: tyle tłumaczenia, uzewnętrzniania się i przekonywania na nic…! Ale nie da się poczuć czegoś na siłę.

Zresztą, im więcej myślę o kłótniach, tym mocniej dochodzę do wniosku, że wcale nie chodzi w nich o przekonanie kogoś do swoich racji. Raczej o powiedzenie: to są moje racje i są dla mnie ważne dlatego, że… A to, co ta druga osoba z nimi zrobi, to jej sprawa. Wymagać od drugiej strony, by po jednej kłótni przejął nasz sposób patrzenia na życie – to bardzo ambitne i mało realistyczne oczekiwania. Samo przyjęcie do wiadomości w zupełności wystarczy.

7. Bez generalizacji – w końcu uważność to „tu i teraz“

Umieszczam ten punkt na końcu jako moją prywatną piętę achillesową. Często zdarza mi się podczas kłótni odwoływać do przeszłości, szukać wzorców i generalizować. Zdaję sobie jednak sprawę, że to zła strategia. Takie wypominanie nic konstruktywnego do rozmowy nie wnosi, a tylko wyprowadza z równowagi rozmówcę. Dlaczego? Bo kłótnia zawsze dzieje się w „tu i teraz“ i najczęściej dotyczy jednej, konkretnej sytuacji. Angażowanie do niej zdarzeń z przeszłości jest zgubne, bo często dla drugiej strony ten oczywisty związek przyczynowo-skutkowy wcale nie jest widoczny…

A Wy? Jak radzicie sobie z konstruktywnym wyrażaniem złości? Z czego jesteście dumni, a nad czym chcielibyście jeszcze popracować? Czekam niecierpliwie na Wasze doświadczenia i wskazówki! 

PS: Za inspirację do wpisu bardzo dziękuję Emilii ze Stacji Teraz, bez której artykułu o uważności w bliskich relacjach ten temat nigdy by nie powstał 🙂

ZapiszZapiszZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapiszZapiszZapisz

  • Z przyjemnością przeczytałam jak widzisz ten temat, bo w tej dziedzinie chyba trudno ustalić jakiekolwiek uniwersalne podejście – pewnie dlatego tak trudno się dogadać, kiedy do głosu dochodzą emocje! 🙂

    Sama miałam dwa odkrycia w dziedzinie kłótni i sporów: po pierwsze to, co opisujesz w punkcie 4, naprawdę nie trzeba nikomu robić długiej prezentacji na temat „dlaczego się mylisz”. 😀 Czasem naprawdę lepiej odwołać się do własnych odczuć albo potrzeb, nawet jeśli twarde fakty są po naszej stronie – to po prostu dużo łagodniejsze podejście! Ja sama wolałabym, by ktoś mi powiedział: „wiesz co, przeszkadza mi to i to”, zamiast „to i to robisz źle, nie tak jak powinno być”.
    A drugie odkrycie, dosyć świeże, to właśnie porozumienie bez przemocy (dzięki za podlinkowanie mojego posta na ten temat!). Wiąże się z pierwszą kwestią, ale jednak jest jeszcze bardziej nastawione na świadomość własnych potrzeb i myśli, a taka świadomość moim zdaniem zmienia WSZYSTKO. Przynajmniej w moim przypadku. 🙂

    Życzę, żeby jak najwięcej tych punktów udawało się nam wszystkim realizować w praktyce. <3 A praktyka, staranie, jak wiadomo, czyni mistrza. 🙂

    • Ja bym poszła nawet dalej z tym pierwszym punktem! Otóż im więcej się kłócę (w refleksyjny sposób 😛 ), tym mocniej dochodzę do wniosku, że w kłótni w ogóle nie ma czegoś takiego jak „twarde fakty”. To wszystko naprawdę sprowadza się do emocji, odczuć, potrzeb i jednostkowych interpretacji. Podczas kłótni często miewam naprawdę bardzo silne przekonanie, że „prawda jest po mojej stronie” i jak ktoś może tego nie zauważać… Ale kiedy trochę ochłonę i posłucham perspektywy drugiej osoby najczęściej dochodzi do mnie, że to nie była żadna „obiektywna prawda” tylko po prostu moje postrzeganie rzeczywistości oparte na moich wartościach/przekonaniach/doświadczeniach etc.
      Ale może to podejście wynika też z tego, że jak przystało na psychologa jestem relatywistką 😛 i nie wierzę w istnienie faktów jako takich. Swoją drogą nie powiem ile razy pokłóciłam się z moim mężem właśnie o to, hihi 😉

      • Hm, jeśli chodzi o relatywizm, to się nie zgadzam. Masz na myśli, że nie ma jednego, obiektywnego widzenia i rzeczywistości, a wszystkie oceny są względne, zgadza się? Jak dla mnie, to tak i nie. Tak, bo wszyscy możemy inaczej postrzegać rzeczywistość, ale nie znaczy to, że nie można wskazać obiektywnego dobra i zła (tj. wskazać, że coś jest obiektywnie dobre lub złe czy może raczej godziwe/niegodziwe). Niestety relatywizm może doprowadzić do niebezpiecznego wniosku, że każdy czyn jest usprawiedliwiony wolą i postrzeganiem czyniącego. Skoro przyjmujemy relatywizm moralny, odrzucamy pewne prawa absolutne i bierzemy na klatę, że nie możemy sprzeciwiać się np. zbrodniczym czynom, jeśli oprawca postrzega je jako własne dobro (jak np. w nazizmie). Naturalnie do praw absolutnych zalicza się dziś zdecydowanie więcej, niż powinno się zaliczać, a przez to paradoksalnie ogranicza się wolność jednostki (która też jest prawem absolutnym, może nawet najważniejszym), ale nie zmienia to faktu, że pewne obiektywne rozróżnienie między pojęciem dobra a zła jest nie tylko prawdziwe, ale też potrzebne, niezbędne do funkcjonowania w społeczeństwie. Takie moje zdanie 🙂

        Edit: Jeszcze jedna kwestia, piszesz, że jak przystało na psychologa, jesteś relatywistką. Ja myślę, że nie każdy psycholog jest relatywistą (mogę się mylić) – może masz na myśli bardziej pojęcie kary i winy. Istnienie obiektywnego dobra i zła czasem jest wysuwane jako argument za stosowaniem środków przymusu, kar, etc. (z czym nie do końca się zgadzam), ale w rzeczywistości takie rozróżnienie nie zakłada kary i winy. Dobro i zło czynu, a traktowanie go w pojęciach winy i kary, to jednak dwie różne rzeczy – może dlatego pomyślałaś o sobie w kategoriach relatywisty – nie wiem, daj znać. 🙂

        • Hehe, no właśnie o to najczęściej się kłócę 😉 Mówiąc, że jestem relatywistką, mam na myśli przede wszystkim to, że nie ma jednego obiektywnego postrzegania i że to, co w moich oczach wydaje się „obiektywnym złem”, w oczach dokonującego tego czynu może wydawać się sprawiedliwe i dobre. Mój ogląd rzeczywistości jest więc oglądem najczęściej z dwóch różnych perspektyw: mojej i chociażby próby spojrzenia na to oczami tej drugiej osoby, zrozumienia jej motywacji i przekonań, które popychają ją do takich działań. Dlatego napisałam, że „jak przystało na psychologa”, bo myślę że to w gruncie rzeczy nic innego jak poszerzona empatia.

          Ale też dobrze rozumiem to, o czym piszesz i relatywizm moralny budzi mój sprzeciw. Zgadzam się, że do funkcjonowania w społeczeństwie potrzebne są pewne moralne bariery. Ten przykład dotyczący nazizmu jest bardzo dobry – myślę, że z takim myśleniem jak moje jak najbardziej możemy się sprzeciwiać zbrodniczym czynom, bo są one niezgodne z osobistym poczuciem moralności moim, a pewnie i większości społeczeństwa. Ale jednocześnie bierzemy na klatę, że komuś innemu mogą się wydawać dobre, bo taki ma zestaw przekonań i wartości, i to właśnie przez niego przemawia, a nie obiektywne dobro czy zło.

          • Tak myślałam. 🙂 Relatywizm moralny to jednak przekonanie, że nie mamy prawa ograniczyć czyjejś wolności działania, nawet jeśli jest niezgodne z naszymi, czy większości przekonaniami – jeśli sprawdza twierdzi, że to dla niego dobre, to znaczy że to jest ok.

            A to o czym piszesz, wchodzenie w buty drugiej osoby i świadomość subiektywności swojego postrzegania, to chyba po prostu empatia, czy szerzej: otwarty umysł. Ale na pewno nie moralny relatywizm – na całe szczęście 😀

  • Temat u mnie bardzo żywy, szczególnie jeśli chodzi o bezpieczne wyrażanie emocji. Porozumienie bez przemocy jest bardzo mądre, ale faktycznie to wiele pracy, tym bardziej że kiedy włączą się naprawdę trudne emocje, to cała ta mądrość idzie to po prostu gdzieś w kąt i się o tym nie pamięta. A z nas wychodzi skrzywdzone dziecko… i prosi o uwagę. Naszą, a nie partnera. To moje ostatnie odkrycie – czasem od zaspokojenia tych potrzeb, które tak buzują, jesteśmy my sami. A kiedy je zaspokoimy i zadbamy, to otoczenie… też nagle potrafi to zrobić 🙂
    Co do ostatniego punktu, celowe grzebanie w przeszłości to rzeczywiście strata prądu, ale jeśli coś się pojawia samo… To może warto się temu jednak przyjrzeć? Kiedy emocje już opadną. Bo czasem kłótnia jest jednak o coś zupełnie innego, niż tu i teraz wygląda.

    • Otóż to! Bardzo się cieszę, że zwróciłaś na to uwagę. Mam wrażenie, że ze stosowaniem porozumienia bez przemocy jest trochę tak, jak z uważnym oddychaniem w radzeniu sobie z lękiem. Jeśli natężenie emocji jest umiarkowane, to jesteś w stanie to uchwycić i zadziałać. Ale kiedy emocje są naprawdę trudne i silne, to opanowanie ich tym systemem wymaga ogromnej samokontroli i trudno się dziwić, że nie zawsze się udaje. Przynajmniej ja przestaję sobie to wyrzucać 😉
      A co do ostatniego punktu, to jasne – przyjrzeć się warto. Ale właśnie potem, na spokojnie, a nie w samym środku kłótni, kiedy emocje buzują a pozorne związki przyczynowo-skutkowe rozkwitają w najdziwniejszych miejscach 😀

    • Mam nadzieję, że Matylda mnie nie zabije, że się panoszę i włączam do dyskusji na jej blogu, ale mam przemyślenie co do trudności stosowania pbp w trakcie żywego konfliktu. Wydaje mi się, że rozchodzi się o świadomość i wzorce. Jasne – raz nie będziemy pamiętać, drugi raz też nie, ale dopiero po kłótni i dzięki temu będziemy mogli jasno zobaczyć, o co poszło. Za trzecim razem coś nam zaświta już w trakcie wypowiadania oskarżycielskich słów, a za kolejnym rozpoznamy już myśl. Tak to się dzieje, naprawdę 🙂 Nie tylko w pbp, ale w ogóle w takim dbaniu o porządek w głowie. Prześwietlanie swoich myśli przynosi skutek i zaczynamy działać proaktywniej, tj. faktycznie decydujemy co dalej z tą myślą zrobić – wypowiedzieć, zachować dla siebie czy zrozumieć i zadziałać zgodnie z potrzebami. Trzeba się uczyć no! 😀

      • No na tym polega nauka, też mam nadzieję że za którymś razem coś zaskoczy 😉 w tym momencie najbardziej staram się być uważna na swoje emocje i próbować radzić sobie z nimi sama zamiast zwalać to na partnera, co też nie bywa najłatwiejsze. Uczę się też rozszyfrowywać prawdziwe emocje i to co za nimi stoi. No i być świadoma że one są we mnie i dla mnie. Małymi kroczkami do przodu 😉 świadomy i chętny do współpracy partner to też skarb 🙂

        • Współpracujący partner – zdecydowanie! Dzięki temu, że wiem, że z moim mężem jesteśmy jednak po tej samej stronie i chcemy dla siebie jak najlepiej, czuję się w kłótniach dużo pewniej. Wiem, że mogę popełniać błędy, wycofywać się, wiem też, że przykre słowa z drugiej strony nie znaczą, że w gruncie rzeczy jej nie obchodzę… Choć z drugiej strony, ponoć siła PBP stosowanego w praktyce jest tak wielka, że potrafi stworzyć komunikację nawet z bardzo wrogo nastawionym do ciebie partnerem. W końcu Rosenberg ćwiczył z trudną młodzieżą i w więzieniach… 😉