Jak oduczyć się prokrastynacji? Kilka słów o roli przekonań

Jak oduczyć się prokrastynacji? Kilka słów o roli przekonań

Długo kombinowałam z tytułem tego tekstu, starając się nadać mu formę, która z jednej strony wyrazi to, co chcę powiedzieć, a z drugiej nie pociągnie nas w kierunku mambo jambo w stylu „3 proste triki, dzięki którym natychmiast zaczniesz coś tam“. W rozwoju osobistym mamy teraz modę na motywację i superefektywność, a prokrastynacja – jako ich najpopularniejszy bloker – stała się w związku z tym bardzo popularną antycechą, której każdy człowiek sukcesu powinien się natychmiast pozbyć. Problem w tym, że nie ma żadnego natychmiast. Prokrastynacja to nie choroba, którą wyleczysz magiczną tabletką. To podejście nie bierze się znikąd – jest logiczną konsekwencją minionych wydarzeń i nawyków, a przede wszystkim przekonań, które żywimy na temat samych siebie, naszych umiejętności i pracy. Nikt nie rodzi się prokrastynatorem i nikt nie może przestać nim być w ciągu jednej doby. Ale skoro ten styl pracy jest efektem przekonań i nawyków, to możemy, zmieniając je, oduczyć się także konieczności pracy pod presją. Tylko tyle i aż.

Skoro więc mamy za sobą ten krótki, ale konieczny wstęp, powiem wam, w jaki sposób ja oduczyłam się prokrastynacji. A więc: oduczyłam się tak po prostu. Nie podejmowałam w tym celu żadnych działań, nie stosowałam żadnych technik, specjalnie nie zwracałam na to uwagi. To znaczy, kiedyś próbowałam, ale wobec braku efektów darowałam sobie tę nierówną walkę, a potem problem przestał istnieć. Napisałabym, że ta piękna zmiana zaszła sama z siebie, ale wcale tak nie było – po prostu, zamiast skupiać uwagę na eliminowaniu działań, chwilowo odłożyłam je na bok i pracowałam nad przyczyną. A kiedy moje wieloletnie przekonania uległy zmianie, okazało się, że wszystkie te destrukcyjne zwyczaje, które do tej pory wydawały mi się „nie do ruszenia“, nie są mi już potrzebne i mogę bez bólu wyeliminować je z mojego życia.

W poprzednim tekście opisywałam już najsilniej zakorzeniony w mojej głowie » mit twórczego geniuszu, który sprawiał, że praca pod presją wydawała mi się bardziej wartościowa i kreatywna od tworzenia z regularnością i konsekwencją. Dzisiaj chciałabym rozbroić kolejne mity – przyjrzeć się tym przekonaniom z bliska, zrozumieć wynikający z nich przymus odwlekania i pokazać wam, czym udało mi się je zastąpić. Jeśli sami borykacie się z prokrastynacją – sprawdźcie, czy przypadkiem nie dzielimy opisywanych myśli.

Motywacja i flow, czyli co próbujesz sam sobie powiedzieć przez prokrastynację?

Zacznę przekornie – od płynących z prokrastynacji korzyści. Bowiem poza wywoływaniem wszystkich twórczych cierpień i utrudnianiem życia, pełni ona pewną bardzo ważną funkcję: informuje nas, jakie działania sprawiają nam przyjemność same w sobie, a do których trzeba się przymusić. Być może znane jest wam pojęcie flow, opisane przez Mihály Csíkszentmihályi – węgierskiego psychologa o morderczym nazwisku. Csíkszentmihályi mianem flow określił ten twórczy i bardzo przyjemny stan, kiedy całym sobą angażujemy się w jakąś wykonywaną właśnie czynność – skupiamy się na niej tak mocno, że nie mamy żadnego problemu z koncentracją i nie zauważamy upływu czasu. Czynność, która wywołuje flow, musi spełniać określone warunki – nie może być ani za prosta (bo wtedy się nudzimy) ani za trudna (wtedy dochodzi do głosu lęk przed porażką, któremu niżej poświęcę więcej uwagi).

Mało kto odwleka wszystkie wykonywane przez siebie czynności. Z reguły nie mamy problemu z prokrastynacją podczas pracy nad swoim hobby czy projektami, w których czujemy się pewni siebie i kompetentni; dotyka ona tylko tych zadań, które wydają się albo zbyt trudne, albo przeciwnie – nużące, nierozwijające i zwyczajnie za łatwe. Zanim więc zaczniesz walczyć z samym sobą, zastanów się – dlaczego potrzeba odwlekania pracy pojawia się akurat teraz i co to mówi o wykonywanym właśnie zadaniu. Być może to, czym się zajmujesz, kompletnie cię nie interesuje albo nie sprawia ci żadnej przyjemności? Oczywiście, nie da się robić w życiu wyłącznie rzeczy, które dają nam flow (a i to flow nie zawsze przychodzi w tych samych momentach), ale warto wykorzystać ten prokrastynacyjny opór jako komunikat mówiący coś o naszych mocnych i słabych stronach, przekonaniach dotyczących własnej przyszłości i twórczych albo zawodowych kompetencjach.

Ze zbyt łatwymi, nużącymi zadaniami sprawa jest całkiem prosta. Jeśli nie możemy (albo nie chcemy) ich zostawić albo komuś przekazać, pozostaje taktyka jak najszybszego „odbębnienia“. Z mojego doświadczenia wynika, że w takim przypadku prokrastynację można dość sprytnie wykiwać dzięki odpowiedniej motywacji – kilka stosowanych przeze mnie technik opiszę niebawem w kolejnym tekście. Od razu jednak zaznaczę, że ta motywacja nie ma wiele wspólnego z medialnym kultem człowieka sukcesu. To raczej zbiór kilku prostych, konsekwentnie stosowanych, samowychowawczych zasad, które mimo niechęci pomagają mi utrzymać dyscyplinę pracy.

Co jednak, jeśli faktycznie zależy nam na realizacji jakiegoś zadania, ale czujemy, że jest ono zbyt trudne? I to nie na poziomie techniki czy suchych faktów, ale na tym emocjonalnym – niby wszystko gra, a po prostu nie możemy się za to zabrać…? Mam wrażenie, że za taki stan rzeczy odpowiedzialne są dwie podstawowe myśli:

„Muszę to zrobić idealnie“

Kiedyś kokieteryjnie powtarzałam, że perfekcjonizm to świetna odpowiedź na pytanie o słabą stronę podczas rekrutacji, bo to taka wada, która w rzeczywistości jest zaletą. Taaa, akurat. Prawda jest taka, że perfekcjonizm ma niewiele wspólnego ze skuteczną realizacją zadań – to raczej chodzenie w kółko po własnych śladach, zacieranie ich i tworzenie nowych, ładniejszych i bardziej symetrycznych. To przekonanie, że nie mogę zamknąć żadnego zadania, dopóki nie będzie wystarczająco dobre. Przy czym pamiętajmy proszę, że dla perfekcjonisty „wystarczająco dobry“ oznacza „idealny“, a przynajmniej dorównujący jego mocno wyśrubowanym standardom. Jak to wyglądało u mnie? Kiedy zdawałam egzamin, uważałam, że muszę mieć poziom wiedzy tak wysoki jak profesor prowadzący przedmiot. Kiedy chciałam napisać książkę, moim rywalem był Tomasz Mann. Kiedy zaczęłam ćwiczyć, po tygodniu płakałam, że jeszcze nie mam figury jak Chodakowska…

Związek perfekcjonizmu z prokrastynacją jest ogromny. Bo skoro dążę do czegoś, co z założenia jest nieosiągalne, to po co w ogóle się starać? Kiedy próbowałam napisać coś tak dobrze, jak chcę, nie potrafiłam skończyć choćby jednego akapitu – nieustannie go poprawiałam, skreślałam, dopisywałam i kasowałam, tracąc wiele godzin na te pozbawione sensu twórcze rozterki. Aż wreszcie kończył mi się czas, docierało do mnie, że dzieło idealne jeszcze tym razem nie powstanie, odpuszczałam sobie na chwilę doskonałość i wreszcie zaczynałam pisać. Nic dziwnego, że mój przymus pracy pod presją był tak duży – to była moja metoda na obejście narzuconych samej sobie, wyśrubowanych standardów, bez której żadnego z rozpoczętych przez siebie zadań nie doprowadziłabym do końca.

JAK Z TYM WALCZĘ? Uczę się dawać samej sobie pozwolenie na niedoskonałość. Wpoiłam sobie zasadę, że samo działanie jest ważniejsze niż jego późniejsza ocena. Wystarczy, że po prostu skończę pisać ten tekst – nawet jeśli teraz wydaje mi się beznadziejny. Wolę być autorką rzeczywiście istniejącego, beznadziejnego tekstu niż genialnego dzieła, które nigdy nie opuści mojej głowy. Perfekcjonizm i prokrastynacja dzielą zamiłowanie do detali – łatwo się jakiegoś chwycić i przetwarzać go godzinami, bo w ten sposób stwarza się pozór intensywnej pracy, a przy tym wcale nie posuwa jej naprawdę do przodu. Dlatego teraz podczas pracy staram się zwracać uwagę wyłącznie na całość. Koślawe zdanie? Trudno, zdarza się. Literówka? Poprawię potem. Chwila chwila, czy to, co piszę, na pewno ma sens? NIeważne, przemyślę to na świeżo następnego dnia, najwyżej opublikuję tekst z akapitem bez sensu. Takie podejście pozwala na doprowadzenie zadania do końca i budzi we mnie cieplutkie uczucie dumy z własnej skuteczności. Poza tym, na zamkniętej całości detale naprawdę dopracowuje się dużo łatwiej.

I druga, towarzysząca temu przekonaniu myśl…

„A jeśli robię coś źle?!“ 

Oddać pracę, pójść na egzamin, opublikować artykuł… we wszystkie te czynności wpisane jest prawdopodobieństwo jakiejś porażki. A jak doskonale wiemy, poczucie sukcesu albo porażki zależy wyłącznie od interpretacji i często to, co nam wydaje się końcem świata, dla kogoś może świadczyć o wielkiej wygranej (i – niestety – vice versa). Jak zminimalizować ryzyko, że coś się nie uda? Oczywiście, najłatwiej nie brać w tym udziału, a jeśli już naprawdę trzeba – stworzyć sobie warunki pracy tak trudne i bolesne, że już samo podjęcie się działania będzie jawiło się jako sukces. No dobrze, może moja praca roczna nie jest najlepsza, ale napisałam ją w trzy godziny, heloł! OK, może ledwo zdałam egzamin z ulubionego przedmiotu, ale przecież praktycznie wcale się do niego nie uczyłam – moje trzy na szynach nie jest więc w tym przypadku porażką, lecz godnym pochwały osiągnięciem, potrafiłam w końcu zagadać egzaminatora i mimo braku wiedzy wybrnąć z trudnej sytuacji. Takie mechanizmy samoutrudniania świetnie charakteryzuje Paweł Fortuna w książce Pozytywna psychologia porażki.

pozytywna-psychologia-porazki-jak-z-cytryn-zrobic-lemoniade-b-iext34537289

Paweł Fortuna
Pozytywna psychologia porażki
(można ją jeszcze kupić TUTAJ)

Ten lęk ma jeszcze jedno oblicze, widoczne zwłaszcza podczas twórczej, wymagającej oryginalności pracy – obawę przed odsłonięciem się na krytykę i oceną. Co, jeśli się mylę? Co jeśli te moje szczere, napisane z serca słowa są banalne i głupie? Co, jeśli wszyscy będą się ze mnie śmiali? To właśnie ten lęk bardzo uprzykrzał mi życie pod koniec pierwszych studiów i zamienił pisanie pracy magisterskiej w koszmar. Przedstawiałam w niej dosyć oryginalne treści i – chociaż poparłam je dobrze dobranymi przykładami – aż do obrony żyłam w lęku przed ich oceną. Obawa, że być może nie mam racji, doprowadziła mnie do prokrastynacyjnego paraliżu, zafundowała kilka miesięcy twórczych bolączek, bezsennych nocy, wybuchów płaczu i przekonania, że nigdy nie ukończę studiów. Nie muszę chyba mówić, że koniec końców ten lęk okazał się zupełnie bezpodstawny.

JAK Z TYM WALCZĘ? Moją odpowiedzią jest budowanie zaufania do własnych kompetencji. Znacie ten często przerabiany mem: Trust me, I’m an engineer? Pomijając oryginalny, ironiczny kontekst, chodzi tu właśnie o to – o podparcie poczucia własnej wartości i pewności siebie pewnymi obiektywnymi, charakteryzującymi nas osiągnięciami. Przykładowo, jak zwykle trochę się boję, że ten tekst zostanie źle odebrany – może popełnię jakąś gafę, przytoczę niewłaściwą teorię, ktoś odbierze go jako beznadziejny stylistycznie itp. Przypominam sobie jednak o wszystkich zewnętrznych, opisujących mnie faktach. Na przykład: mam na temat prokrastynacji dużą wiedzę, płynącą i z książek, i z własnych doświadczeń, więc jestem w pełni uprawniona, by wypowiadać się na ten temat. Wiele osób mówi, że potrafię dobrze pisać, więc nawet jeśli nie jest to mój najlepszy tekst, mogę założyć, że trzyma przyzwoity poziom. Kończę studia psychologiczne na świetnej uczelni, więc moja wiedza jest na tyle duża, że mogę kompetentnie przekazywać ją na swoim blogu. I wreszcie, co najważniejsze – nawet jeśli popełnię jakiś drobny błąd, to będzie tylko detal. Detal, którego ktoś inny może w ogóle nie zauważyć, a nawet gdyby tak się stało, nie wpłynie on przecież na ocenę całej mojej osoby, wiedzy i pracy. Wbrew naszym oczekiwaniom, inni ludzie nie są na świecie po to, by zauważać i punktować wszystkie nasze błędy – ożywcza wiedza, prawda?

Patrząc wstecz, widzę wyraźnie, że to właśnie te dwa przekonania zmuszały mnie do pracy pod presją. Kiedy zaczęłam je sobie uważnie oglądać i kawałek po kawałeczku rozbrajać, stopniowo przymus stawał się coraz lżejszy. I choć daleka jestem od stwierdzenia, że teraz zawsze jest mi łatwo, a za każde zadanie zabieram się w podskokach – wiem już, dlaczego w niektórych sytuacjach mam ochotę prokrastynować bardziej niż w innych i z czego to wynika. I przede wszystkim: zamiast utrudniać samej sobie pracę, teraz robię wszystko, by maksymalnie ją ułatwiać.

Jestem szalenie ciekawa Waszych doświadczeń – czy udało Wam się zidentyfikować przekonania, które stoją za prokrastynacją w Waszym przypadku? A jeśli nie macie z nią problemu albo już udało Wam się ją przełamać – jakie cechy charakteru pomogły w wykształceniu nawyku regularnej, nie wymagającej presji pracy? Podzielcie się swoją wiedzą i nie prokrastynujcie odpowiedzi 🙂