Jak kupować mniej?

Jak kupować mniej?

Bardzo się cieszę z obecnej mody na slow life i – co za tym idzie – na robienie mniejszych, bardziej świadomych zakupów. Zachęcanie do wolniejszego, uważnego i mniej zagraconego życia jest naprawdę super. Odnoszę jednak wrażenie, że choć wszyscy mówią nam, dlaczego powinniśmy kupować mniej, rzadko dowiadujemy się, w jaki sposób konkretnie to zrobić – tak jakby podjęcie decyzji o zmianie polegało na przestawieniu w głowie jakiejś wajchy i wskoczeniu w nowy tryb życia w ciągu jednego dnia. A przecież kilkanaście lat zachęcania do kupowania błyskawicznie i „na zapas“ zrobiło swoje: nauczyliśmy się już kupować szybko, bezmyślnie, a co więcej – traktować zakupy jako idealny pomysł na relaks i spędzanie wolnego czasu. Nie da się zmienić utrwalonego modelu funkcjonowania z dnia na dzień.

Ja również przez wiele lat traktowałam kupowanie jako wartość samą w sobie. Kiedy byłam mała, w nagrodę za dobre oceny babcia zawsze zabierała mnie na zakupy, więc w dorosłym życiu zaczęłam to robić sama – każdy zdany (albo niezdany) egzamin, każdą trudną rozmowę, każdą porażkę miłosną trzeba było (wy)nagrodzić obowiązkowym tournee po najbliższej galerii handlowej. Kiedy podczas dnia spotkała mnie drobna przykrość, było jasne, że po drodze do domu wskoczę na chwilę do drogerii po kolejny balsam do ciała albo kolejne śmieszne skarpetki z H&M. Nikomu nie robiłam tym krzywdy, nie wydawałam dużo, a moje zasoby przedmiotów mimo wszystko mieściły się w granicach przyzwoitości – a jednak z roku na rok czułam się z tym coraz gorzej. Bo koszmarne warunki pracy w fabrykach, bo kiepska jakość wykonania, bo wcale tego nie potrzebuję, bo to nieekologiczne, bo nie sprawia mi to radości, wreszcie – bo czuję przesyt i chciałabym chcieć mniej.

Długo funkcjonowałam właśnie w ten sposób – z wyrzutami sumienia, ale jednocześnie nie wiedząc, co zrobić, żeby to zmienić. Starym zwyczajem buszowałam w sklepach i znosiłam do domu tony niepotrzebnych drobiazgów, ale tuż po zakupie czułam się z tym tak źle, że korzystanie z nowych przedmiotów nie sprawiało mi żadnej przyjemności. Próbowałam różnych metod: ustalałam limity (kwotowe albo ilościowe), umawiałam się ze sobą, że za każdą nową rzecz wyrzucam jedną starą (postanowienie było mocne w momencie zakupu, ale po powrocie do domu robiło mi się szkoda), robiłam sobie miesiąc bez zaglądania do jakichkolwiek sklepów i tuż po jego zakończeniu galopowałam do galerii, by natychmiast to nadrobić.

Co ostatecznie mi pomogło? Pomocne okazały się wskazówki z poradników (Magia sprzątania Marie Kondo i Slow Fashion Asi Glogazy), psychoterapia, a przede wszystkim – obserwowanie i testowanie własnych zachowań. Bez sztywnych zasad, bez ogarniczeń, bez wywierania na samą siebie presji. Próbowałam zrozumieć samą siebie, zastanawiałam się, dlaczego – pozornie sprawiając sobie przyjemność – wciąż odczuwam dyskomfort i jak mogę to zmienić. Wyciągałam wnioski i wprowadzałam je w życie, a kwestia zakupów z tygodnia na tydzień stawała się mniej problematyczna. Dziś piszę o tym, co pomogło w moim przypadku – może te wskazówki i dla Was okażą się pomocne.  

1. Nie traktuj zakupów jako nagrody, pocieszenia czy hobby

Spójrzmy na to pragmatycznie: robienie zakupów to czynność, podczas której wymieniasz swoje dobra (pieniądze) na inne dobra, których nie masz czasu albo możliwości sam wyprodukować. Tylko tyle. Cały problem w tym, że wokół kupowania narosło mnóstwo mitów, od których trudno się uwolnić. Mit płciowy: wszystkie kobiety kochają zakupy. Mit rodzinny (u mnie bardzo mocny): w nagrodę za sukces dziecka należy się materialna nagroda. Mit dbania o siebie: chcę podarować samej sobie coś pięknego. Mit samodzielności i niezależności finansowej: sama na to zapracowałam, więc mogę mieć coś, na co nie mogłam sobie wcześniej pozwolić. Mit relaksu: chodzenie po sklepach mnie odpręża. I tak dalej, i tak dalej. Tymczasem – tak jak w przypadku każdego innego uzależnienia – za poprawę Twojego samopoczucia nie odpowiada sama czynność, a przekonania, które z nią wiążesz. Dopóki będziesz traktować kupowanie jako głaskanie siebie, dopóty będziesz wracać do domu ze zbędnymi przedmiotami, które już w momencie zakupu w gruncie rzeczy były nieistotne, bo stanowiły jedynie pretekst do oddania się samej czynności robienia zakupów.

2. Kupuj tyle, ile faktycznie potrzebujesz

Kupowanie na zapas nigdy nie jest dobrym pomysłem. I wbrew pozorom nie dotyczy to zbiorów wyłącznie ciuchowo-kosmetycznych, ale też tych bardziej praktycznych, codziennych zakupów spożywczo-gospodarczych. Jeszcze do niedawna wyprawa raz w miesiącu do hipermarketu wydawała mi się szczytem organizacji – robiłam sobie piękną listę i w ciągu paru godzin załatwiałam zapasy na cały miesiąc. Niestety, w praktyce ten system nie funkcjonował już tak dobrze. Część rzeczy się marnowała, bo nie zdążaliśmy z jedzeniem, na inne nie mieliśmy ochoty, o jeszcze innych istnieniu zapominaliśmy i robiąc codzienne, drobne zakupy (których przecież nie da się uniknąć) przynosiliśmy niepotrzebnie kolejne sztuki na zapas. Przepełniona lodówka wydaje się szalenie dorosła, kiedy jesteś na studiach i trzymasz w niej głównie alkohol i ketchup – w praktyce szybko się okazuje, że nadmiar lubi zamieniać się w chaos. Teraz wszystkie zakupy robię więc na bieżąco:  te spożywcze co 2 dni, a inne po prostu wtedy, gdy zajdzie taka potrzeba. To pozwala mi zachować kontrolę nad zapasami, nie marnować ich, a przede wszystkim – odbiera możliwość usprawiedliwienia zakupu niepotrzebnego mi w danym momencie produktu jako „świetnej cenowej okazji na zapas“.

3. Odkryj na nowo swoje własne zbiory

Czyli coś, co nazywam „shoppingiem we własnych zbiorach“ albo self-secondhand 😉 Dosyć nieoczekiwanym plusem posiadania zbyt wielu przedmiotów jest to, że samemu się tak do końca nie wie, co właściwie się ma. Mniej kochane rzeczy gnieżdżą się gdzieś w pudłach albo z tyłu szafek, czekając na swój wielki moment, który najczęściej nigdy nie nadchodzi. Ale są też historie z happy endem – rzecz, którą tuż po zakupie rzuciłam w kąt, odkryta po roku okazuje się nagle piękna i przydatna. Podczas lektury Slow Fashion bardzo spodobało mi się stwierdzenie, że zamiast kupować, zawsze lepiej korzystać z tego, co się ma (nawet jeśli nie jest idealnie takie, jak byśmy chcieli). Wcześniej, żyjąc marzeniem o „idealnej garderobie“, miałam w szafie nieustanny ruch. Kupowałam tę „prawie idealną“ bluzkę, ale „prawie“ szybko zaczynało mi przeszkadzać, więc wystawiałam ją na sprzedaż, mówiąc sobie, że następnym razem już nie zadowolę się byle czym. Oczywiście szybko zaczynało mi brakować tego elementu garderoby, więc zamiast cierpliwie czekać na ideał, na szybko kupowałam kolejną bluzkę „prawie“ i historia zataczała koło. Teraz patrzę na moje zbiory o wiele łaskawszym okiem i często daję im drugą szansę – w ten sposób podczas ostatnich porządków odkryłam na nowo kilka bluzek, jeansy i torebkę, o których istnieniu zapomniałam na kilka miesięcy.

 4.Nigdy nie kupuj pod wpływem chwili

„Super oferta“, tłumy w ciasnej przymierzalni, głośna muzyka i tylko jedna sztuka w potrzebnym ci rozmiarze – wszystkie elementy konstrukcyjne sieciówek zachęcają nas właśnie do tego, by decyzję o zakupie podjąć błyskawicznie, bo inaczej okazja przemknie nam koło nosa. Sklepy internetowe działają podobnie, kusząc darmowymi dostawą i zwrotem, dzięki którym jesteśmy skłonni zamawiać więcej (w końcu zawsze można zwrócić). Warto nauczyć się, jak nie ulegać tym impulsom i niezależnie od okoliczności zakupowych dawać sobie chwilę na przemyślenie sprawy. Jak zwykle, są różne systemy: niektórzy odczekują miesiąc, inni decydują się na zakup dopiero wtedy, gdy wymyślą dla nowego przedmiotu kilka praktycznych zastosowań – ja nie jestem aż tak ortodoksyjna i mimo wszystko pozwalam sobie czasem na bycie spontaniczną i niepraktyczną. Zawsze jednak odczekuję – czasem kilkanaście minut, a czasem kilkadziesiąt dni – i zawsze zastanawiam się, czy faktycznie chcę to coś mieć, czy też decyzja o podejściu do kasy została podyktowana czymś zupełnie innym (bo inni mi wykupią, bo mam już dosyć szukania, albo moje ulubione: bo jak wyjdę z pustymi rękami, to pani ekspedientce zrobi się przykro).

5. Żadnych zakupów „przy okazji“

Kolejny argument za niekupowaniem w pośpiechu – jestem wielką przeciwniczką zaglądania do sklepów „przy okazji“ albo wtedy, gdy akurat mamy wolne pół godziny pomiędzy spotkaniami. Przynajmniej w moim przypadku działa to tak, że nieustannie rzucam okiem na zegarek i ekspresowo przerzucam wieszaki, co zwiększa jeszcze presję opisaną w poprzednim punkcie i jeszcze mocniej skłania do podejmowania decyzji w pośpiechu. Wydaje mi się również, że trudniej zauważyć 10 drobnych zakupów zrobionych w różnych miejscach przy okazji niż jedne porządne, na które świadomie poświęciliśmy swój czas. Kiedy prowadziłam spis swoich wydatków, byłam w szoku, że dużo więcej pieniędzy wydawałam właśnie na te kupione przy okazji drobiazgi niż podczas „porządnych“ zakupów, na które wybierałam się raz na jakiś czas. Z tych drugich byłam też dużo bardziej zadowolona – do dziś pamiętam swoje wielkie jesienne zakupy kilka lat temu, na które z dumą wydałam pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze (całe 300 złotych!), a drobiazgi już dawno wyleciały mi z głowy.

6. Lista, lista, po stokroć lista

Ja kocham robić listy, ale wiem, że nie wszyscy podzielają tę miłość. Uwierzcie mi jednak, że z opracowanym wcześniej planem naprawdę działa się lepiej. Jednak – jakkolwiek głupio to nie brzmi – tworzenia dobrych list też trzeba się nauczyć. Ważne, by nie były one ani zbyt ogólne („warzywa“, „bakalie“, „chleb“ – ile? jakie?) ani zbyt restrykcyjne (zdarzało mi się zastanawiać, czy na pewno mogę wziąć jeden dodatkowy słoik, skoro nie ma go na liście – taka ze mnie formalistka). Moje listy są dosyć szczegółowe, ale zawsze zostawiam sobie na nich miejsce na malutkie odstępstwa albo wynikające z sytuacji zmiany. W końcu mają mi pomagać, a nie ograniczać.

7. Masz z czymś problem? Zminimalizuj ryzyko

Obserwuj, w których sytuacjach czujesz się najbardziej komfortowo i częściej wybieraj właśnie te formy zakupów. Zastanów się, czy podejmujesz bardziej świadome decyzje w sklepie stacjonarnym, czy kupując przez internet. Czy wolisz płacić gotówką, czy kartą. Czy łatwiej jest ci w ogóle nie śledzić oferty sklepów, czy przeglądać ją regularnie i tworzyć listę marzeń, którą będziesz realizować raz na jakiś czas. U mnie np. metoda całkowitego odcięcia niezbyt się sprawdza, bo wyobrażam sobie, że mnóstwo mnie omija. Co jakiś czas sprawdzam więc aktualne oferty, zapisuję to, co wpadło mi w oko, i daję sobie czas na zweryfikowanie, czy faktycznie tego chcę – po kilku dniach z reguły o 3/4 już nie pamiętam, a pozostałą 1/4 kupuję z przyjemnością, bo wiem, że naprawdę będę z niej korzystać. Uważnie obserwuj więc swoje reakcje i wypracuj własny system, dopasowany do twojego planu dnia i twoich potrzeb – nawet jeśli nie będzie tak spójny ani minimalistyczny, jak mógłby być. Wbrew temu, co czasem się może wydawać, w slow life’owej wizji zakupów wcale nie chodzi o to, by kupować mało, lecz o to, by przynosić do domu tylko rzeczy, które faktycznie chce się mieć. Bez przesytu, bez niepokoju, bez wywieranego przez media przymusu nowości, ale też – bez wyrzutów sumienia i krępujących, narzuconych przez kogoś ograniczeń. Kupuj więc tak jak chcesz, i tyle, ile naprawdę chcesz. Trzymam za to kciuki!

fot. The Trend’N Female Magazine / Unsplash