„Jaglany detoks” Marka Zaremby: dieta, duchowość i kasza

„Jaglany detoks” Marka Zaremby: dieta, duchowość i kasza

Jaglany detoks odkryłam dwa lata temu, zupełnym przypadkiem. Do zakupu skłoniła mnie estetyczna okładka wystawiona tuż przy empikowej kasie. Nie wiem, czy dzieliłam się już z Wami tym mało minimalistycznym faktem, ale szczerze uwielbiam książki kucharskie i mam ich w domu dziesiątki. Lubię je sobie kartkować w leniwy weekend, w poszukiwaniu inspiracji. Myślałam, że propozycja Marka Zaremby też będzie czymś w tym stylu – ładnym albumem, do którego zajrzę sobie czasem dla estetycznej przyjemności.

Wyszło jednak zupełnie inaczej. Jaglany detoks trafił do mnie w trudnym, przełomowym momencie. Czułam się zniechęcona, przytłoczona i potrzebowałam w życiu zmiany. Niektórzy w takich momentach chodzą na ostre cięcie do fryzjera – a ja testuję nowe diety 😉 Tym razem padło więc na detoks. Tych 7 eksperymentalnych dni okazało się pierwszym krokiem do trwałej zmiany moich żywieniowych nawyków. Detoks pomógł mi też w odniesieniu jednego z największych prozdrowotnych sukcesów w moim życiu – czyli w rzuceniu palenia (wkrótce będę świętować 2. rocznicę!). Samą dietę wspominałam jako dość ciężką, ale na tyle smaczną i skuteczną, że postanowiłam ją sobie powtórzyć na początku tego roku – tym razem w duecie z mężem.

Jednocześnie, Jaglany detoks to bardzo specyficznie napisana książka, która nie każdemu przypadnie do gustu. Ba, która i we mnie budzi często ogromną irytację. Marek Zaremba w swoich tekstach znacząco wykracza poza ramy kulinarne, zmierzając w stronę pogadanek na temat „jak żyć“. A tego typu porady bywają zazwyczaj irytujące, zwłaszcza gdy bazują na odmiennym systemie wartości, który jest w tekście mocno eksponowany.

Na samym wstępie chciałam więc Wam zapowiedzieć, że moja historia z publikacjami Marka Zaremby to taki klasyczny love hate relationship. Z jednej strony szanuję jego wiedzę dietetyczną i podziwiam pomysły kulinarne, na które w życiu bym sama nie wpadła. Kupuję jego kolejne książki dla fantastycznych zdjęć i kreatywnych, zdrowych przepisów. Układając swoje tygodniowe menu, to właśnie po publikacje Zaremby sięgam najczęściej. Zawsze też na myśl o jaglanym programie będę odczuwać wdzięczność, bo to on był moim ostatecznym bodźcem do rzucenia palenia – a to moje zwycięstwo życia.

Z drugiej strony: no nie umiem nie zgrzytać zębami podczas tej lektury! Wystarczy kilka stron i już czuję ogromną irytację. Wyprowadza mnie z równowagi jej dydaktyzm i prowadzona przez autora ewangelizacja. Publikując ten tekst, odczuwam spory dysonans poznawczy. Chcę chwalić się tym, jak dobrze się podczas detoksu czułam i ile fantastycznych smaków odkryłam, a jednocześnie zastanawiam się, czy powinnam przyczyniać się do promowania podawanych w taki sposób treści. Miał być prosty tekst o diecie, ale czuję, że nie unikniemy w nim filozofii 😉

Na czym polega jaglany detoks?  

Póki co trzymajmy się jednak konstrukcyjnego szkieletu recenzji poradnika. Jakie są główne założenia polecanej przez Marka Zarembę diety? Koncepcja jaglanego detoksu opiera się na popularnej w internetach teorii o równowadze kwasowo-zasadowej organizmu. Zgodnie z tą teorią, na skutek stresu, zanieczyszczeń i niewłaściwej diety równowaga ta zostaje zaburzona, a organizm – zakwaszony, co oczywiście powoduje szereg dolegliwości i sprzyja rozwojowi poważnych chorób. Odpowiedzią jest oczyszczenie organizmu poprzez spożywanie produktów o działaniu alkalizującym, czyli w dużym ogólnieniu: kaszy (przede wszystkim jaglanej), warzyw i owoców.

Mam wrażenie, że sama koncepcja równowagi kwasowo-zasadowej pojawia się w polskich publikacjach o zdrowym stylu życia coraz częściej (kojarzę chociażby jeszcze Alkaliczny detoks Beaty Sokołowskiej). Z tego co wiem, środowiska medyczne trochę z tej teorii śmieszkują, bo zmiana ludzkiego pH wcale nie jest taka prosta – polecam tekst Kasi Gandor o diecie alkalicznej. Ale nawet jeśli spojrzymy na tę koncepcję z lekkim przymrużeniem oka, warto dać jej szansę. Z prostej przyczyny: diety alkalizujące zachęcają do odstawienia cukru, kofeiny, białej mąki i większości produktów odzwierzęcych. Zamiast tego zalecają potrawy oparte na warzywach, zdrowych tłuszczach i bezglutenowych zbożach, skomponowane z ogólnodostępnych, lokalnych produktów. Nawet jeśli nic to w naszej równowadze kwasowo-zasadowej nie zmieni – to i tak warto. Lokalne, nieprzetworzone składniki zawsze będą lepsze od sklepowych gotowców.

I właśnie w tej kulinarnej prostocie i lokalności tkwi moim zdaniem największa siła Jaglanego detoksu. Żeby się oczyścić, wcale nie musisz głodować i jechać przez tydzień wyłącznie na sokach. Możesz jeść do syta, szykując sobie potrawy kolorowe, niedrogie i smaczne. Program Marka Zaremby to w gruncie rzeczy taki kulinarny minimalizm. Zachęca do tego, by jeść mniej, uważniej i prościej.

Jaglany detoks – Marek Zaremba

Jak się czułam podczas detoksu?

Choć do części teoretycznej mam sporo zastrzeżeń, to jedną wskazówkę uważam za szalenie cenną. Autor zachęca, by potraktować detoks z należytą uwagą i na czas trwania programu uczynić go swoim priorytetem. Postarać się o luźniejszy czas w pracy, zapewnić sobie przestrzeń na relaks, ćwiczenia fizyczne i odpowiednią ilość snu. Z doświadczenia powiem, że naprawdę warto tak zrobić. Detoks kosztuje dużo energii i trudno jest podczas tego tygodnia funkcjonować na normalnych obrotach. Mnie było ciężko zwłaszcza podczas pierwszych dwóch dni – czułam się, jakby ktoś napchał mi do głowy waty i każda czynność zajmowała mi 2 razy więcej czasu niż zwykle.

Z każdym kolejnym dniem było jednak coraz lepiej. Podsumowując ten tydzień doszłam do wniosku, że wcale nie czułam się w tym czasie ograniczona. Owszem, czasem zatęskniłam za kawą, serem albo czymś słodkim po obiedzie, ale ten impuls szybko mijał. Mój mąż – którego codzienna dieta jest dużo dalsza od tej detoksowej niż moja – też z dużym zaskoczeniem przyznał, że nie spodziewał się, że szykowane przez nas potrawy będą tak sycące i smaczne.

Najbardziej uciążliwe w jaglanym detoksie były dla mnie nie same kulinarne ograniczenia, ale konieczność przygotowywania wszystkiego w domu, z dużym wyprzedzeniem. Często zdarza mi się jeść obiad na mieście i chociaż odwiedzam raczej te zdrowsze miejsca (Salad Story my love!), to w czasie detoksu ich oferta okazywała się jednak niewystarczająca. Rozumiem ból osób będących na co dzień na specyficznych dietach, bo złapanie czegoś „na szybko“ jest wtedy naprawdę trudne – ja ratowałam się batonami z daktyli i Marwitami.

Jeśli planujecie detoks, pamiętajcie też, że te potrawy nie należą do najszybszych w przygotowaniu. Wiele z nich wymaga pieczenia albo długiego gotowania – warto rozpisać to odpowiednio wcześnie i szykować półprodukty w większych seriach.

uważność i nowe smaki

Detoks zrobiliśmy tuż po Świętach, kiedy poziom przejedzenia tłustymi mięsiwami, chlebami i słodyczami osiągnął absolutne maksimum. Podczas tych 7 dni poczułam, że udało mi się wrócić do normy. Pomijając początkowe cierpienia związane z brakiem kawy, czułam się pełna energii i rześka. Najadaliśmy się do syta, a jednocześnie żadna z przygotowanych w trakcie detoksu potraw nie wywołała poczucia przejedzenia czy ciężkości.

Dzięki detoksowi zauważyłam też, na jakie produkty miałam w ciągu tego tygodnia ochotę, a bez jakich mogłabym się spokojnie obyć. Jeśli przymierzacie się do przeprowadzenia detoksu, zachęcam Was do obserwacji organizmu i notowania wniosków – mogą być zaskakujące. Ja w trakcie detoksowego tygodnia najbardziej tęskniłam za kawą, słodyczami i bagietką z mozarellą. Natomiast słodzone napoje, fast food, nabiał, masło i mięsa mogłyby dla mnie nie istnieć ­– ich brak znosiłam zupełnie bezboleśnie. To dla mnie kolejny argument za tym, by wreszcie na stałe przejść na wegetariańską stronę mocy i ograniczyć nabiał do minimum (tylko te sery…).

Moje odkrycia kulinarne

Program jaglanego detoksu to też kilka odkryć kulinarnych i fantastyczne połączenia, które mnie samej w życiu nie przyszłyby do głowy. Moje hity:

  • pesto pietruszkowe z pestkami słonecznika i tahiną – nie przepadam za natką pietruszki, ale w zestawieniu z sezamowym aromatem tahiny jest fenomenalna!
  • plasterki jabłka i buraka jako dodatki do burgerów;
  • kasza jaglana z migdałami, granatem i cieciorką, z tahiną, cynamonem i szczyptą curry – idealnie rozgrzewające śniadanie we wschodnim stylu;
  • I generalne wyniesione z detoksu przekonanie, że pesto można zrobić ze wszystkiego. A potem można je wymieszać z dowolną kaszą, posypać pestkami albo orzechami i wychodzi z tego naprawdę smaczny obiad.

Jaglany detoks – Marek Zaremba

duchowość a kasza

Jak widzicie, sam program oczyszczający wspominam bardzo przyjemnie. Dlaczego więc napisałam, że zastanawiam się, czy powinnam tę pozycję promować? Sęk w tym, że Jaglany detoks to książka bardzo otwarcie światopoglądowa. Autor nie ukrywa, że jest gorliwie wierzącym katolikiem, a dietę traktuje tylko jako jeden z pierwszych – i w żadnej mierze niewystarczających – kroków do zdrowego życia. W swojej najnowszej publikacji sam zresztą pisze o tym wprost:

Z zaciekawieniem czytam komentarze o tym, że zbyt mocno podlewam swoje książki „kościelnym sosem“. Przyznam jednak, że bardzo mnie to cieszy, ponieważ właśnie taki jest sens mojej pracy – chcę pokazać, że nie samym chlebem człowiek żyje. Kasza jaglana nie uzdrowi wszystkich naszych chorób (…). Jeżeli nie czujecie tego tematu, kupiliście w ciemno książkę z jaglanymi przepisami i jesteście rozczarowani światopoglądem Zaremby, to pamiętajcie, że w chrześcijaństwie nie ma przypadków. Bóg z miłością wychodzi zawsze pierwszy, być może potrzebujecie jeszcze trochę czasu, by wrócić do domu Ojca.
– Marek Zaremba, Jaglany detoks – kolejny krok, s. 13.

Dla czytelników tego bloga nie jest chyba wielką tajemnicą, że to dosyć dalekie od moich poglądów obszary. Ale ta odmienność światopoglądowa sama w sobie nie sprawia mi problemu. Choć nie jestem wierząca, szanuję wagę duchowości i uważam, że odgrywa ona w życiu bardzo istotną rolę – często wręcz nadaje mu sens. Zgadzam się też z poglądem Zaremby, że w drodze do zdrowego życia zmiana psychiki jest o wiele bardziej istotna niż sama dieta. Do wielu osób takie chrześcijańskie odniesienia trafią wprost, bo będą spójne z ich wiarą. Inni mogą pewnie potraktować je bardziej metaforycznie i kiedy będzie mowa o modlitwie, zastąpią ją np. refleksją czy medytacją.

Nie oczekuję od autora poradnika neutralności światopoglądowej. To jego święte prawo, by dzielić się tym, co sam uważa za ważne i słuszne. Są zresztą autorzy, którzy robią to w super sposób, sprawiając, że chociaż nie identyfikuję się z ich wiarą, to jednak w żaden sposób nie czuję się przez nich wykluczana. Do głowy przychodzi mi tutaj np. fantastyczna Agnieszka Maciąg 🙂

Na czym więc polega mój problem?

Problemem w Jaglanym detoksie jest forma, w której ten światopogląd zostaje przedstawiony. Bardzo surowa, dogmatyczna i pełna dydaktyzmu, a przy tym pozbawiona konkretów. Chodzenie na lekcje religii stosunkowo wcześnie przestało mnie dotyczyć, ale ton Jaglanego detoksu budzi we mnie takie właśnie, katechetyczne skojarzenia. Dużo w nim zakazów, straszenia, potępiania i wykrzykników – natomiast mało odpowiedzi na pytanie „dlaczego“. Nie dotyczy to wyłącznie porad duchowych (których ilość w książce o dietetyce jest skądinąd mocno zaskakująca, ale tak jak pisałam – takie autora święte prawo). Mam wrażenie, że ten katechetyczny ton rozciąga się również już na te zupełnie laickie obszary. Wiele jest w Jaglanym detoksie zdań straszaków, z których wynika, że współczesny świat pełen jest pułapek, a nowotwory czyhają na każdym rogu. Krótko mówiąc – we fragmentach teoretycznych Jaglany detoks jest w odbiorze naprawdę ciężkostrawny.

I tu wracam do wątpliwości, które towarzyszyły mi na wstępie. Na ile światopogląd autora powinien mieć wpływ na moją ocenę jego pracy? Co dokładnie powinno podlegać tej ocenie? Jak mogę mieć do Marka Zaremby pretensje, że tak otwarcie przedstawia swój światopogląd, skoro sam nazywa to sensem swojej pracy? Z drugiej strony – czy robię dobrze, opisując (i poniekąd polecając) Wam książkę promującą poglądy, które uważam za szkodliwe – np. ćwiczenie jogi jako otwieranie drogi dla „złych mocy“? Może nie powinnam dawać zarabiać na sobie autorowi, którego wizja świata jest tak sprzeczna z moją? A może właśnie przeciwnie: dopiero w zderzeniu z odmiennymi poglądami i umiejętności cierpliwego ich poznawania bez złości zaczyna się rozwój? Może na tym polega prawdziwa akceptacja świata? Z przyjemnością poznam Wasze zdanie na te tematy.

Mieliście do czynienia z książkami Marka Zaremby? Co o nich sądzicie? A może testowaliście którąś inną, opartą na koncepcji alkalicznej dietę? I na ile zwracacie uwagę na osobowość autora sięgając po książki bądź co bądź bardzo praktyczne?

Fot. 1. Calm Station / 2. Nordwood Themes & 3. Brooke Lark via Unsplash 

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

  • rudawstazka.wordpress.com

    Mam problem z rzeczami, które reklamują się taką niby-nauką. Z jednej strony rozumiem, że generalnie jedzenie warzyw itp to zdrowa koncepcja, z drugiej – jak tylko ktoś zaczyna pisać o nieistniejącym zakwaszeniu organizmu to zaczynam nabierać wrażenia, że ktoś nie wie, o czym mówi albo liczy, że dam się nabić w butelkę.
    Z resztą, podobnie mam z duchowością: cieszę się, że ktoś znalazł rodzaj duchowości, w którym się odnajduje i rozumiem, że chce się swoim sposobem na szczęście dzielić, ale straszenie jogą już mnie drażni. Także rozumiem twoje zgrzytanie zębami 😀

    • No właśnie, ja też od razu robię się czujna, kiedy takie niby-naukowe teorie wchodzą w grę. Z drugiej strony, mam wrażenie że w dzisiejszych czasach – czasach post-prawdy, jak to je ktoś kiedyś ładnie nazwał – to jest nie do uniknięcia, bo rzetelność i zakorzenienie w źródłach przestają być wartością. Czy też raczej, na każdą teorię znajdziesz swoje źródła, które ją potwierdzają – „Jaglany detoks” też ma z tyłu podaną bogatą bibliografię.

      • rudawstazka.wordpress.com

        Fakt, też racja. Niektóre źródła wyglądają na tak rzetelnie opracowane, że muszę się dwa razy zastanowić nad tym, czy to ma coś wspólnego z prawdą nawet wtedy, gdy jakaś dziedzina jest mi bliska.

    • Jak ja się z Tobą zgadzam! Zresztą teraz w ogóle jak przeczytałam ten zacytowany przez Matyldę fragment o tym, że mam rzekomo „wrócić do domu Ojca” po przeczytaniu tej książki i że to nie przypadek, że ją kupiłam (a w zasadzie dostałam). Tak, to nie przypadek. Uważam, że kasza jaglana jest mega zdrowa i warto ją jeść, poza tym jest smaczna i chciałam poznać więcej jaglanych przepisów. 🙂 Niemniej „mroczną” jogę ciągle praktykuję i „zakwaszającą” kawę – która jest swoją drogą niesamowicie dobra dla wątroby, która pełni kluczową rolę w usuwaniu z organizmu toksyn – piję. Wniosek z tego tylko taki, że do tego wszystkiego najlepiej podchodzić z umiarem czy też – jeśli ktoś woli – z przymrużeniem oka. 🙂

      • rudawstazka.wordpress.com

        O tak, uwielbiam książki, w których jest mowa, że „to nie przypadek, że dana pozycja wpadła ci w ręce”. Od razu żałuję, że nie wpadły w ręce kogoś innego 😛

  • Muszę Cię zmartwić: zachęciłaś mnie! 😉 Primo: oczywiście same przepisy i to, jak się czułaś po detoksie. Secundo: ten ton ewangelizacyjny. Ja na odmianę jestem praktykującą (choć bardzo nieświętą) katoliczką, więc po prostu na pewne teksty jestem przygotowana. Na niektóre dlatego, że są zgodne z moim światopoglądem. Na inne dlatego… że wielu katolików je powtarza, mimo że z realnym chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego. ALE jestem właśnie ciekawa ogromnie, jak będę na to reagować!

    • Zupełnie nie czuję się zmartwiona i jestem szalenie ciekawa Twojej oceny! Będę się przypominać, żebyś dała znać, jak wrażenia 😉

  • Ton tego pana mnie również trochę odstrasza 😉 choć niektóre zawarte w jego tekstach prawdy duchowe są poniekąd spójne z moimi (bo drogi duchowe, choć różnie wyglądają, to siłą rzeczy nie mogą się różnić puentą – prowadzą przecież do jednego celu) to popełniony jest największy grzech katolików, czyli nietolerancja i umniejszanie tych innych, „nie naszych” dróg i wzmacnianie strachu i podziałów, czego nie potrafię zobaczyć jako drogi do miłości. Otwiera mi się od tego scyzoryk w kieszeni, i chyba nic dziwnego, że odbieram to jako atak. A z drugiej strony – czy sama jestem taka tolerancyjna wobec drogi, której nie potrafię zrozumieć? Czy jest to może i dla mnie jakaś nauka? Czuję, że prawdziwie empatycznym podejściem byłoby wspieranie innych nawet, jeśli nie podobają nam się ich poglądy, a jednocześnie daję sobie prawo do złości, niechęci i oporu. Ten człowiek działa odważnie we własnej prawdzie, w zgodzie z własnym sercem i za to szacunek. A jeśli są do tego dobre przepisy – to nawet chętnie się zapoznam z jego pracą.

    • Ja podczas pierwszej lektury „Jaglanego detoksu” też miałam wrażenie, że chociaż nie użyłabym takich słów, porównań i metafor, to jednak ogólny wydźwięk tekstu jest spójny z moimi przekonaniami. Nawet bardzo mnie ten katolicki ton nie drażnił, starałam się patrzeć ponad nim i zauważać ponadreligijną wspólną płaszczyznę. Ale niestety, im dalej w las, tym więcej pojawia się w tekstach Zaremby stwierdzeń, że tylko proponowana przez niego ścieżka duchowa ma sens, a za wszystkimi innymi stoi Szatan. Zraziło mnie to, bo poczułam, że włożyłam dużo pracy w zrozumienie i akceptację odmiennych poglądów, ale zupełnie nie ma takiej woli z drugiej strony.

      • Chyba nikt nie lubi czuć że jego światopogląd jest obrażany. Sama zadaję sobie pytanie czy spokojne słuchanie takich teorii jest oznaką tolerancji i dystansu, czy brakiem postawienia granic i przyzwalaniem na agresję… Staram się za tak radykalnymi opiniami dostrzegać lęk i podchodzić do tego z miłością, ale mądra miłość polega też na tym, że czasem trzeba zwyczajnie powiedzieć stop. Ciekawy temat 🙂