Hello sadness, my old friend

Hello sadness, my old friend

Moim największym hobby (i generalnie sposobem na życie) jest poddawanie własnych emocji i doświadczeń wnikliwej refleksji, co w dyskursie psychologicznym nosi wdzięczną nazwę inteligencji intrapersonalnej. W praktyce wygląda to tak, że chodzę, przeżywam, a potem o tym myślę – i znowu przeżywam to, co pomyślałam – i tak dalej. Ponieważ od wielu lat te swoje analizy dodatkowo zapisuję, jestem w stanie zaobserwować pewne wzorce i zauważam, że wzrost chodzenia i myślenia następuje właśnie jesienią. Pamiętam takie spacery, powroty skądś dokądś nawet sprzed 5 czy 10 lat, podczas których zapadałam się w siebie tak głęboko, że cały świat stawał się zamglony i półprzezroczysty (wrażenie tym bardziej intensywne, że – przynajmniej w moich wspomnieniach – jakoś zawsze było już szarawo z powodu zmierzchu i generalnej jesienności). Koncentracja na sobie tak intensywna i całkowita, że na chwilę cały świat zewnętrzny przestaje się liczyć. I choć ten opis może brzmieć trochę niepokojąco, bardzo sobie cenię ten stan – za chwilę zatrzymania, głębię, którą mi daje i możliwość weryfikacji swoich celów. Mimo że doświadczenia, w które tak się zapadam, często nie są przyjemne, pozostaje mi po tym takie miłe wrażenie ciepła i troski, którą otaczam sama siebie. Refleksyjność to mój ciepły kocyk.

Wspominam o tym, bo od niedawna funkcjonuję w takim właśnie jesiennym trybie wzmożonej refleksji. W tym roku jest dla mnie zaskakująco bolesny i – choć kocyk cały czas opatula – trudno mi działać tak sprawnie jak zazwyczaj. W czym problem? Jest mi smutno. Czuję się zniechęcona, przytłoczona i mam wszystkiego dość. Swoim zwyczajem przyglądam się temu i wyciągam wnioski.

Widzicie, mam ze smutkiem ogromny problem, bo do pewnego etapu towarzyszył mi zawsze. W chwilach bolesnych był całkowicie na miejscu, ale i w tych lepszych – kiedy wszystko układało się dokładnie tak, jak chciałam – pozostawał ze mną i nie pozwalał mi odpocząć. W parze ze smutkiem zawsze szedł lęk i jeden z najczęstszych błędów poznawczych – założenie, że moje emocje jako pierwsze wiedzą coś, z czego ja sama jeszcze nie zdaję sobie sprawy. Skoro jest mi smutno, to znaczy, że wcale nie jest tak dobrze, jak mi się wydaje. Coś zaraz musi się zepsuć. Tylko co? Im lepiej mi się układało, tym większej spodziewałam się katastrofy – albo sama pomagałam ją w końcu wywołać, by szybciej mieć za sobą ten przykry moment i wrócić do normalności, w której mój smutek byłby znów zasadny. Jednocześnie wyrzucałam sobie, że jestem niewdzięczna, bo nie potrafię docenić spotykającego mnie szczęścia (więc – podpowiadał lęk – za tę niewdzięczność musi mnie spotkać jakaś nauczka).

Funkcjonowałam tak przez kilka (kilkanaście?) lat, aż poczułam się naprawdę źle i wreszcie postanowiłam poszukać pomocy u psychiatry, co wtedy oczywiście wydawało mi się upokarzające, żałosne i głupie /5 lat później – i jako pacjentka, i jako adeptka – mówię: jest dokładnie na odwrót. Taka decyzja boli i wymaga odwagi, ale potem naprawdę jest lepiej/. Nagle okazało się, że mój wieczny smutek to nie cecha charakteru, tylko zaburzenie afektywne o wdzięcznym numerze katalogowym F34.1 – dystymia. Dystymia to mówiąc potocznie taka lajtowa wersja depresji i to właśnie jest w niej najstraszniejsze. Nie ma tu ciężkiej artylerii – człowiek chory na depresję któregoś dnia po prostu nie wstaje z łóżka i wypisuje się z uczestnictwa w życiu społecznym; dystymik latami się z niego wygrzebuje i wygląda na dobrze prosperującą jednostkę, tylko nie widzi w tym żadnego sensu ani nie czuje z tego powodu radości. Stosując metaforę z innej gałęzi medycyny można powiedzieć, że epizod depresyjny jest jak zapalenie płuc – ostry, zagrażający życiu stan o intensywnym przebiegu, wymagający natychmiastowej hospitalizacji, a dystymia jak astma, z którą można latami funkcjonować bez prawidłowego rozpoznania, ale której obecność może prowadzić do bardzo poważnych komplikacji i znacząco obniża jakość życia.

Myślę, że kwestiom rozpoznawania i leczenia dystymii poświęcę jeszcze niejeden tekst, bo to ważny dla mnie temat. Póki co zakończmy jednak na tym, że już jako zdiagnozowana dystymiczka w przeciągu paru lat zmieniłam w swoim życiu praktycznie wszystko: sposób myślenia, prawie wszystkie dotychczasowe zwyczaje, podejście do pracy, związków, życia, wizję swojej ścieżki zawodowej itd., itp. Od opisywanych tu wydarzeń minęło 5 lat i w ciągu tych pięciu lat stałam się – jak to się ładnie mówi – zupełnie innym człowiekiem. Człowiekiem, który potrafi odczuwać szczęście i spełnienie, ba! – odczuwa je przez większość czasu. Mam teraz naprawdę pozytywną wizję siebie, przyszłości i świata, mnóstwo pomysłów i czasem czuję się jak wcielenie w życie ideału człowieka z tych wszystkich krążących po Facebooku motywacyjnych cytatów.

Jest tylko jeden efekt uboczny: teraz zupełnie nie umiem być smutna.

To nie znaczy, że w kółko się cieszę, bo bardzo często coś mi nie pasuje. Bywam rozdrażniona, sfrustrowana albo wściekła, bywam przerażona albo zaniepokojona, zdarza się też, że jestem znudzona, zmęczona i generalnie – niezadowolona. Ale smutku brak.

Aż tu nagle: przychodzi taki tydzień jak teraz. Czuję się przybita, mam wszystkiego dosyć, każda czynność zajmuje mi 3 razy więcej czasu. Wyczołguję się z domu z niechęcią, zamiast wybiegać z niego w podskokach. Chodzi mi się po mieście trudniej, ze spuszczoną głową, czuję się jak za ścianą z waty i w różnych miejscach publicznych (zwłaszcza w kolejkach) nagle chce mi się płakać. Jednym słowem: smutek – wersja klasyczna.

Znam przyczyny tego nastroju – nie wziął się znikąd i wiem, że nie jest dla mnie groźny. Łatwo go oswoić – wystarczy przeczekać, trochę sobie odpuścić, sprawić sobie przyjemność, odpocząć. Mimo tej wiedzy, mam ze smutkiem problem. Boję się go – tak jak nadopiekuńcza matka, która trzęsie się nad każdym kichnięciem swojego chorowitego dziecka. Bo może ten smutek wcale nie jest zwykłym smutkiem? Może to nawrót choroby? Może kiedy jutro się obudzę, życie znów okaże się tamtym strasznym, czarnym syfem? Wiem, że nie, ale boję się i tak. Łatwiej spróbować to zagłuszyć, zmuszając się do aktywności i radości – liczyć na to, że jak będę udawać wystarczająco dobrze, to zdołam nabrać wszystko i wszystkich, z własnymi emocjami włącznie.

Niestety, ten model też już przetestowałam i wiem, że prowadzi donikąd. Dlatego postanawiam, że tym razem nie mam zamiaru udawać. Tym razem sobie pozwalam – czuć się gorzej, wyglądać gorzej, robić mniej, mieć mniej siły i ochoty. Zamiast przed nim uciekać, chcę zrobić smutkowi miejsce. Niech sobie będzie, jaki jest, niech sobie zrobi, co ma zrobić i pójdzie, kiedy będzie już mógł pójść. Tyle mówię o uważności i akceptacji trudnych emocji – najwyższa pora i u siebie wreszcie wprowadzić tę lekcję w życie. Także smutku, cześć, czołem, siema!

(W sumie dopiero po napisaniu tego tekstu dotarło do mnie, że dokładnie o tym samym opowiada pixarowy Inside Out, którego obejrzenie gorąco z tej okazji polecam – sama chętnie go sobie przypomnę w ramach kocowo-kanapowej autoterapii.)

Jak się mają Wasze emocje? Wszystkie na pokładzie, czy którejś z nich nie lubicie dopuszczać do sterów?

fot. Chris Anderson / Unsplash