Healthism: czy o zdrowie można troszczyć się za mocno?

Healthism: czy o zdrowie można troszczyć się za mocno?

Dbanie o zdrowie stało się w ostatnich latach tematem bardzo popularnym w mediach. Myślę, że to wspaniała zmiana. Kiedyś rzeczy, które dzisiaj uważamy za oczywiste, należały do obszaru wiedzy specjalistycznej albo egzotycznej. Dziś dbanie o zdrowie stało się modne – stało się zdrowym stylem życiaTroska o dietę, regularny ruch, work life balance i profilaktykę chorób to w naszym blogowo-medialnym przekazie niemalże konieczność.

Dbanie o zdrowie to opiekowanie się samym sobą. To troska o to, by było mi dobrze na każdej płaszczyźnie życia. To zdrowy egoizm, zachęcający do zastanowienia się, co dobrego mogę jeszcze podarować mojemu organizmowi w prezencie. Taka postawa jest świetna i zawsze będę Was do niej zachęcać.

Na czym polega healthism?

Ale jak to często w życiu bywa, dobra i korzystna dla nas troska o zdrowie ma też swój mroczny rewers. Kiedy ten obszar życia staje się dla nas zbyt istotny, w pielęgnowaniu zdrowego stylu życia docieramy do skrajności. Dbałość o zdrowie staje się celem samym w sobie – obsesją, której poświęcasz większość codziennych wysiłków. I źródłem frustracji, bo czego byś nie robiła, twoje wysiłki będą zawsze niewystarczające. Taka nadmierna, obsesyjna troska o zdrowie doczekała się w literaturze psychologicznej swojej własnej nazwy – healthism.

Termin może brzmieć egzotycznie, do tej pory funkcjonował zresztą głównie w literaturze amerykańskiej. Zastanówcie się jednak przez chwilę, czy postawa, o której piszę, nie wydaje się znajoma. Kiedy rządzi Tobą healthism, troska o zdrowie staje się nadrzędną ideą kierującą życiem. Może przejawiać się w tym, że np. wokół zdrowych posiłków próbujesz zorganizować cały swój dzień, a wynikająca z braku czasu „dietetyczna porażka“ budzi ogromne wyrzuty sumienia i frustrację. Może wpływać na relacje, bo pójście na zakrapianą imprezę koleżanki nie jest niczym przyjemnym, skoro wokół czeka tyle niezdrowych pokus. Wreszcie, może wiązać się z oceną i etykietowaniem – tych, którzy o zdrowie nie dbają, uważamy za niewykształconych, gorszych, a nawet mniej etycznych.

Wszystko, co napisałam powyżej, w którymś momencie dotyczyło również mnie. Był taki czas, kiedy troska o zdrowie stała się jednym z najważniejszych dla mnie obszarów życia – obszarem, który z właściwym sobie perfekcjonistycznym zapałem chciałam doprowadzić do doskonałości. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, rozumiem że kluczem do tej gonitwy w stronę zdrowotnej perfekcji był LĘK.

moja historia: życie w strachu przed chorobą 

Bo widzicie, zawsze miałam wrażenie, że moje zdrowie jest w jakiś sposób zagrożone. Choroby nowotworowe dotknęły prawie wszystkich członków mojej rodziny po kolei, a najtrudniejsza z nich – przegrana walka z rakiem krtani mojego taty – odcisnęła na mnie piętno, z którym dopiero teraz pomału uczę się naprawdę żyć. Kiedy miałam 17-18 lat, zaczęłam się bać, że to po prostu nieuniknione: choroba prędzej czy później spotka i mnie, i wszystkich moich bliskich.

Paradoksalnie, początkowo radziłam sobie z tym lękiem w najgorszy z możliwych sposobów – uciekając od niego we wszystkie dostępne rozpraszacze. Moim podstawowym lekiem na każdy niepokój były papierosy. Często pomagałam sobie też jedzeniem, żywiąc się głównie fast foodami i czekoladą, albo dla odmiany nie jedząc prawie wcale. Nie uprawiałam żadnych sportów, a od siedzenia przed komputerem i krzywego kręgosłupa męczyły mnie koszmarne bóle pleców, zawroty głowy i migreny. To wszystko – i życie od imprezy do imprezy – wydawało mi się wtedy studencką normą. Miałam wrażenie, że realizuję tak pożądany przeze mnie model artystycznego stylu życia, wzorcowo zgodny z ulubionym Hymnem rozpustników Stachury.

Kiedy trochę się ustabilizowałam, a moje życie zaczęło się układać – i kiedy wyleczyłam depresję, bo wszystkie te opisane wyżej rzeczy to też były jej objawy – lęk o zdrowie znowu dał o sobie znać. Miałam poczucie, że przez ostatnie lata zrobiłam swojemu organizmowi ogromną krzywdę i że muszę natychmiast zacząć działać, by zniwelować te wszystkie negatywne skutki. Stałam się wtedy ekspertką od wiedzy teoretycznej. Kupowałam wszelkiej maści poradniki o oczyszczaniu, kandydozie i antyrakowych dietach. Z wypiekami na twarzy czytałam od dechy do dechy Women’s Health i Be Active. Odżywiałam się wtedy zupełnie zwyczajnie – czasem lepiej, czasem gorzej – ale miałam wieczne wyrzuty sumienia, że nie jem wystarczająco fit i eko. Dalej paliłam papierosy, ale dosłownie ze łzami w oczach i ze strachu przed wywoływanymi przez nie choroby budziłam się w nocy.

„Nie staram się wystarczająco mocno” 

Aż wreszcie nadszedł przełomowy rok 2016 i niespodziewanie wprowadziłam wszystkie upragnione zmiany w życie. Zrobiłam sobie jaglany detoks i zupełnie mimochodem rzuciłam palenie. Odstawiłam tabletki hormonalne. Zaczęłam 3 razy w tygodniu chodzić na fitness. Przeszłam na dietę Healthy Plan By Ann, na której schudłam 7 kg i nauczyłam się zdrowo gotować na co dzień. A na koniec założyłam tego bloga, by móc o tym wszystkim napisać 🙂

» W poszukiwaniu straconego spokoju, czyli dlaczego powstał ten blog
» Nie zasłużyłam na ładny strój do ćwiczeń
» Moje pierwsze udane podejście do diety, czyli 2 miesiące z Healthy Plan By Ann
» Jak na dobre rzucić palenie? 7 wskazówek byłego palacza
» Jaglany detoks Marka Zaremby – dieta, duchowość i kasza

I tak to jakoś trwało przez dłuższy czas. Czasem było lepiej, czasem gorzej, ale zasadniczo trzymałam się wszystkich swoich nowych postanowień i czerpałam z nich całkiem dużo radości. To znaczy, tak sobie myślę TERAZ, patrząc na to z dzisiejszej perspektywy. Bo kiedy żyłam w taki sposób, to ciągle było niewystarczająco dużo.

Po wypiciu jednego piwa ze znajomymi albo zjedzeniu sklepowego batonika miałam wyrzuty sumienia do końca dnia. Zamiast cieszyć się regularnym wysiłkiem fizycznym, dzięki któremu wreszcie nie bolały mnie plecy – na co latami nie potrafiłam się zdobyć! – zastanawiałam się, jak z trzech godzin ćwiczeń tygodniowo mogę zrobić sześć. Pierwszym sygnałem, że coś jest z tym podejściem nie tak, była moja lista marzeń, którą spisałam w zeszłym roku, z okazji zbliżających się urodzin. Przeważająca część punktów dotyczyła osiągnięć ciała: wyćwiczyć to, poprawić tamto, tego nie stracić. Nic złego w takich planach, ale to był mój wewnętrzny perfekcjonista w najczystszej postaci. Mnóstwo ambicji, zero radości.

Czym jest healthism?

Porażka „projektu zdrowie”

Z tym coraz bardziej zadaniowym nastawieniem kontrastował fakt, że od początku roku poświęcałam wszystkim moim prozdrowotnym działaniom coraz mniej uwagi. Zwyczajnie nie starczało mi na nie siły ani czasu. Zmieniły się moje priorytety, plan dnia stał się dużo mniej stabilny, dużo więcej czasu spędzałam poza domem, często na pracy fizycznej. Mimo to wyrzucałam sobie, że nie jestem wystarczająco zmotywowana / zorganizowana, by podczas przeprowadzki, remontu i stażu ćwiczyć tyle co wcześniej i zdrowo się odżywiać. Na wiosnę moja waga wróciła do stanu wyjściowego sprzed diety, a ja znowu nie wyobrażałam sobie dnia bez czegoś słodkiego ze sklepu.

Męczona wyrzutami sumienia, postanowiłam na kilka tygodni wykupić sobie wegetariański pakiet diety pudełkowej, w którym wszystko było odpowiednio policzone i zbilansowane. To miał być mój powrót „na zdrowe tory“ w wersji na nowe, bardziej zapracowane czasy. W efekcie… dawno nie czułam się tak kiepsko. Na nic nie miałam energii, wyglądałam jak nadmuchany balon, a na koniec dopadło mnie zatrucie. W tym samym czasie dowiedziałam się, że moje próby uregulowania gospodarki hormonalnej w naturalny sposób nie wystarczą i muszę wrócić do stosowania tabletek. Wiecie, co oznaczają tabletki antykoncepcyjne dla takiej rozczytanej w prozdrowotnej literaturze healthistki? Zgroza, trucizna, rozwalona wątroba, zakrzepica i nowotwór. Ten powrót do „łykania chemii” zupełnie mnie załamał. Uznałam te wydarzenia za porażkę i doszłam do wniosku, że mój Projekt Zdrowie poniósł klęskę.

Co daje mi radość? 

Odpuściłam sobie. I – jak zwykle, kiedy zdejmujemy z samych siebie jarzmo wewnętrznych oczekiwań 😉 – stał się cud. Po raz kolejny okazało się, że kiedy przypominam sobie, że nie muszę czegoś robić, dociera do mnie, jak bardzo to lubię.

Uwielbiam ćwiczyć jogę i tańczyć na zumbie nie dlatego, że są zdrowe. Lepsza kondycja, sprężyste ciało czy brak bólu pleców to tylko miłe efekty uboczne. Uwielbiam to, bo przynosi mi radość i spokój. Bo kiedy jestem smutna albo zła, ćwicząc mogę te emocje ukoić albo przeciwnie – wytupać i wykrzyczeć.

Dieta pudełkowa nie zdała u mnie egzaminu, bo dla mnie kwintesencją zdrowego gotowania jest uważność. Domowe gotowanie to dla mnie symbol poświęcanego samej sobie czasu i troski. Zamiast wymagać od siebie jedzenia zawsze zdrowo, chcę po prostu pamiętać, że to dla mnie ważny obszar. Szykować lekkie, domowe obiady tak często, jak się da. Robić własne słodycze zamiast tych sklepowych. Ale też nie wyrzucać sobie, kiedy czasem skuszę się na chipsy albo zamówimy Chińczyka. Zdrowy obiad nie powinien być ważniejszy od czasu na sen, odpoczynku, relacji.

Po raz kolejny przekonałam się też niestety, że klasyczna wegedieta oparta na strączkach w moim przypadku się nie sprawdza. Całkowite zrezygnowanie z mięsa jest dla mnie naprawdę ważne, ale ilekroć próbuję, po kilku miesiącach czuję się fatalnie. Czasowo pozostaję więc przy moim semiwegetarianizmie, starając się jednocześnie wprowadzać do kuchni coraz więcej wegańskich eksperymentów. Staram się pamiętać, że to nie musi być zerojedynkowy wybór.

Wróciłam do wagi sprzed diety HPBA i mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że ważę teraz więcej, niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Tylko założyć, bo podczas przeprowadzki mąż stłukł mi wagę i pomyślałam że to świetna okazja, by NIE kupować następnej 😉 Ale to wciąż waga mieszcząca się w zdrowej normie. A moje ciało czuje się teraz zdecydowanie lepiej, niż kiedy przy wzroście 175 cm ważyłam 50-55 kg. Co ciekawe, rozmiar ubrań noszę dziś mniejszy niż w tamtych czasach.

Równowaga zamiast lęku

A przede wszystkim dotarło do mnie, że do tej pory prowadził mnie lęk. Lęk przed chorobą, przed podzieleniem losu taty albo powtórzeniem tej historii z kimś innym z moich bliskich. Lęk, który karmiłam obsesyjną kontrolą tego obszaru życia i potrzebą kolejnych wyrzeczeń. Ale wiecie co? Mogę robić wszystko tak jak trzeba, wprowadzać każdą prozdrowotną wskazówkę w życie, a i tak zachorować na jakąś poważną chorobę. I jak bardzo zdrowo bym nie żyła, prędzej czy później i tak kiedyś umrę. To dopiero będzie porażka!

Dlatego zamiast troski o zdrowie za wszelką cenę wybieram RÓWNOWAGĘ. Biorę to, co w zdrowym stylu życia sprawia mi radość i przynosi spokój. Ale też daję sobie prawo do zdrowotnych herezji i odstępstw 😉 Nie ma nic złego w tym, by czasem mieć kaca, odpuścić sobie siłownię, bo wolisz poleżeć na kanapie, a zamiast sałatki wsuwać roztopiony ser pleśniowy, czekoladę i bekon. Jeśli Ci to pomaga – zrób to.

Jestem bardzo ciekawa Waszych osobistych doświadczeń. Jak dbacie o zdrowie? Czy czuliście czasem, że te działania odgrywają w życiu zbyt dużą rolę i odbierają spokój, zamiast go przynosić? A może wprost przeciwnie – każde działanie jest dobre, bo Twoim zdaniem nie da się troszczyć o zdrowie „za mocno“? Zapraszam do dyskusji!

fot. by Rawpixel

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz