Hanya Yanagihara – „Małe życie”

Hanya Yanagihara – „Małe życie”

Choć bardzo się tego teraz wstydzę, przyznaję: czytałam Małe życie z tezą. Sugerując się recenzjami, chciałam udowodnić, że to pochwała psychoterapeutycznej relacji, opartej na zrozumieniu i bezwarunkowej akceptacji (niekoniecznie okazywanych wyłącznie przez psychoterapeutę). Jest jednak zupełnie odwrotnie. Małe życie pokazuje, że są takie rany, których żadna ilość akceptacji, miłości i wsparcia nie zabliźni. Jedyne, co możemy z nimi zrobić, to przyjąć je i mimo wszystko jakoś funkcjonować dalej.

Tradycyjnie cytuję okładkowy opis (choć w tym przypadku wydaje mi się trochę mylący): Wstrząsający obraz dojrzewania, przyjaźni, traumy i sukcesu. Czterech przyjaciół tuż po ukończeniu studiów przenosi się do Nowego Jorku, aby zacząć nowe życie. Nie mają nic poza sobą i swoimi ambicjami. Willem – aspirujący aktor, JB – utalentowany malarz, Malcolm – sfrustrowany architekt, oraz tajemniczy i wycofany Jude, który stanowi dla wszystkich punkt oparcia. Z czasem ich relacje stają się coraz bardziej pogmatwane za sprawą uzależnień, sukcesów i dumy. Oto poruszająca do głębi opowieść o wielkim mieście, które daje szansę na zapomnienie o przeszłości, i o życiu w bólu, który nie pozwala o niej zapomnieć. To proza, która w całym swoim pięknie opisuje doświadczenie zła, granice ludzkiej wytrzymałości i tyranię pamięci.

Opis wprowadza w błąd, bo – poza wskazaniem, że będziemy tu poznawać jakąś traumę – sugeruje taką poważniejszą i odwrotną płciowo wersję Seksu w wielkim mieście: Nowy Jork, czterej przyjaciele tuż po studiach, z apetytem na wielki sukces, którzy mimo upływu lat nie zapominają o sobie i wciąż spotykają się regularnie przy brunchu i kubeczku skinny latte lub ich bardziej artystowskiej wersji. Ale Małe życie zupełnie nie jest o tym. To znaczy, o tym też, bo to powieść napisana z bardzo klasycznym, epickim rozmachem, obejmująca wszystkie – i śmieszne, i straszne – aspekty egzystencji. Ale nie o tym przede wszystkim.

Błędem jest też sugestia, że książka Yanagihary opowiada o czworgu przyjaciół w takim samym stopniu. Sednem tej opowieści jest bowiem historia Jude’a, którą – tak jak sami bohaterowie – poznajemy po kawałku i rekonstruujemy ją ze strzępków opowieści. Czytelnik dowiaduje się o traumatycznych wydarzeniach, które spotkały Jude‘a, nieco wcześniej niż pozostali bohaterowie, ale w tej samej kolejności: od mglistych wspomnień, spraw lżejszych, objaśnień jakiegoś szczegółu (pochodzenia konkretnej blizny, motywacji do studiowania prawa) aż do tych najbardziej bolesnych kwestii. I tak jak Willemowi (który im więcej wie, tym mniej chce słyszeć), tak i nam z biegiem czasu obok ciekawości zaczyna towarzyszyć coraz większy lęk – przed tym, jak wiele okrucieństwa mogło spotkać jedną osobę i jak bolesna jest ta część opowieści, której jeszcze nie dane nam było usłyszeć.

A jest to historia naprawdę bolesna – przedstawiona wprost, bez blackscreenów i niedopowiedzeń. Rozmiar nieszczęścia, które spotyka Jude’a, jest zresztą jednym z najczęstszych zarzutów stawianych Małemu życiu. Yanagihara tak bardzo dręczy swojego bohatera, tyle mu każe wycierpieć, konfrontuje go z tak wieloma ciosami zadawanymi przez samego siebie, złych ludzi, dobrych ludzi i los, że jego historia traci znamiona jakiegokolwiek psychologicznego realizmu i czyni z Jude’a St. Francisa raczej alegorycznego męczennika niż postać z krwi i kości. Wydaje mi się zresztą, że to bardzo dobrze przemyślany zabieg – Św. Juda, do którego autorka kilka razy odwołuje się w tekście, to przecież wczesnochrześcijański męczennik, który w kulcie świętych funkcjonuje jako patron przegranych i beznadziejnych spraw. Patrząc na to w ten sposób, Małe życie można więc czytać także jako rodzaj postmodernistycznej hagiografii.

Piszę także, bo powieść Yanagihary wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom i tak jak wspominałam wcześniej, z rozmachem godnym XIX-wiecznych mistrzów gatunku, wiele uwagi poświęca również drugim, trzecim i czwartym planom – wszystkiemu, co składa się na „małe życie“. Już dawno przeglądanie internetowych recenzji nie sprawiło mi tyle przyjemności, bo każda z nich zwraca uwagę na nieco inny detal. Dla części czytelników Małe życie to przede wszystkim bolesna historia traumy, dla innych – pochwała miłości, empatii i czułości. Ale można je czytać także jako opowieść o sukcesie mimo przeciwności losu (wszyscy bohaterowie – mimo odrębnych dla każdego obciążeń osobistych – odnoszą w swoich dziedzinach światowy sukces). Albo o sztuce, bo na kartach Małego życia kryje się kilkanaście pomysłów na wystawy, instalacje artystyczne i filmowe scenariusze (czytając w książce o innych, nieistniejących tekstach kultury, zawsze się zastanawiam, czy autor nadaje w ten sposób życie swoim własnym projektom, które inaczej nigdy nie doszłyby do głosu, czy też wszystko jest od początku do końca elementem tylko tego wymyślonego świata). Na powieść Yanagihary można także patrzeć jako na zapis doświadczenia „post“: funkcjonowania w ponowoczesności; post-życia po pierwszym, wypieranym, spisanym na straty; postseksualności, w której płeć przestaje być wytyczną – myślę o książkowym związku, ale i o zauważanej przez wielu odbiorców feminizacji bohaterów (przykładowy tekst np. TUTAJ, ostrzegam jednak, że ujawnia większość fabuły, a autorkę cechuje wrażliwość masarskiego tasaka). Jednym słowem – jak to się u mnie mówiło na studiach – „powieść typu wszystko“. Dlatego szalenie spodobało mi się znalezione w jednej z recenzji porównanie Yanagihary z Dickensem. Jest w tej prozie podobny dickensowskiemu rozmach (i fabularny, i emocjonalny) a z drugiej strony – czułość, jaką autorka otacza wykreowany przez siebie świat, i fantastyczne oko do detali. Oto wielki realizm na miarę naszych czasów.

Czytam komentarze o Małym życiu na Tumblr: „Jest prawie 3 w nocy i właśnie skończyłam czytać Małe życie. Proszę, dajcie mi rok, żebym mogła się po tym pozbierać i opłakać to, co się stało“; „Czytałam właśnie Małe życie przez jakieś 4 godziny i czuję się jak gówno“; „Skończyłam Małe życie. Jestem zdruzgotana“; „Przeczytałam Małe życie dwa dni temu. Od tamtej chwili czasami ni z tego, ni z owego zdarza mi się płakać“. Podpisuję się pod tym wszystkim i dodaję – ja byłam też wściekła. Wściekła, bo poczułam się oszukana przez autorkę: jak to, tyle cierpienia na nic? Gdzie mój happy end? I choć nie spodziewałam się zakończenia z cyklu „żyli długo i szczęśliwie“, zastosowane niewiele przed końcem rozwiązanie fabularne (ci, którzy czytali, na pewno wiedzą o czym mówię, a tym jeszcze przed lekturą nie będę tego zdradzać) wydało mi się stanowczo zbyt melodramatyczne. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to w gruncie rzeczy dość cyniczne zagranie autorki, która wie, że w ten sposób rozedrze czytelnikowi serce i robi to z premedytacją, nie zostawiając nic, czego mógłby się chwycić – żadnej nadziei, żadnego kiełkującego obok rozpaczy słodko-gorzkiego poczucia sensu.

Ale może ta moja potrzeba sensu to zboczenie zawodowe – w końcu też zaliczam się do tej grupy ludzi, którzy wierzą, że swoją obecnością i akceptacją są w stanie uzdrowić przeszłość. Małe życie daje psychoterapii i pokrewnym jej dziedzinom prztyczek w nos:

„Po raz pierwszy zwątpił w terapię – w jej obietnice, jej założenia. Nigdy nie kwestionował tezy, że terapia jest w najgorszym razie działaniem nieszkodliwym; kiedy był młodszy, poczytywał ją nawet ze formę luksusu (…). Teraz jednak uświadomił sobie, że jest zniecierpliwony jej złowieszczą pedanterią, którą nagle zauważył, przekonaniem, że życie jest w jakiś sposób naprawialne, że istnieje coś takiego jak norma społeczna i że pacjent jest prowadzony ku podporządkowaniu się jej (…). Terapia i terapeuci obiecywali rygorystyczny brak osądu (ale czy to nie była niemożliwość, by ktoś, kto cię słucha, jednocześnie cię nie oceniał?), a jednak za każdym pytaniem krył się mentalny kuksaniec, który łagodnie, lecz nieuchronnie popychał ku rozpoznaniu jakiejś wady, ku rozwiązaniu problemu, o którego istnieniu się nie wiedziało“.

Jednocześnie czuję się więc po Małym życiu trochę zachwycona, trochę zdruzgotana, a trochę rozczarowana i wyprowadzona przez autorkę na manowce. I już rozumiem kolejną zasłyszaną opinię, która przed lekturą nie dawała mi spokoju: że serce chce dać tej powieści najwyższą notę, ale mózg obniża ją o połowę. Najlepiej jednak przeczytajcie Małe życie sami – i sercem, i głową – i wyróbcie sobie na ten temat własne zdanie.