Donna Tartt – „Mały przyjaciel”

Donna Tartt – „Mały przyjaciel”

Nie byłoby tego bloga, gdyby nie tęsknota za pisaniem o książkach (w ogóle gdyby nie książki, naprawdę wielu rzeczy nie byłoby w moim życiu). Stąd pomysł na dział Czytelnia, w którym chciałabym – spontanicznie i na szybko – pisać o tekstach, które dopiero co przeczytałam. Jeszcze zanim myśli zdążą się ułożyć, a ja sprawdzę recenzje w internecie i pomyślę sobie, że moja opinia jest na pewno tak bezwartościowa i wtórna, że nie warto jej upubliczniać. Dział ten dedykuję mojemu narzeczonemu, który wysłuchuje wszystkich moich związanych z literaturą teorii i komentuje je zawsze w ten sam sposób, tzn. „to ciekawe“ albo „hmmm“ ( :* ). 

Zaczynam od świeżo zamkniętego Małego przyjaciela Donny Tartt. Szczygła czytałam z miłością (dokładnie tak), Tajemną historię z wypiekami na twarzy, ale Mały przyjaciel mnie wykończył i gdyby nie fakt, że zawsze wszystko doczytuję do końca, to pewnie nie przebrnęłabym przez granicę setnej strony. A przecież wygląda to tak pięknie, opis na obwolucie jest taki tarttowski, spodziewasz się tajemnicy, skrzących się dialogów, fascynujących bohaterów, dorastania, pierwszej miłości i studium skomplikowanych stosunków rodzinnych z morderstwem w tle… What could possibly go wrong?!  

O co chodzi? „Mały Robin Dufresnes zostaje powieszony na drzewie w ogródku rodziców. Dwanaście lat później zagadka jego śmierci pozostaje nierozwiązana. Harriet, która była niemowlęciem w chwili śmierci brata, postanawia znaleźć i ukarać mordercę, i scalić rodzinę, która rozpadła się po tej tragedii. Uzbrojona w wiedzę zaczerpniętą z książek przygodowych, Harriet w towarzystwie najlepszego przyjaciela szuka zemsty w śmiertelnie niebezpiecznym półświatku amerykańskiego Południa“.

Co więc poszło nie tak? Moim zdaniem największą siłą książek Tartt są bohaterowie. Może to kwestia wieku – bohater Szczygła jest moim równolatkiem, bohaterowie Tajemnej historii są ode mnie kilka lat młodsi, co uruchamia spiralę skojarzeń ze studencką fazą (na szczęście mniej dionizyjskich niż w ich przypadku) alkoholowo-intelektualnych rozrywek. Troszkę pogubieni, troszkę pretensjonalni, troszkę za bardzo pozują, w gruncie rzeczy wiemy, że jak wszyscy boją się odrzucenia i marzą o wielkiej miłości – ta mieszanka sprawia, że zawsze czuję wobec nich ogromną czułość, jak wobec przyjaciela, którego nie można nigdy traktować do końca serio, ale i tak się go kocha. Sensacyjne/traumatyczne wydarzenie, wokół którego osnuta jest akcja (w Szczygle to zamach terrorystyczny, w Tajemnej historii zbiorowe morderstwo) w książkach Tartt schodzi z reguły na dalszy plan i staje się pretekstem do studiowania psychologii bohaterów i dynamiki ich wzajemnych relacji. Dodajmy do tego kulturalne smaczki, poczucie humoru i umiejętność budowania napięcia – wychodzi powieść-ideał, którą czyta się lekko, ale jednak z refleksją.

Zdawałoby się, że ten schemat i w Małym przyjacielu zadziała bez zarzutu – mamy tragedię (śmierć brata), mamy intrygę (główna bohaterka chce sama wymierzyć sprawiedliwość jego domniemanemu mordercy) i mamy bohaterów z potencjałem (Harriet i jej przyjaciel-sekundant Hely są na granicy dzięcięctwa i nastoletniości, ona go wykorzystuje, on jest w niej zakochany…). Szybko się jednak okazuje, że w gruncie rzeczy nic z tego nie wynika – Mały przyjaciel to koszmarny snuj. Bohaterowie coś tam sobie robią, podejmują ważne moralnie decyzje i borykają się z ich konsekwencjami, ale jest to tak rozlazłe i mgliste, że w połowie książki zupełnie przestało mnie interesować. Sama Harriet jest antypatyczna i mało wiarygodna, zbudowana na pogardzie, egoizmie i zemście, jakby w postać 12-latki autorka zapakowała szablon pochmurnego młodzieńca z gotyckiej powieści.

W ogóle dużo jest w Małym przyjacielu amerykańskiego gotyku: niepokojące sny, opuszczone budynki, deformacje ciała, lęki rasowe i klasowe, dziwni kaznodzieje i węże. A nade wszystko: klimat dusznego lata w Missisipi, gdzie wszystko śmierdzi zgnilizną, a od upału robi się słabo. To właśnie ta słabość dotyka niemal wszystkich bohaterów – funkcjonują półprzytomni, na granicy jawy i snu, otumanieni rodzinną tragedią (Dufresnesowie) albo narkotykami (bracia Ratcliff). W świecie wykreowanym w Małym przyjacielu dni i godziny ciągną się w nieskończoność, a z podejmowanych przez bohaterkę rozpaczliwych działań nic nie wynika – nie przynoszą ulgi ani rozwiązania zagadki. Wszystko jest brudne, przegniłe, lepkie, a każda próba wprowadzenia do tego świata wesołości i energii (Hely) zostaje zduszona w zarodku.

Tak sobie myślę, że może autorce chodziło właśnie o odwzorowanie tej beznadziejnej atmosfery językiem i narracją – pod tym względem Mały przyjaciel jest jej niewątpliwym sukcesem, bo sens wydarzeń się zaciera, zdania ciągną się w nieskończoność, początkowo piękne opisy szybko stają się przesycone, repetytywne i nużące, a działania bohaterów jawią się jako rozpaczliwa miotanina, która w gruncie rzeczy nie jest zbyt interesująca, ale jakoś tak się patrzy, bo nic lepszego nie ma do roboty. Jak to latem, kiedy masz 12 lat i całymi dniami przesiadujesz bez celu na podwórku albo przyglądasz się robakom.

Na szczęście lato się kończy, a my wracamy do szkoły i do dobrze nam znanych, wesołych zajęć, z ulgą pozostawiając za sobą duszne i mroczne historie z okolic Missisipi. Tak jak wakacyjny obóz, na który wybiera się bohaterka, świat przedstawiony w Małym przyjacielu zdaje się miejscem tak beznadziejnym i smutnym, że już nigdy nie zamierzam do niego wracać.

Donna Tartt, Mały przyjaciel, 2016, wyd. Znak. Jeśli mimo wszystko macie ochotę go przeczytać(!), można kupić z rabacikiem TUTAJ

foto pochodzi z mojego Instagrama