Czego nauczył mnie pobyt w szpitalu

Czego nauczył mnie pobyt w szpitalu

W zeszłym tygodniu zniknęłam z bloga nie bez przyczyny – byłam w szpitalu. Nic groźnego – zaplanowany pobyt obejmujący wyłącznie badania, ale i tak czułam się podekscytowana jak przed wyprawą na drugi koniec świata. Jakoś tak się szczęśliwie w moim życiu złożyło, że do tej pory omijałam te placówki szerokim łukiem, a jedyną sytuację, kiedy gościłam w szpitalu wcześniej, wspominam raczej jak obóz młodzieżowy niż faktyczne „chorowanie“. Możecie więc sobie pewnie wyobrazić, ile emocji, oczekiwań, ale i lęków wiązało się w mojej głowie z tą wyprawą.

Najpierw nie mogłam się doczekać – wyobrażałam sobie, że wreszcie nikt nie będzie zawracał mi głowy i w końcu odpocznę. Ustawiłam sobie wszystko pod mój oczekiwany termin… Po czym okazało się, że wezmą mnie na oddział kilka dni później i moje plany nie mają w tej sytuacji żadnego sensu. Ostatecznie do szpitala dotarłam w Mikołajki. Poirytowana i zniecierpliwiona, z komputerem pod pachą i solennym postanowieniem, że nadrobię w tym czasie wszystkie zaległości. Jak się pewnie domyślacie, na postanowieniu się skończyło, a moja żelazna dyscyplina i szybkie tempo prędko ustąpiły miejsca szpitalnemu rozmiękczeniu. Przyjęłam szpitalne reguły, podporządkowałam się im i funkcjonowałam przez tych kilka dób zupełnie inaczej, niż przez ostatnich parę (paręnaście?) miesięcy. I wiecie co? To było dla mnie niesamowicie rozwijające doświadczenie, bo ten pobyt w szpitalu nauczył mnie kilku naprawdę ważnych rzeczy.

Przede wszystkim…

Wdzięczności

Za moje wielkie, wygodne łóżko i lampkę, przy której mogę sobie do woli czytać. Za to, że nie dzielę sypialni z czterema obcymi osobami. Za stałe łącze internetowe i wygodną kanapę, z której właśnie do Was piszę. Za moją kuchnię, dobre jedzenie, które mogę sobie w niej przygotować z dowolnego przepisu, w dowolnych ilościach, o dowolnej porze. Za to, że na co dzień mam możliwość ładnie się ubrać i wyjść na świat, nie jestem skazana na szlak łóżko-korytarz-bufet-łazienka. Za moich bliskich, którzy się o mnie martwią, chociaż naprawdę nie ma czym. I przede wszystkim za to, że jestem zdrowa i po tych przymusowych kilku dniach stagnacji i leżenia mogę z radością wrócić do wszystkich swoich codziennych zajęć.

Wiem, że to banalne, ale podczas pobytu w szpitalu dobitnie przekonałam się, jak wiele dóbr i luksusów otacza mnie na co dzień. Często nawet ich nie zauważam, bo wydają się oczywiste. Dopiero z oddalenia, pozbawiona ich na kilka dni widzę z całą mocą, jak cholerne mam w życiu szczęście i za ile rzeczy mogę być codziennie wdzięczna.

Przyjemności nicnierobienia

Szpitalny czas wolny (a było go naprawdę sporo) spędzałam na leżeniu, czytaniu i oglądaniu seriali. Centralnym punktem dnia był obiad, najbardziej ekscytującym wydarzeniem wieczoru pomiar temperatury, największym wydatkiem energetycznym – wyprawa po kawę do oddalonego o całe dwa piętra bufetu. Przed wejściem na oddział byłam przerażona – myślałam, że zanudzę się na śmierć. Tak bardzo się myliłam! Czas płynął powoli, ale korzystałam z niego z ogromną przyjemnością. Wreszcie nigdzie się nie spieszyłam, nie dokonywałam wyborów, nie przedkładałam obowiązków nad relaks. Pozwoliłam sobie, by czas przeciekał mi przez palce, nie pilnowałam wartości każdej kolejnej godziny. Nagle okazało się, że zupełnie inaczej czeka się na coś, kiedy nie trzeba się nigdzie spieszyć. I że dzień potrafi płynąć trochę wolniej niż dotychczas. Kiedyś szkoda mi było zmarnować choćby godzinę – w szpitalu przypomniałam sobie, że fajnie jest się czasem trochę poobijać, a „zmarnowanie dnia“ to nie katastrofa. 

Oddawania odpowiedzialności za siebie

W szpitalu Twój plan dnia wytyczają godziny badań. Nie musisz decydować, co dziś załatwić, bo nie masz na ten dzień absolutnie żadnych planów. Nie zastanawiasz się, w co się ubrać, tylko zmieniasz piżamę na dzienny dresik. Nie masz wpływu na menu albo na godziny podawania posiłków (a tu np. okazuje się, że ostatni posiłek dostajesz o 16, o tej porze zamykają się też kiosk i bufet, i żadnego jedzenia w szpitalu już nie uświadczysz). Nie bierzesz odpowiedzialności nawet za to, czy zapalić na sali światło albo kiedy należy ją wywietrzyć. Po prostu leżysz. Czekasz. Słuchasz poleceń.

Kiedy o tym piszę, wydaje mi się to naprawdę przerażające (i tym mocniej czuję wdzięczność, że na co dzień o tylu rzeczach decyduję sama), ale jest w tym coś naprawdę kojącego. Świadomość, że niczym nie musisz sobie zaprzątać głowy, że możesz o niczym nie myśleć. Że wszystkie decyzje podejmie za ciebie ktoś inny. W szpitalu chyba zrozumiałam, dlaczego w niektórych sytuacjach ludzie są gotowi wyrzec się swojej wolności – oddanie odpowiedzialności za siebie przynosi ogromny spokój.

Cierpliwości

Jeśli masz jakieś pytania, musisz poczekać, aż pielęgniarka sama przyjdzie podzielić się informacjami z całą salą. Czekasz na spotkanie z lekarzem i nie masz pojęcia, czy odbędzie się za 15 minut, czy za 3 godziny – nie ma co się łudzić, że ktokolwiek z personelu udzieli ci na ten temat informacji. No i przede wszystkim: bezsenność w szpitalu to nauka cierpliwości w zupełnie nieznanej mi dotąd skali.

Na blogu nie pisałam o tym wiele, ale od wielu lat mam problemy ze snem. Często nie mogę zasnąć, śpię bardzo lekko albo wybudza mnie ze snu najmniejszy szelest. A że jestem niecierpliwa i nie znoszę bezczynności, takie leżenie w łóżku potwornie mnie frustruje. Muszę wtedy wstać i czymś się zająć, nie potrafię wytrzymać tej bezczynności i bezruchu. Widzicie to? No, to teraz wyobraźcie sobie tę nakręconą, niecierpliwą i bezsenną mnie w pięcioosobowej szpitalnej sali. Nie mogę wyjść, ktoś co chwilę zagląda i zapala światło, a trzy współlokatorki chrapią (każda w swoim tempie). Och, miałam ochotę krzyczeć, tupać i chodzić po ścianach, ale z konieczności leżałam bez ruchu. I zobaczyłam, że ta frustracja nie trwa bez końca – pierwszy raz byłam w stanie ją przeczekać. 

Elastyczności

Mój pobyt w szpitalu to też historia o tym, jak człowiek, który ma zaplanowaną każdą godzinę na dwa tygodnie do przodu, spotkał na swojej drodze wielką, państwową machinę. I nagle okazało się, że te moje plany nikogo nie obchodzą. Wchodzę na oddział kilka dni później niż miałam, wychodzę nie wiadomo o której godzinie, muszę zgłosić się pod koniec miesiąca jeszcze raz i nikogo nie obchodzi, czy pasuje mi ten termin. Dla mnie to godziny kombinowania, stresowania się, układania i przestawiania grafiku, dla machiny – sprawa bez znaczenia.

Frustrowało mnie to, wkurzało i stresowało, ale ta moja okołoszpitalna przepychanka z czasem naprawdę dała mi do myślenia. Dobitnie uświadomiłam sobie, że nie wszystko jestem w stanie zaplanować – czasem po prostu muszę zostawić sobie trochę luzu na nieprzewidziane zdarzenia, dopuścić do siebie możliwość „zmarnowania czasu“ i niezałatania każdej dziury w napiętym grafiku. Nie wszystko zależy ode mnie, a elastyczność jest w zarządzaniu czasem równie ważna, co precyzyjny plan.

Krótko mówiąc, pobyt w szpitalu nauczył mnie pokory. Wobec czasu, wobec własnych możliwości, wobec sytuacji, których nie jestem w stanie zmienić. Z właściwą NFZ-owi brutalnością 😉 uświadomił mi, jak wiele rzeczy ode mnie nie zależy i w jak wielu sytuacjach po prostu nie mam nic do gadania. Dał mi to, czego od paru miesięcy próbuję się nauczyć – chwilę stagnacji, zatrzymanie, oddanie odpowiedzialności i wrzucenie na luz. Mam nadzieję, że zachowam tę lekcję na dłużej i w 2017 roku będę potrafiła odpuszczać sobie dobrowolnie, a nie tylko pod przymusem – ostatnie dni naprawdę dobitnie przekonały mnie, że warto.

  • Nikomu nie życzę takiej wizyty. Z kolei czerpania przyjemności, a nie wyrzutów sumienia z „nienierobienia” uczę się właśnie z książki „Chcieć mniej”. Rownież polecam 🙂

    • Książkę kojarzę i chętnie niebawem sama ją przeczytam 🙂 Dużo na ten temat pisze też Asia Glogaza w „Slow life”. Mimo wszystko, skala nauki jest zupełnie inna, bo do wskazówek z książki możesz się zawsze nie zastosować, a w szpitalu cóż, nie bardzo masz inne wyjście 😛

  • „Najlepiej nie choruj, omijaj szpitale…”, ale jak mus, to mus. Prawda jest taka, że ludzie w szpitalu mają dużo więcej empatii niż Ci na ulicy 🙂

    • Ja akurat nie zauważyłam takiej zależności, może mam szczęście do ludzi na ulicy 😉

  • Adri Jaworska

    Ojeju! Nie choruj więcej! Dobrze w sumie, że nic poważnego ale wspieram Ciebie mocno jak coś!:)
    A propo znam to: planowanie każdej godziny i nie zaplanowania czasu na jakieś niezaplanowane zdarzenia. Ale teraz doświadczam, że trzeba znaleźć czas na coś takiego. Dlatego teraz w swoim małym 3tygodniowym wyzwaniu( http://bedkowska.es/wyzwanie-4-strefy-wejdz-nowy-rok-lepsza-wersja-siebie/) zaznaczyłam specjalnie czas na odpoczynek:) Ale z innej strony otrzymałaś bezcenne doświadczenie i chyba to jest najważniejsze, no nie? Bardzo Ciebie rozumiem z tą pokorą, też próbuję się tego uczyć. Ale nie znikaj więcej!

    Życzę miłego wieczoru:)

    • Fajne to wyzwanie! Ja teraz się uczę takiej spontaniczności podczas odpoczywania, bo kiedyś dokładnie planowałam sobie co, jak i kiedy będę robić podczas tego relaksu i w rezultacie, zamiast po prostu wrzucić na luz, nawet wtedy ciągle się spieszyłam i wypełniałam jakieś obowiązki 😉 Dziękuję Ci bardzo i już nigdzie się nie wybieram :*

  • Hehe, jesteś niesamowita! Ja pewnie po takiej wizycie napisałabym ścianę hejtu, a Ty tak wiele wniosłaś z tej wizyt! 🙂
    ps. Oby takich okazji było jak najmniej w 2017 🙂

  • Qursantka

    Pobyt w szpitalu jest do zniesienia jeśli personel jest do zniesienia, ja na całe szczęście, trafiłam ostatnio na najwspanialszy na świecie. Lekarze z powołaniem to najwspanialsze istoty pod słońcem <3

    • Ja też na szczęście nie mam złych doświadczeń, choć wiem, że krążą na ten temat legendy 🙂

  • Ja na szczęście na razie za wiele styczności ze szpitalami nie miałam 🙂

  • Matylda nie podejrzewałam, że tyle ciekawych myśli może przyjść po pobycie w szpitalu 🙂 A jak się okazuje – to może być doświadczenie, które da wiele do myślenia. To z pewnością nauka cierpliwości, zwłaszcza, że jest się zależnym od innych ludzi, a czas w szpitalach liczony jest niekiedy „inaczej” – coś ma być zrobione za chwilę, a trwa to trochę dłużej 🙂 Z pewnością można docenić to, co się ma . To też czas na wrzucenie na luz, oderwanie się od codziennych obowiązków. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko ok ! 🙂

    • Tak tak, wszystko u mnie ok 🙂 Tak jak piszesz, to przede wszystkim cierpliwość i zależność – bardzo trudno się im podporządkować, zwłaszcza kiedy na co dzień jest się przyzwyczajonym do działania po swojemu w każdej sytuacji.

      • Dokładnie- mamy swój rytm, swoje zadanie, które ustalamy, dostosowujemy też czas. A tutaj jednak zależność od innych i działanie według reguł innych ludzi. Ale dzięki temu, tak jak piszesz- można docenić to, co mamy 🙂

  • Dobrze, że w takim czasie, który dla wielu do najmilszych nie należy można jednak znaleźć coś dobrego i pozytywnego. 😉 Chociaż pewnie jak się jest tam z poważną sprawą to się o tym nie myśli tylko o tym, żeby ulżyło w bólu 😉

    • Masz rację. Myślę, że ból zupełnie zmienia optykę i jestem bardzo wdzięczna za to, że mój kontakt ze szpitalem był tak powierzchowny i krótki 🙂

  • Przypomina mi to trochę o tym, co ma niedługo czekać mnie. Bite 3 dni w szpitalu na szczegółowe badania hormonalne:/ Strasznie się przed tym wzbraniam i nie bardzo sobie to wyobrażam (podobnie jak Ty, nie miałam w życiu zbyt dużo do czynienia ze szpitalami i wolałabym zapłacić, a zrobić te badania bez przymusu nocowania w tej placówce). Fajnie, że potraktowałaś to doświadczenie tak pozytywnie 🙂 Ciężko mi się zarazić tym podejściem, ale postaram się wziąć z Ciebie przykład i zacisnąć zęby:D
    (już mną trzaska na myśl o spaniu w pokoju z 4 innymi osobami chrapiącymi na 4 różne melodie, to będzie baaardzo ciężka lekcja)

    • Ja właśnie też byłam na badaniach hormonalnych, więc jeżeli masz jakiekolwiek pytania – daj znać, może będę mogła pomóc 🙂 Niestety z mojego doświadczenia wynika, że trudno je zrobić bez nocowania, bo większość pomiarów odbywa się właśnie w nocy.

  • Swoją drogą to taki pobyt w szpitalu to jak trening odpuszczania w bezpiecznych warunkach. Potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo to w gruncie rzeczy może być kojące, nawet jeżeli w sali są śpiące współlokatorki a jedzenie jest paskudne. Bardzo mądry wpis, a fragment o wdzięczności szczególnie mi się spodobał… Cieszę się, że to nic groźnego i że już wróciłaś. 🙂

    • Zaskakująco, akurat jedzenie wcale nie było takie straszne 😉 Tak, dokładnie tak jak napisałaś, pobyt w szpitalu to taki trening odpuszczania – coś bardzo trudnego dla takiego control freaka jak ja, ale i wyzwalającego jednocześnie.

      • Miałabym pewnie podobnie, też lubię mieć wszystko pod kontrolą, spisane i popodkreślane w kalendarzu. 🙂 Swoją drogą już druga osoba, od której słyszę, że jedzenie w szpitalu było całkiem ok – czyżby szło ku lepszemu?

        • Najbardziej zaskoczyło mnie, że można było wybrać wersję diety: klasyczną, wege albo bezglutenową! Mam wrażenie, że jeszcze 5 lat temu, gdybym o to poprosiła, popukaliby się w czoło, a teraz proszę bardzo, pytanie na samym wejściu. Ja nie jem czerwonego mięsa, więc wzięłam wege i byłam naprawdę miło zaskoczona – bałam się menu w stylu talerz rozgotowanego kalafiora, a dostawałam naleśniki i zapiekaną cukinię 😀

          • Wow, o tym jeszcze nie słyszałam. Myślałam, że taka dieta w szpitalu musi być zgodna z zaleceniami lekarza. Nie miałam pojęcia, że można ją sobie wybrać i że w ogóle jest taki wybór. 🙂

          • To pewnie też kwestia konkretnego przypadku i dolegliwości, z którymi się zgłaszasz. I oczywiście – dostępne opcje teoretycznie wiążą się ze wskazaniem lekarza (podczas przyjmowania na oddział pytają o „diety lecznicze”). Sęk chyba w tym, że teraz każdy jest takim trochę swoim własnym specjalistą-dietetykiem… 🙂

  • To dobrze, że nic poważnego. Z każdej sytuacji można wyciągnąć lekcję, ale trzeba chcieć 🙂 Ja bardzo miło wspominam swój tygodniowy pobyt w szpitalu, chociaż po operacji potrzebowałam czasu, aby dojść do siebie. Nie mogłam chodzić, pielęgniarki musiały mi pomagać. Przełamałam swój wstyd przed nagością. Pobyt w szpitalu unormował moje godziny snu, bo rano przynoszono leki, później śniadanie, obiad i kolację. Jedynym problemem był wybór dań z karty – w Szwajcarii jedzenie serwuje restauracja i do wyboru było kilka posiłków 😀 Miałam też czas na książki. Personel był bardzo przyjazny i nie miałam żadnych powodów do obaw. Dzięki tej sytuacji przełamałam swój strach, bo nigdy wcześniej nie chorowałam, a do lekarza chodziłam jedynie na badania kontrolne. To była niezła lekcja wyjścia z własnej strefy komfortu.

    • Magdalena, to fantastycznie, że nawet z tak trudnego zdarzenia potrafiłaś wyciągnąć tyle dobrego!

  • Łał, tak ciepło o szpitalu! Ja mam u siebie artykuł, gdzie okrutnie jadę po szpitalach. Co prawda Ty opisujesz tu inną perspektywę, ale mimo wszystko te weźmie, siada itp, to taśmowe podejście, bycie nr w kartotece, częsty brak szacunku… Ps. Na bezsenność mleka kurkumowego próbowałaś?:)

    • Masz na myśli swój tekst „Czego szpital ci nie powie”? 🙂 To prawda, tego typu podejście często szokuje – zwłaszcza jeśli ktoś tak jak ja ma to szczęście, że z służbą zdrowia miewa kontakty rzadkie i najczęściej jednak prywatne, a tam stosunki są już dużo bardziej partnerskie. No i dziękuję za pomysł z mlekiem kurkumowym! Zwierzęcego mleka nie używam, ale znalazłam dzięki Twojej inspiracji przepis na wersję z mlekiem kokosowym i z przyjemnością ją przetestuje.

  • Pingback: Moje plany na 2. kwartał 2017 - Calm Station()

  • Karolina Jaworska

    Bardzo dobry tekst i świetne podejście do samego pobytu.Spędziłam w zeszłym roku miesiąc w szpitalu i kompletnie nie sprawdziłam się w roli pacjenta teraz jak o tym myślę jest mi wstyd ale też szpital wziął mnie z zaskoczenia więc można powiedzieć że doznałam szoku.

    • Myślę, że rzeczywistość szpitalna na tyle się różni od takiego codziennego funkcjonowania, że wskakując w nią z zaskoczenia faktycznie można doznać sporego szoku 🙂