Co daje psychoterapia? Moja historia

Co daje psychoterapia? Moja historia

Kiedy po raz pierwszy trafiłam na psychoterapię, miałam 22 lata i byłam przekonana, że właśnie przegrywam życie. Czułam się słaba, nieudolna i nieprzystosowana społecznie, a swoje poszukiwanie pomocy traktowałam jako klęskę. To był mój dowód, że nawet z własnymi emocjami nie potrafię poradzić sobie sama, jak umiałby każdy normalny dorosły. I choć u innych takie doświadczenia zawsze wydawały mi się w jakiś sposób pociągające, kiedy sama miałam stać się pacjentką, zadziałał najgorszy stereotyp. Oto wkraczałam do grona dziwaków, a przede wszystkim – słabeuszy. Już przez resztę życia miałam nosić łatkę: „dziewczyna, która nie potrafi poradzić sobie sama“. To poradzenie sobie było najważniejsze – dogmat samodzielności, z którym w jakimś stopniu mierzymy się wszyscy.  

Pięć lat, dwie terapie i jedne studia psychologiczne później, mówię głośno i otwarcie: to, że wtedy poszukałam pomocy, było najlepszą decyzją mojego życia. Wszystkie moje przekonania okazały się błędne. Psychoterapia nie ma nic wspólnego z brakiem samodzielności. Przeciwnie: daje odwagę do tego, by być tym, kim naprawdę można być, kiedy strach, złość czy ból nie przejmują kontroli nad całym życiem. To dowód siły, a nie słabości.

Dzisiaj piszę te słowa bez wstydu, za to z ogromną radością: od prawie roku jestem w terapii ponownie. Pracuję nad moją dystymią, perfekcjonizmem, schematami, które przez tyle lat brałam za pewnik, stratą, o której dopiero od niedawna jestem w stanie mówić otwarcie. I dopiero od niedawna jestem też w stanie otwarcie mówić o terapii. Jako społeczeństwo niby już wiemy, że to nie żadne pranie mózgu, że nie trzeba być totalnym świrem, żeby z niej korzystać, że współczesna psychoterapia odbiega od stereotypowych wyobrażeń freudowskiej kozetki. Niby tak. Ale lęk przed skorzystaniem z pomocy i mówieniem o tym wprost wciąż jest bardzo silny. Nawet wśród znajomych psychologów. Nawet we mnie – wciąż.

W moich rozmowach koleżeńskich często powtarza się taka sytuacja:
– To musi być bardzo trudne doświadczenie – mówię, wysłuchując historii moich przyjaciół – nie myślałeś/aś o tym, żeby skorzystać z pomocy psychologicznej?
I mimo wszystkich kampanii społecznych, mojej gadaniny, otwartości umysłu i wszechstronnej edukacji, zawsze widzę w ich oczach ten sam błysk przerażenia. „O matko, ktoś powiedział to na głos. Czyli naprawdę jest ze mną tak źle…?“. I zawsze słyszę mniej więcej to samo:
– Wiesz, póki co jakoś radzę sobie sam.

Ale psychoterapia nie jest tylko dla tych, którzy przestali sobie radzić. Nie jest wyłącznie dla „naprawdę cierpiących” i „poważnie zaburzonych”. A to, co daje, jest czymś dużo szerszym niż rozwiązanie problemu, z którym przychodzimy. Żałuję, że sama nie wiedziałam tego wcześniej – może wtedy moja droga byłaby krótsza i mniej wyboista. Dlatego dzisiaj chcę Wam pokazać, w jaki sposób terapia działa u mnie: jak wpłynął na mnie ten proces i co zmieniło się dzięki niemu w moim życiu. Przeczytajcie, co dał mi ten rok psychoterapeutycznej podróży w głąb siebie i dowiedzcie się, na czym tak naprawdę polega i co daje psychoterapia. 

przede wszystkim: przestrzeń tylko dla siebie

Przez godzinę (bo tyle mniej więcej trwa sesja) uwaga psychoterapeuty jest skupiona wyłącznie na mnie. Wszystko, co powiem, zostanie wysłuchane z taką samą uwagą – bez oceniania, zmieniania tematu czy opowiadania o sobie. Sesja to dla wielu osób jedyny czas, by spokojnie się nad sobą zastanowić, zrozumieć swoje zachowania i emocje, o których w codziennej gonitwie często nie mamy czasu albo nie chcemy myśleć.

Poczucie bezpieczeństwa i akceptację

Wydaje mi się, że niechęć do psychoterapii wynika często z lęku przed oceną. Wyobrażamy sobie, że kiedy już przedstawimy swój problem, zostanie on w jakiś sposób zaopiniowany. Że terapeuta go jakoś oceni, zaklasyfikuje, uzna za niewłaściwy, dziecinny, głupi. Ja sama długo żyłam w przeświadczeniu, że moje problemy są niewystarczająco poważne i kiedy je przedstawię, terapeuta spojrzy na mnie z politowaniem: „serio, i tylko z tego powodu zabiera pani mój czas”? Nic bardziej mylnego. Gabinet psychoterapeuty naprawdę jest miejscem, w którym nie ma niewłaściwych problemów czy słów.

Prawo do mówienia „nie”

Po pierwsze w relacjach, bo psychoterapia bardzo mocno uświadamia to, co wielu z nas wydaje się na początku abstrakcją – że niezależnie od cudzych czy własnych osądów, mamy prawo pewnych rzeczy po prostu nie lubić i nie chcieć. To intensywny kurs nauki asertywności, rozpoznawania swoich granic i mówienia o nich wprost. Ale prawo do mówienia „nie” dotyczy także terapeuty. Jego przemyślenia i teorie to tylko hipotezy, z którymi nie musisz się zgadzać, jeśli uważasz, że nie ma w nich racji.

Ulgę w cierpieniu

Z tego powodu najczęściej rozpoczynamy pracę terapeutyczną – kiedy jakiś problem staje się tak bolesny, że przestajemy radzić sobie z nim sami. Wsparcie, empatia i całkowita akceptacja ze strony psychoterapeuty bardzo pomagają w uporaniu się z emocjonalnym kryzysem. Często sama możliwość porozmawiania otwarcie o problemie sprawia, że czujemy się o wiele lepiej.

Cierpliwość

Bo często okazuje się, że problem, który chcieliśmy rozwiązać, był tylko skutkiem, a nie przyczyną. Objawy, które zaprowadziły mnie na terapię, zniknęły już po kilku sesjach. Z tego co wiem, taka nagła poprawa na samym początku jest dosyć częstym zjawiskiem – kilka spotkań i hop, nagle znowu jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować. Łatwo wtedy stracić motywację i przestać przychodzić, bo skoro znowu dobrze sobie radzę, to czego mam tu jeszcze szukać…? Warto to jednak przetrzymać. Z doświadczenia wiem, że uporanie się z aktualnym problemem to dopiero początek, od którego rozpoczyna się prawdziwa praca. Wyeliminowanie przyczyny powstawania tych problemów to kwestia nie kilku sesji, ale wielu miesięcy czy nawet lat.

Wybaczenie sobie

Psychoterapia pozwala mówić głośno – często po raz pierwszy w życiu – o rzeczach, których się żałuje, których jest nam wstyd. Takie mówienie ma wielką moc. I nie chodzi wyłącznie o ulgę, że oto powiedzieliśmy głośno swój największy sekret, a terapeuta go zaakceptował i nie uciekł z pokoju z krzykiem. Przede wszystkim, rozmowa o tym prowadzi do zrozumienia. Zachowania, których się wstydzimy, nigdy nie istnieją w próżni. Każde z nich jest konsekwencją czegoś – emocji, których nie potrafiliśmy wyrazić inaczej; schematów myślowych, poczucia odrzucenia, frustracji. Dzięki terapii wiem, że nie popełniamy błędów, bo jesteśmy złymi ludźmi – po prostu często nie wiemy, jak postąpić inaczej.

Wybaczenie innym

Bo opisany w poprzednim punkcie mechanizm działa w dwie strony. Psychoterapia prowadzi również do zrozumienia i wybaczenia doznanych kiedyś krzywd. Pozwala dostrzec, że często za bolesnymi zachowaniami ze strony rodziców, partnera czy dzieci stoją dobre chęci albo emocje, których oni zwyczajnie nie potrafią wyrazić w inny sposób. To nie znaczy, że nie może być nam przykro. Mamy pełne prawo reagować na te zachowania smutkiem czy złością – warto jednak rozumieć, że rzadko wynikają one ze złych intencji.

Zgodę na słabość i smutek

Przez wiele lat bardzo się broniłam przed okazywaniem słabości, a smutek wydawał mi się czymś, czego należy się wstydzić. Psychoterapia pozwoliła mi zrozumieć, skąd te emocje się we mnie wzięły i dlaczego tak bardzo nie lubię dopuszczać ich do głosu. Dzięki temu nie wydają się już czymś strasznym i obcym. Stały się logiczną konsekwencją pewnych zdarzeń i jako takie łatwiej mi je zaakceptować w moim życiu.

Zgodę na złość

Jako społeczeństwo nie przepadamy za złością i ja też bardzo rzadko sobie na nią pozwalałam. Zawsze byłam taka wspierająca, wyrozumiała i empatyczna. Nawet jeśli w środku gotowałam się ze złości, tłumaczyłam sobie, że nie wolno jej okazywać, o ile nie ma ku temu naprawdę poważnych przesłanek. Psychoterapia uświadomiła mi, że mam prawo się zezłościć – tak po prostu. Dzięki temu wreszcie dotarło do mnie, że emocje nie muszą być sprawiedliwe ani racjonalne – logiczny porządek zupełnie ich nie dotyczy.

Dystans wobec własnych emocji

Mam pełne prawo doświadczać smutku czy złości i dawać sobie na nie przestrzeń. To jednak nie znaczy, że te emocje mają od tej pory rządzić moim życiem. Nauczyłam się, że wcale nie muszę się im poddawać – mogę je oswajać, uczyć się je wyrażać w bezpieczny sposób. Dzięki psychoterapii wiem też, że mój bieżący stan emocjonalny nie świadczy od razu o całym moim życiu. Jeśli jestem na kogoś zła, to nie znaczy, że musimy się rozstać. Mogę przez parę dni czuć się smutna, bez obaw, że to znowu depresja. Uczę się, że moje emocje mówią tylko o tym, co jest teraz i tutaj.

Pewność siebie i akceptację

Im więcej o sobie wiem, tym lepiej siebie rozumiem i tym pewniej się sama ze sobą czuję. Mam wiele cech, których do niedawna nie lubiłam – wydawało mi się, że „do mnie nie pasują”, że jeśli się ich nie pozbędę, nigdy nie stanę się człowiekiem, którym chciałabym być. Teraz uczę się akceptować siebie jako całość, nie dzielić tego, co mnie określa, na zalety i wady. Dostrzegam, skąd wzięły się te nielubiane zachowania i rozumiem, że są częścią mnie. Zauważam też swoje mocne strony i uczę się, jak mogę je najlepiej wykorzystać. Ta wiedza w trudnych momentach daje mi ogromną siłę – ufam sobie i wiem, że dam radę, co by się nie działo.

Zmianę destrukcyjnych nawyków

Przychodzi mi do głowy dużo zachowań, których latami nie potrafiłam zmienić. Papierosy, kompulsywne zakupy, zarywanie nocy, rozpoczynanie wielu nowych projektów i porzucanie ich, prokrastynacja… W ciągu kilku miesięcy od rozpoczęcia psychoterapii wszystkie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć wcale nie poświęcałyśmy im z terapeutką dużo uwagi. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że to były moje sposoby radzenia sobie z trudnymi emocjami – „zagłuszacze” lęku, smutku i złości. Kiedy wreszcie zaczęłam te emocje zauważać i mówić o nich otwarcie, moje destrukcyjne nawyki po prostu przestały być potrzebne.

pomoc w codziennych problemach

W zależności od nurtu, w którym prowadzona jest psychoterapia, takiej przestrzeni na codzienny problemy jest więcej lub mniej, ale ileś miejsca jest zawsze. Terapia pozwala na bieżąco rozwiązywać wszystkie te drobne, codzienne sprawy, które – choć nie wywracają życia do góry nogami – często potrafią popsuć humor. Konflikty w relacjach, dylematy zawodowe, problemy z konsekwentną realizacją celów… Omówione podczas sesji przestają mi doskwierać, a często także pozwalają wyciągnąć ogólne wnioski dotyczące mojego funkcjonowania w życiu.

Odwagę mówienia wprost

Urzekła mnie ostatnio anegdota opowiadana przez znajomą psychoterapeutkę: Mówi się, że dzięki tej całej wiedzy o relacjach psychoterapeuci nigdy się z nikim nie kłócą – a prawda jest taka, że najpewniej kłócą się jeszcze więcej niż inni ludzie. Dlaczego? Ponieważ psychoterapia daje odwagę do tego, by wyrażać swoje myśli wprost. Odkąd jestem w tym procesie, dużo mniej się zastanawiam, „w jaki sposób komuś coś powiedzieć”. Po prostu mówię. I tak, to często prowadzi do kłótni, ale jeśli tylko zadbam o komfort i mój, i mojego rozmówcy, najczęściej kończy się wypracowaniem rozwiązania, które naprawdę zadowoli obie strony. Dzięki psychoterapii nauczyłam się, że słowa to tylko słowa. Świat się nie zawali, jeśli zamiast kombinować powiem wprost „nie chcę” albo „pomóż mi, proszę”. Tak naprawdę jest łatwiej.

Wiedzę, że nigdy nie będzie idealnie

Ile bym nad sobą nie pracowała, zawsze będą mi się zdarzać gorsze dni. Nie zawsze znajdę właściwe słowa, czasem niechcący kogoś urażę, czasem ktoś urazi mnie. Spotkam na swojej drodze złych i zawistnych ludzi, czasem będę czuła, że nikt mnie nie rozumie, a to, co robię, nie ma większego sensu. Na pewno nie będę też najlepszym psychologiem, partnerką, przyjaciółką ani córką i w każdej z tych sfer popełnię mnóstwo błędów. Nie szkodzi. Dzięki psychoterapii wiem, że to normalne. I choć nie raz będzie mi ciężko, to będę w stanie sobie z tym poradzić. Bo coraz lepiej wiem, kim jestem i że mogę sama o siebie zadbać w każdej sytuacji.

Plus: dzięki psychoterapii staję się lepszym psychologiem

Obserwuję psychoterapię nie tylko jako pacjentka – uczę się o jej regułach także na swoich studiach. Długo mi się wydawało, że ta  dwoistość to coś złego i na wykładach czułam się jak podwójny agent. Wydawało mi się, że nikt nie ma podobnych doświadczeń. Całe szczęście na 3. roku studiów trafiłam na grupę, która nie bała się mówić o tym głośno. Świadomość, że co drugi z moich znajomych sam był albo jest w procesie terapeutycznym, ośmieliła i mnie. Dziś myślę, że taka podwójna perspektywa to dla przyszłego psychologa (coacha, trenera, terapeuty itd.) ogromny atut. Pozwala lepiej zrozumieć i szanować swoich klientów, uczy szacunku do ich przekonań i potrzeb. Łatwiej zrozumieć towarzyszące często pacjentom opory i lęki, łatwiej powstrzymać się przed pochopną oceną. Paradoksalnie, im więcej wiem o samej sobie, tym łatwiej podczas rozmowy całą uwagę poświęcić rozmówcy – pewnie dlatego odbycie własnej terapii to obowiązkowy element szkolenia we wszystkich dobrych szkołach psychoterapeutycznych.

Nie wiem, jak długo moja psychoterapia jeszcze potrwa i do jakich wniosków doprowadzi mnie na końcu. Choć wszystko, co napisałam, brzmi radośnie i lekko, psychoterapia rzadko bywa przyjemna – częściej boli, dowala i wstrząsa. Wiem też, jak trudno podjąć taką decyzję, ile obaw się z tym wiąże i jak często szukanie pomocy wydaje się klęską. Paradoksalnie, to co uważamy za niesamodzielność i słabość, wymaga dużej odwagi, a trudno zebrać się na nią w chwili, kiedy całe życie wali się na łeb. W takich momentach poradzę sobie sam brzmi pewnie i daje poczucie bezpieczeństwa. Ale to złudne poczucie. Bo nie chodzi o to, że nie poradzisz sobie sam – tylko o to, że wcale tak nie musisz. To wiele zmienia, prawda? 

A jeśli chciałbyś się jeszcze czegoś o psychoterapii dowiedzieć – zawsze możesz napisać.