Chorwacja: notatki z podróży

Chorwacja: notatki z podróży

Pamiętacie, jakie hasło przyświecało początkom tego bloga? Nie umiem odpoczywać. W świecie perfekcjonisty, w których poczet wciąż się niestety zaliczam, już samo pozwolenie sobie na luźniejszy wieczór czy nadprogramowy odcinek serialu w ciągu dnia to duże osiągnięcie. Nie zdziwi więc Was pewnie, jeśli powiem, że moje doświadczenia z urlopowaniem nie są zbyt bogate.

Jasne, co roku kilka razy opuszczam dom. Najczęściej są to jednak ekspresowe wyjazdy regeneracyjne w miejsca dobrze znane. Stała baza w Trójmieście, mazurski dom teściów, miły hotel pod Warszawą, z którego do domu wrócimy w jakieś 40 minut. Kiedyś było inaczej. Sporo jeździłam, kiedy byłam dzieckiem – moi rodzice mieli taką możliwość i chcieli pokazać mi świat. Wtedy jednak miałam im to za złe, a moim marzeniem było spędzenie całych wakacji we własnym pokoju, z książką i wiecznie żółtym słoneczkiem na GG.

Od paru lat jest jednak inaczej. Choć wciąż jestem daleka od podróżniczej pasji, to jednak budzi się we mnie coraz większy głód. Głód nowości, głód piękna, głód doświadczenia czegoś, co odbiega od mojej codzienności. Więc kiedy moi teściowie zaproponowali nam wspólny wyjazd do Chorwacji, zgodziłam się z entuzjazmem. Choć i z lękiem, bo dla mnie taki wyjazd to wyjście ze strefy komfortu na kilku płaszczyznach jednocześnie. Całe dwa tygodnie tak daleko od domu, pierwsza podróż za granicę w roli kierowcy. Dla kogoś to może niewiele, ale dla mnie nasz wrześniowy wyjazd był bardzo intensywnym i wymagającym solidnego przygotowania emocjonalnego przeżyciem.

Po powrocie porządkuję przemyślenia, tak samo jak zdjęcia – i pomyślałam, że one także zasłużyły na skatalogowanie i umieszczenie we właściwym albumie 🙂 Dlatego dzisiaj chciałam podzielić się z Wami pierwszą częścią moich urlopowych notatek. Jak to u mnie, to raczej taki introspektywny zbiór przemyśleń osobistych niż wskazówek organizacyjnych, ale jeśli zainteresował Was jakikolwiek techniczny aspekt naszej wycieczki – pytajcie śmiało.

1. Jestem Hobbitem i już się tego nie wstydzę

Tak jak tysiące nastoletnich tolkienomaniaczek, w swoich fantazjach zawsze widziałam samą siebie jako elfkę. Wysoką, wyniosłą i nieustraszoną piękność, przed którą świat nie ma już żadnych tajemnic. Cóż, trzydziestka się zbliża i pora spojrzeć prawdzie w oczy: elfka ze mnie żadna. Przygotowania do wyjazdu dobitnie uświadomiły mi jednak, że ja i mój mąż mamy w sobie coraz więcej… z hobbitów 😉

Pakując walizki przed podróżą, czułam się jak Bilbo Baggins, któremu wcale się nie spieszyło do opuszczenia swojej komfortowej norki. Co nas podkusiło, żeby wyjeżdżać gdziekolwiek – myślałam – skoro w domu jest tak dobrze? Wiecie, ten znany chyba wszystkim domatorom (i hobbitom) odruch, który sprawia, że kiedy do twoich drzwi puka przygoda, najchętniej zatrząsnąłbyś je jej przed nosem. Uwielbiam się rozwijać i potrzebuję wciąż nowych wyzwań, ale jednocześnie… kocham ten mój dobrze znany, bezpieczny i wygodny kokon. Kiedyś myślałam, że to dowód lenistwa albo powód do wstydu, że tak nie wypada. Ale w sumie, co w tym złego? Jest na świecie miejsce i dla elfów, i dla hobbitów.

2. Najfajniejsze rzeczy zdarzają się przypadkiem

Moje najprzyjemniejsze wspomnienie z Chorwacji to miasteczko Sumartin i kąpanie się w wodzie o zapierającym dech w piersiach kolorze, którego… wcale nie było w planach. Mieliśmy spędzić tam tylko chwilę i nie wysiadać nawet z samochodu. Z Sumartin odpływał prom, który miał przewieźć nas z wyspy Bračz powrotem na kontynent. Ale choć dotarliśmy na miejsce z godzinnym zapasem, na promie nie starczyło dla nas miejsca i musieliśmy zaczekać 4 godziny na następny. Czterogodzinna obsuwka w planach – dla mnie to coś jak koniec świata… Wakacje mają jednak taką moc, że ułatwiają bycie spontanicznym. Tu decyzję podjęliśmy w 5 minut – zostawiamy auto w kolejce, kostiumy i ręczniki w garść, i już można się kąpać. Efektem było – o dziwo – najprzyjemniejsze plażowanie tego wyjazdu. Na zupełnym luzie, bez żadnych oczekiwań. I z wielką wdzięcznością za ten ostatni, nadprogramowy dzień nadmorskiego lenistwa.

Sumartin wyspa Brac

3. Chorwacja to dla kociarza i raj, i piekło

Wybaczcie te górnolotne terminy, ale naprawdę tak jest. Raj, bo w Chorwacji spotykasz koty na każdym kroku: wygrzewają się w kamiennych uliczkach, pilnują rybaków w porcie, a kiedy idziesz coś zjeść do restauracji, możesz z pewnością liczyć na ich towarzystwo 😉 I piekło, bo to w większości koty bezpańskie, które miejscowych za bardzo nie obchodzą. Wiele z nich jest wychudzonych, zaniedbanych i chorych, nikt nie myśli o leczeniu kotów miejskich czy o kontroli populacji.

Kiedy nocowaliśmy na wyspie Brač, przez 3 noce nasz taras odwiedziło 7 kotów. Większość z nich tylko obserwowała nas z odległości i podjadała kąski, które dla nich zostawialiśmy. Ale jeden okazał się spragnionym czułości, „nakolankowym” typem, który pakował się nam do mieszkania i najchętniej przeleżałby cały dzień na człowieku. W Polsce istnieją fundacje, które zajmują się szukaniem takim oswojonym miejskim kotom stałych domów (z jednej z nich wzięliśmy zresztą Buńka), ale w Chorwacji nikt o czymś takim nie słyszał. Co mogłam dla niego zrobić? Głaskać i dokarmiać na miarę naszych ograniczonych możliwości czasowych? Może w ten sposób zrobiłam dla niego coś dobrego. Ale nie mogę wyrzucić z głowy lęku, że nasza dobroć mogła wyrządzić mu krzywdę – bo jeśli kiedyś trafi na złego człowieka, jemu też zaufa.

4. Potrzeba posiadania na własność

Podczas wyjazdu dotarło też do mnie, jak silna jest we mnie potrzeba posiadania tego na własność tego, co mnie otacza. Kiedy zaczął odwiedzać nas kot, moją pierwszą, błyskawiczną myślą była ta o adopcji. Chciałam lecieć do sklepu po kontenerek, zabrać go do domu i uczynić naszym własnym. Teraz wiem, że to nie jest dobry pomysł. Pomijając już fakt, że takie przewiezienie zwierzęcia przez granicę w zgodzie z prawem jest czasochłonne i trudne, myślę sobie, że za taką potrzebą stoi w gruncie rzeczy dość egoistyczna motywacja.

Na wakacjach przebywasz w obcym miejscu, które na jakiś czas staje się twoim domem. Musisz je ekspresowo oswoić, a potem równie szybko się rozstać, bez żalu przekazując je kolejnym przyjezdnym. Myślę, że tak samo było z naszym kotem – który faktycznie był „nasz”, ale tylko przez moment. Pewnie odwiedzał „nasz” taras już od miesięcy i pewnie po naszym wyjeździe wpakuje się na kolana jeszcze setkom turystów.

Wakacje to taki czas, który chyba najlepiej uczy akceptacji tymczasowości. Piękne widoki, którymi chcesz się nasycić na zapas, bo w domu ich nie ma. I wszystkie te intensywne znajomości z letnich obozów, które przygasają tuż po wyjściu z samolotu czy autobusu. Zamiast trzymać się ich kurczowo, zamiast starać się je zawłaszczyć i zatrzymać na zawsze – czy nie lepiej przyjąć tę dobroć z akceptacją końca? To takie moje urlopowe, nieoczekiwane pytanie filozoficzne.

5. Magia bocznej uliczki

Od dzieciństwa część wakacji spędzam w Sopocie, mieszkając zawsze w tym samym miejscu, tuż koło Bohaterów Monte Cassino. Kto kiedykolwiek był tam w trakcie sezonu, wie z czym to się wiąże. Tłum, huk, nadmiar bodźców i generalnie zupełne zaprzeczenie wizji relaksujących wakacji. Ale skręć w którąkolwiek boczną uliczkę i odejdź 200 metrów, a trafisz do zupełnie innego świata. Pójdź w drugą stronę niż tłum, a odkryjesz magię i poczujesz prawdziwy klimat miejsca, w którym jesteś.

Taką zasadą kierowaliśmy się też podczas zwiedzania Chorwacji. We wrześniu w wielu miejscach było już wprawdzie naprawdę kameralnie (na Instagramie pisałam o luksusie korzystania z pięknych plaż, które są już całkiem puste), ale wiadomo – są takie miejsca, w których tłok jest zawsze. Split, Złoty Róg, Jeziora Plitwickie, Dubrownik… kilka takich turystycznych must have’ów my też mieliśmy na swojej liście. Za każdym razem widząc kłębiące się tam tłumy myślałam, że tym razem już się nie wywiniemy. I za każdym razem okazywało się, że stara prawda nie zawodzi. Da się zwiedzać i poznawać klimat miejsca kameralnie, w spokoju i ciszy. Wystarczy wybrać mniej popularną trasę. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę.

Dzięki temu w Splicie zjedliśmy pyszny burek wpatrując się w jakiś zupełnie zapomniany fragment dioklecjanowej posadzki, a w Dubrowniku zwiedzaliśmy puste zaułki (w których rolę donic pełniły stare, żeliwne wanny, przymocowane do murów łańcuchem – ktoś wie dlaczego?). Podczas zwiedzania Jezior Plitwickich zamiast płynąć statkiem, postanowiliśmy pokonać drogę do naszego punktu docelowego na piechotę. Uniknęliśmy gigantycznej kolejki i trafiliśmy na kameralną, leśną ścieżkę, na którą mało kto już się zapuszczał. Jasne, taki alternatywny sposób zwiedzania często wymaga nadkładania drogi i dobrej orientacji w terenie. Ale ta przyjemność, kiedy po wielkim huku i tłumie nagle otacza cię spokój; kiedy naprawdę możesz poczuć klimat miejsca, w którym jesteś – dla mnie to coś bezcennego, wartego nadkładania kilometrów i zdarcia sobie dwóch par butów 😉

A Ty? Jaką wiedzę o sobie przyniosły Ci Twoje tegoroczne wakacje? 🙂