Alternatywne filmy o miłości na Walentynki

Alternatywne filmy o miłości na Walentynki

Dzisiaj zapraszam Was na kolejny blogowy przegląd z cyklu alternatywne filmy o… . Redagowanie poprzedniej edycji poświęconej Halloween sprawiło mi dużo przyjemności i miałam ogromną ochotę ją sobie odświeżyć. A czy jest jakaś okazja, która nadaje się do tego celu lepiej niż Walentynki? 😉

Mój dzisiejszy tekst jest więc skierowany do wszystkich tych, którzy 14 lutego chcieliby nacieszyć się romantyczną atmosferą, a przy tym nie dać się zemdlić przez nadmiar filmowego cukru. Albo po prostu dla tych, którzy znają już na pamięć wszystkie komedie romantyczne i melodramaty świata, i w tym roku mają ochotę na temat miłości podany w nieco inny sposób. W moich propozycjach znajdziecie coś dla: nerdów, fanów symetrii, miłośników musicali; wreszcie dla tych, którzy uważają, że najlepszym prognostykiem udanego związku jest znajomość tych samych piosenek (nie powiem, swego czasu i ja zaliczałam się do tej grupy).

Poznajcie moje 4 propozycje na alternatywny, walentynkowy wieczór filmowy i koniecznie dorzućcie w komentarzach swoje typy!

1. Ona / Her (2013, reż. Spike Jonze)

On ma na imię Teodor, jest pisarzem i po ciężkim rozstaniu wciąż nie posklejał złamanego serca. Aż pewnego dnia pojawia się Ona. Ma zmysłowy głos, świetne poczucie humoru i zdaje się idealnie dopasowana do jego potrzeb. Ach, tylko ten jeden mały detal – on jest człowiekiem, a ona systemem operacyjnym.

To nie pierwsza opowieść o związku człowieka ze sztuczną inteligencją, ale Spike Jonze przedstawia taką relację w nieznany mi wcześniej sposób. Przede wszystkim: opowiada tę historię bez dydaktyzmu, stawiając między rzeczywistym a wirtualnym światem znak równości. To nie jest historia o zagrożeniu stwarzanym przez nowe technologie w stylu Black Mirror, nie chodzi tu o przestrogę: uważaj, to nie jest prawdziwe. Nie, Jonze po prostu opowiada nam historię pewnej miłości – tylko we właściwej sobie, surrealistycznej otoczce.

Bardzo doceniam to podejście i wydźwięk Her za pierwszym razem szczerze mnie zachwycił. Bo choć związek z systemem operacyjnym brzmi absurdalnie, można się zastanowić – czy naprawdę tak bardzo się różni od związku na odległość, w którym porozumiewamy się głównie przez kamerki, telefony i SMS-y? Oczywiście, można powiedzieć: różni się tym, że osoba po drugiej stronie naprawdę istnieje. Ale kiedy to istnienie faktycznie się zaczyna? I w drugą stronę: czy faktycznie w związku z prawdziwą osobą bardziej niż w niej samej nie zakochujemy się w jej własnym wyobrażeniu?

Można więc sobie porozkminiać Her z takiej filozoficznej perspektywy. Albo po prostu obejrzeć dzieło Spike’a Jonze’a jako alternatywny melodramat ­– ja dawno na żadnym innym filmie nie spłakałam się tak mocno.

2. La La Land (2016, reż. Damien Chazelle)

La La Land pojawia się u mnie w kontekście walentynkowym już po raz drugi. W zeszłym roku opowiadana przez Chazelle’a historia zainspirowała mnie do napisania tego tekstu: » Prawdopodobnie jedyny tekst o miłości, jaki kiedykolwiek napiszę. Nadal jestem z niego całkiem zadowolona, więc jeśli macie ochotę przeczytać, co piszę o miłości (a właściwie dlaczego o niej nie piszę 😉 ) – zapraszam.

Tym razem chciałabym skupić się jednak na samym filmie. Filmie, który jak to się ładnie mówi, przez ten rok zdecydowanie we mnie „urósł“. Rok temu, kiedy wychodziłam z kina, czułam się nim nieco znudzona i rozczarowana. Ze zdziwieniem odkryłam jednak, że w przeciągu tego roku wracałam do niego myślami po wielokroć, a YouTube przypomina mi o What a waste of a lovely night, ilekroć odpalam przeglądarkę.

Historia opowiadana przez La La Land jest tak naprawdę szalenie prosta. On jest niespełnionym muzykiem jazzowym. Ona niespełnioną aktorką. Oboje próbują zrobić karierę i przypadkowo podczas tych prób wpadają na siebie po raz pierwszy, drugi, trzeci. Mimochodem rodzi się uczucie, a potem nagle już nie mogą bez siebie żyć. W przerwach – jak to w musicalu – tańczą, stepują i śpiewają piosenki. Typowa, zupełnie zgrana przez Hollywood klisza, prawda?

W tym jednak tkwi cały urok La La Land. Ten zgrany, hollywoodzki schemat pokazywany jest w bardzo dowcipny, świadomy i autoironiczny sposób. Kolejne sceny nawiązują do największych filmowych klasyków, a potem obracają je w żart. Jaka piękna, romantyczna noc… I cóż za szkoda, że ten widok się marnuje, bo nie jesteś w moim typie – śpiewa, odtwarzając charakterystyczny układ z Deszczowej piosenki, Ryan Gosling. Polubiłam film Chazelle’a właśnie za ten ironiczny dystans i lekkość. I za szczerość wobec miłości – La La Land niesie przesłanie, że choć to uczucie wydaje się czasem lataniem w gwiazdach, to jednak tym, co ją buduje, są najczęściej drobne decyzje i przypadki. Wydaje mi się, że to bardzo dojrzałe i wciąż rzadko spotykane w romantycznych filmach ujęcie.

3. 500 dni miłości / 500 Days of Summer (2009, reż. Marc Webb)

Dłuższą chwilę zastanawiałam się, w jaki sposób ciekawie opisać Wam historię przedstawioną w 500 dni miłości. Mam jednak wrażenie, że to zadanie skazane na porażkę, bo trudno mi wyobrazić sobie bardziej typową dla komedii romantycznej fabułę. Jest on – młody chłopak, który wciąż nie przestał wierzyć w magię „prawdziwej miłości“. I jest ona – śliczna dziewczyna, która od razu podbija jego serce (w czym niebagatelną rolę odgrywa Morrissey), ale nie odwzajemnia jego uczuć. Znamy to doskonale, prawda?

Co więc wyróżnia 500 dni miłości? Po pierwsze, tak jak w przypadku La La Land – pewien dystans do własnego gatunku i eksperymentowanie z jego formą. Marc Webb operuje najbardziej charakterystycznymi dla komedii romantycznych kliszami, ale jednocześnie puszcza do widza oko. Po drugie, do mnie ten film po prostu trafia ze względu na dobór aktorów (bardzo lubię Josepha Gordon-Levitta) i symboli, którymi operuje. Kiedy miałam 22 lata i widziałam ten film po raz pierwszy, tak jak głównemu bohaterowi wydawało mi się, że istotą prawdziwej miłości jest magiczne porozumienie dusz i posiadanie na iPodzie tych samych piosenek. Z obecnej perspektywy wydaje mi się to może odrobinę naiwne, ale wciąż bardzo urocze. Plus całkiem szczerze muszę przyznać, że mój związek faktycznie zaczął się od podobieństw muzycznych, więc może to wcale nie taki głupi pomysł… 😉

4. Moonrise Kingdom / Kochankowie z księżyca (2012, reż. Wes Anderson)

Na deser chciałabym opowiedzieć Wam o jednym z moich absolutnych filmowych ulubieńców, czyli Moonrise Kingdom (w polskiej wersji Kochankowie z księżyca). Wes Anderson jest reżyserem o bardzo charakterystycznym stylu: idealna symetria, dopracowane detale, pastelowe kolory i klimat retro. Wszystko to sprawia, że oglądając jego filmy czuję się, jakbym buszowała na strychu pełnym przepięknych, ręcznie robionych zabawek z końca XIX wieku. W Moonrise Kingdom bardziej jednak niż sam styl urzekła mnie historia, którą opowiada. A jest to historia „tej pierwszej miłości“. Bohaterowie mają po 12 lat, zakochują się i po krótkiej acz intensywnej wymianie miłosnych listów postanawiają wspólnie uciec z domu (to znaczy Suzy, bo Sam ucieka z obozu dla skautów).

Urzekło mnie, jak dobrze Moonrise Kingdom oddaje istotę takiego romantycznego związku na granicy dzieciństwa i nastoletniości. Wciąż bardzo niewinnego, dziecięcego, ale już podszytego cielesnym napięciem i próbami naśladowania tego, co i jak robią „dorośli“. Uwielbiam też Kochanków z księżyca za gwiazdy kina obsadzone w pięknie kontrastujących z ich zwyczajowym repertuarem rolach. Zwłaszcza Bruce’a Willisa w roli ciapowatego policjanta, Tildę Swinton jako bezwzględną Opiekę Społeczną, ale przede wszystkim – Edwarda Nortona w roli skauta-nieudacznika, wypalającego setki papierosów dziennie (tym bardziej, że w którymś wywiadzie z Nortonem czytałam, jak szczerze palenia nie znosi i że musiał sobie na planie wypracować w tym celu specjalną technikę).

Kochankowie z Księżyca to na pewno bardzo charakterystyczny film i wiem, że nie każdemu może się spodobać. Jeśli jednak lubicie taki zakręcony, oniryczny klimat, to film Wesa Andersona będzie na walentynkowy wieczór wyborem idealnym.

Widzieliście któryś z polecanych przeze mnie filmów? Jakie są Wasze typy na filmowy, walentynkowy wieczór? 😉
  • Świetnie, że postanowiłaś kontynuować tę serię, poprzedni odcinek bardzo mi się podobał i szczerze ucieszyłam się, widząc ten wpis na Twoim blogu. 🙂 Przypomniałaś mi też o kilku fantastycznych filmach, które już dawno miałam obejrzeć i jeszcze tego nie zrobiłam – czyli właściwie wszystkich w tym zestawieniu. Oglądałam jedynie „500 days of summer”. Szczerze mówiąc nie do końca do mnie przemówił, nie przepadam za Zoey Deschanel i strasznie mnie irytowała na ekranie. Było w nim jednak kilka świetnych momentów – scena w IKEA to moja ulubiona. Swoją drogą, też kiedyś uważałam, że te same upodobania muzyczne to gwarancja udanego związku. Mój aktualny chłopak raczej nie przepada za muzyką, której słucham, w drugą stronę tak samo. 🙂

    • No cóż, w takim razie przybijam piątkę, bo ja szczerze mówiąc też nie przepadam za Zooey. Chyba właśnie z tego powodu zupełnie się odbiłam od serialu „New Girl”, który polecało mi swego czasu wiele bliskich osób. W „500 dniach miłości” też mnie irytowała, ale zrzuciłam to na jej postać i fakt, że moja sympatia lokowała się całkowicie po stronie bohatera granego przez Josepha 😉

      Co do upodobań muzycznych: jak sobie myślę o mojej historii, to jednak zawsze mniej lub bardziej się zgadzały. Ale niezbyt się to przekładało na to, czy związek faktycznie był udany, czy nie – więc to chyba zawodny wskaźnik 🙂

      • Nie dało się nie być po stronie głównego bohatera, to prawda. 🙂 Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, dobrze mu się układa z Autumn. 🙂 „New Girl” nie oglądałam, ale pewnie również ciężko byłoby mi przez niego przebrnąć skoro gra tam Zooey.
        A tak jeszcze w temacie upodobań muzycznych – lubię to, że gusta moje i mojego chłopaka się różnią bo jednak poznaję dzięki temu wiele nowej muzyki. Nawet jeśli nie zawsze pasuje do mojego gustu w 100%. Za to kompatybilność rzędu 97% mam z najlepszą przyjaciółką i tu już nie wyobrażam sobie, żeby miało być inaczej. 🙂

  • Trójkę ostatnich widziałam, muszę nadrobić jeszcze „Her” – może właśnie w walentynki, bo do naszych tradycji należy spędzanie wieczoru z zamówionym jedzeniem w domu, koniecznie z jakimś filmem na ekranie. 🙂 Myślałam ostatnio o filmach i książkach o miłości (na blogu chcę poruszyć temat książek – zobaczymy czy mi to wyjdzie) i doszłam do zabawnego wniosku, że niemal każdy film jest… o miłości. Różnej oczywiście – do samego siebie, do ideologii, wolności, drugiej osoby, swojego wizerunku, etc. ale jednak o miłości. Już Joseph Cambell zauważył, że od tysiącleci wszyscy, niezależnie od szerokości geograficznej, poruszamy te same archetypowe historie.

    Jako takie najciekawsze, takie które zapadły mi w pamięć wskazałabym na pewno „Moonrise Kingdom”, o którym pisałaś, filmy Lonergana (rewelacja pod kątem przekazywania niuansów relacji), „Biegając boso po parku” z Jane Fondą i Robertem Redfordem – to taki lekki, ale jednocześnie bardzo urokliwy film, „About Time”, „St. Vincent” o relacji chłopca z zrzędliwym… Billem Murrey’em (mam wrażenie, że w każdej roli on jest po prostu sobą!). I jeszcze klasyki czyli „Wielki Gatsby” i „Sabina”, „Rzymskie wakacje”. Choć dwa ostatnie chyba bardziej o samym wyobrażeniu miłości. 🙂

    Zabawne co piszesz o upodobaniach muzycznych w związku! Ja też tak kiedyś myślałam i przeżyłam niezły szok, kiedy zorientowałam się, że z moim K. mamy zupełnie inne. Ale jakoś tak się stało, że teraz, po latach baaardzo nam się wyrównały. Ciekawe. 🙂

    • Zgadzam się z Tobą, podobna refleksja przyszła mi do głowy podczas pisania tego tekstu – że w sumie każdy (albo prawie każdy) tekst kultury opowiada o jakiejś formie miłości. Dziękuję też za wszystkie Twoje polecenia, bo wstyd się przyznać, ale z tego zestawu widziałam tylko „Wielkiego Gatsby’ego” (tego współczesnego). I bardzo go lubię! Wiem że Baz Luhrmann wiele osób odrzuca, ale do mnie trafia ta jego przerysowana i pełna wykrzykników stylistyka 🙂

      To u Was chyba kierunek zgodny z teoriami psychologicznymi, wedle których partnerzy w trakcie związku coraz bardziej się do siebie upodabniają (pod względem gustu, ale też ponoć fizycznie). U mnie z kolei ułożyło się odwrotnie, bo kiedy się poznaliśmy myślałam, że nasz gust jest niemalże w 100% zbieżny, a teraz obserwuję coraz więcej różnic. Choćby taką, że mój mąż od kilku tygodni ma fazę na R&B, które do mnie zupełnie nie trafia 😛

      • A wiesz, że dopiero teraz zajrzałam w sprawie Luhrmanna na filmweb i zdałam sobie sprawę, że to on zrobił moje ukochane „Moulin Rouge”?! A właśnie, bo to też jest o miłości. 🙂 I MR i „Wielki Gatsby” były faktycznie przerysowane, ale każdy na swój własny sposób. Mnie scena, w której Gatsby oczekuje u narratora (tj. u swojego sąsiada) na Daisy, wśród wszystkich tych bukietów kwiatów, ogromnie bawi, wzrusza i porusza jednocześnie! 😀

        Co do związków, faktycznie. Myślę, że to kwestia momentu, kiedy w ten związek się wchodzi – jeśli są to lata kształtowania się charakterów obu osób, to ma to sens, że tak się dzieje. U nas tak było, wieloma rzeczami się dzieliliśmy i tak sobie wspólnie wzrastaliśmy. Ale też nie we wszystkich sferach jesteśmy tacy sami (ufff!). 😛

        Jeśli nie oglądałaś jeszcze „Rzymskich wakacji”, to ja bardzo Ci polecam właśnie ten film odpalić w Walentynki (lub po prostu w najbliższym czasie). To najbardziej urocza, lekka i inteligentna komedia romantyczna, jaką widziałam! <3 No i przecież zapomniałam wspomnieć o Allenie! Annie Hall, Manchattan, Siostry, także te nowsze filmy – przecież to jest wszystko cudownie napisane. :))

        • Oj tak, właśnie niedawno sobie „Gatsby’ego” przypominałam i ta scena z oczekiwaniem wśród tysięcy kwiatów też mnie niespodziewanie poruszyła. Piszę „niespodziewanie”, bo na tle wszystkich innych wydaje się niepozorna – ale może właśnie o tę jej intymność i szczerość wzruszenia Gatsby’ego chodzi.
          W ogóle w związkach takie obserwowanie wzajemnego wzrastania jest przepiękne. My może nie byliśmy już zupełnymi dzieciakami kiedy się poznaliśmy (byliśmy na 3. i 4. roku studiów), ale od tego czasu i tak zmieniło się mnóstwo rzeczy. Przeszliśmy od tego szaleństwa studenckich lat do dzisiejszego spokojnego rytmu razem, wspierając się w tym i pomagając sobie w granicznych momentach.
          Allen – no właśnie, ja też się dziwię, czemu nie znalazł się w moim zestawieniu – przecież praktycznie każdy jego film dałoby się pod ten temat podpiąć 🙂

          • O, to między Wami niemal nie ma różnicy wieku. 🙂 Ja myślę, że charaktery kształtują się najbardziej właśnie w wieku 25-35 lat, bo wtedy zwykle następują przewartościowania. W tym wcześniejszym okresie są te pierwsze, ale one chyba są bardziej nastawione na wyjście z wartościowań obecnych w rodzinie niż stworzenie własnych – tak przynajmniej ja to widzę. 🙂

            A oglądałaś nowego Allena? Bodajże „Na karuzeli życia”, czy coś takiego?

          • Rocznikowo niby jest rok, ale ja jestem z lutego, a mój mąż z sierpnia, więc to się kurczy do kilku miesięcy. Chiński znak zodiaku w każdym razie mamy ten sam 😀

            Jeśli chodzi o przewartościowania, to bardzo ciekawa myśl! Nigdy nie patrzyłam na to z takiej perspektywy. I zasadniczo chyba się z nią zgadzam, choć wydaje mi się, że dużą rolę odgrywają też czynniki środowiskowe. Najbardziej dramatyczne zmiany zachodzą przecież w momentach kryzysów – rozwojowych, ale też tych ogólnoludzkich „trudnych” doświadczeń (śmierć, rozstania, porażki itp.), na których umiejscowienie nie do końca mamy wpływ. Pomyślałam o tym, bo akurat w moim przypadku okres licealny był wyjątkowo ciężki i niósł ze sobą doświadczenia, z którymi z tego co widzę wielu moich rówieśników mierzy się obecnie. Więc te kryzysy kształtują w bardzo indywidualnym tempie. Ale jeśli chodzi o taką naturalną, niezakłócaną przez środowisko rozwojową zasadę – to jak najbardziej się z Tobą zgadzam 🙂

            A co do Allena, to szczerze mówiąc zatrzymałam się kilka filmów temu. Ostatni, jaki widziałam, to było albo „Midnight in Paris”, albo „Poznasz przystojnego bruneta” (chyba jednak „Paryż”, bo jest późniejszy). Potem miałam jakiś przesyt, doszłam do wniosku, że Allen ciągle opowiada tę samą historię i przestałam nadrabiać 🙂

  • joanna k (afektywnie-nerwicowo

    Dodałabym do listy jeszcze „Miłość Larsa”. Super zestawienie na walentynki!

    • Super propozycja! Jeszcze nie widziałam, ale czeka na mojej liście – nie wiem czy bardziej zachęca mnie fabuła, czy Ryan Gosling w norweskim swetrze i z wąsem 😀

  • rudawstazka.wordpress.com

    Z tych wszystkich filmów przede wszystkim La la land. Aż go chyba znowu obejrzę 😀

  • La La Land znam…a reszty chyba nie

    • W takim razie trzymam kciuki, żeby się spodobały, jeśli kiedyś będziesz miała ochotę je obejrzeć. A jak podobało Ci się „La La Land”?