3 nowe rzeczy, których dowiedziałam się o uważnym życiu. O „Slow life. Zwolnij i zacznij żyć” Joanny Glogazy

3 nowe rzeczy, których dowiedziałam się o uważnym życiu. O „Slow life. Zwolnij i zacznij żyć” Joanny Glogazy

W ostatnim przeglądzie miesiąca wspominałam, że zabrałam się za czytanie poradnika o slow life autorstwa jednej z moich ulubionych blogerek – Joanny Glogazy. Mimo wspominanego przeze mnie problemu motywacyjnego dotyczącego czytania tego typu niefabularnych tekstów, przez książkę udało mi się przebrnąć całkiem szybko i bezboleśnie, i dziś mogę podzielić się z Wami swoimi wnioskami. A ponieważ w poradnikach zwracam uwagę na coś trochę innego niż w literaturze pięknej, to dziś zamiast standardowej recenzji taka właśnie punktowa forma, zorientowana na konkretne odkrycia.

Slow life – zwolnij i zacznij żyć to tekst, który zachęca do bardziej uważnego spojrzenia na życie; oceny, czy faktycznie działamy w taki sposób, w jaki chcemy działać i czy faktycznie zmierzamy w kierunku zbieżnym z naszymi marzeniami i priorytetami. Wbrew zawartej w nazwie sugestii, slow life nie polega bowiem dosłownie na życiu wolniej niż do tej pory, tylko na odnalezieniu i przestrzeganiu w nim własnego tempa – takiego faktycznie własnego, a nie narzucanego przez otoczenie i lansowanego w mediach jako obowiązujący obecnie lifestyle. Autorka bardzo słusznie zwraca na to w książce dużą uwagę. Slow life to, mówiąc najprościej, taki styl życia, w którym ilość zostaje zastąpiona przez jakość: „Wolimy zjeść niewielki kawałek doskonałego ciasta z prawdziwej czekolady niż pół blachy brązowej gąbki bez smaku. Raz w tygodniu spotkać się z przyjaciółmi na obiedzie czy spędzić wieczór z relaksującymi grami albo tańcami, niż codziennie wspólnie nudzić się, plotkować i narzekać w towarzystwie ludzi, z którymi tak naprawdę niewiele nas łączy. Zamiast rzeczami, które „powinniśmy” robić, zająć się sprawami, za którymi tęsknimy”. Książka prowadzi nas po kolei przez różne dziedziny życia – pracę, odpoczynek, zabawę, relacje – a w każdej z części autorka dzieli się swoimi refleksjami, opowiada o swojej drodze i proponuje rozwijające ćwiczenia, które pomagają lepiej poznać własne potrzeby i preferencje.

Dziwnie mi się pisze o tym tekście, bo mój stosunek do niego bardzo się zmienił w przeciągu ostatnich paru miesięcy ze względu na drogę, którą sama w tym czasie przeszłam. Kiedy przeczytałam na blogu pierwszą zapowiedź książki, był kwiecień, a ja czułam się tak przepracowana, udręczona i generalnie absolutnie nie slow, że miałam wrażenie, że ten tekst spada mi z nieba. Wtedy zresztą w ogóle książki ratowały mi życie i chyba jako jedyne zapewniały odrobinę spokoju i komfortu. Niecierpliwie czekałam więc na oficjalną premierę, ze złożoną samej sobie solenną obietnicą o przeczytaniu Slow life natychmiast po zakupie. Czas mijał, a w moim życiu pracowały zmiany. Slow life dotarło do mnie w przedpremierowym pakiecie jakoś pod koniec maja. Pamiętam, że wybrałam się odebrać paczkę w piękny, słoneczny piątek, tuż po zajęciach jogi, popijając sobie po drodze owocowe smoothie – czułam się taka szczęśliwa, że idę przed siebie w sukience w kwiatki, mam czas na spacer i nie muszę się nigdzie spieszyć. Przyniosłam książkę do domu, rozpakowałam, przekartkowałam z radością i… odłożyłam na półkę, by powrócić do niej dopiero po paru miesiącach. A kiedy wreszcie się za nią zabrałam, podczas lektury nie opuszczało mnie deja vu, tak dokładnie tekst opisywał moją drogę i wnioski, do których doszłam na własną rękę w ciągu ostatnich paru miesięcy.

Slow life nie dokonało więc w moim życiu przełomu – nie sądzę jednak, by był to zarzut wobec autorki. Jesteśmy w tym samym wieku i z tego co widzę przeszłyśmy podobną drogę zawodową (i podobny kryzys związany z nadmiarem obowiązków), więc to dla mnie logiczne, że spróbowałyśmy poradzić sobie z nimi w podobny sposób. A ponieważ ten sposób jest naprawdę dobry i naprawdę poprawia jakość życia – warto opowiadać o nim aż do znudzenia i popularyzować go każdą z możliwych metod. I choć zamykając książkę miałam poczucie, że „no fajnie, ale ja to wszystko wiem“, nie przeczę, że gdybym trafiła na Slow life w nieco innym momencie, ten tekst mógłby diametralnie zmienić moje podejście do życia i uchronić mnie przed popełnieniem wielu błędów. Inna sprawa, że mogę nie do końca mieścić się w grupie odbiorców. Mam wrażenie, że książka jest adresowana do nieco młodszych osób, które dopiero rozpoczynają dorosłe życie, zastanawiają się nad wyborem studiów itp.

Nie jest oczywiście tak, że nie dowiedziałam się niczego nowego – nawet jeśli wnioski końcowe są podobne, każdy dochodzi do nich w nieco inny sposób, a poznawanie czyjejś drogi jest dla mnie zawsze szalenie ciekawym doświadczeniem. Również zawarte w książce ćwiczenia pomogły mi usystematyzować dotychczasowe przemyślenia i nadać im bardziej klarowną formę. Moją uwagę szczególnie mocno zwróciły 3 rzeczy – niby od dawna to wiedziałam, ale jakoś nigdy nie przykładałam do nich większej wagi i dopiero Slow life uświadomiło mi ich znaczenie. Oto moje odkrycia:

1. Stajesz się tym, czym codziennie się zajmujesz

„Mamy przedziwną skłonność do niedostrzegania tego, jak nasze codzienne wybory składają się w końcu na sposób, w jaki przeżyliśmy rok, dekadę czy całe życie. (…) Jeśli codziennie będziesz pisać, staniesz się pisarką. Jeśli codziennie będziesz jeść drożdżówkę na śniadanie i chińską zupkę na obiad, nabawisz się problemów ze zdrowiem. A jeśli codziennie będziesz spędzać swoją najbardziej produktywną część dnia, scrollując social media (…), najprawdopodobniej staniesz się bardzo sfrustrowana“

Prostota tych słów naprawdę dała mi do myślenia. Z dwóch powodów: po pierwsze, jest w nich kojąca pewność, że konsekwentne działanie prowadzi do zmiany tożsamości. Jeśli macie problem z pewnością siebie i ze spostrzeganiem własnych sukcesów, na pewno wiecie, o czym mówię – krygowanie się, umniejszanie włożonej w jakieś działanie pracy („wiesz, tak sobie piszę głupoty wieczorami, tylko dla relaksu“) i systematyczności. Z własnej perspektywy widać głównie codzienny, niewielki trud i ciężko zauważyć, że składa się on na solidną, godną podziwu całość. Jeśli zaczniesz się zdrowo odżywiać, po czasie widzisz tylko niezbyt wymagające, codzienne nawyki, a rezygnacja z dawnych przyzwyczajeń nie jest dla ciebie wyrzeczeniem – wolisz sałatkę od cheeseburgera, bo po prostu bardziej ci smakuje. Ale dla kogoś, kto ostatni raz widział cię cięższą o 5 kilo, poszarzałą, zaniedbaną i wsuwającą Big Maki, różnica będzie spektakularna. To działa w dwie strony, więc kiedy następny raz pozazdrościsz komuś, że przebiegł maraton albo właśnie wydaje książkę, pomyśl, że doprowadziła go do tego rutyna codziennych, powtarzalnych działań, które nie wymagają ogromnej siły czy geniuszu, a jedynie samodyscypliny i cierpliwości.

I drugi powód, odwracający tę myśl: jeśli coś jest dla mnie ważne, warto codziennie dawać sobie na to przestrzeń. Ten blog jest dla mnie bardzo ważny, ale przez pierwsze tygodnie jego działania zajmowałam się nim zawsze na ostatnim miejscu – dlatego, że odpowiadam tu wyłącznie przed sobą, i jeśli coś się opóźni, nikt tego nie zauważy ani mnie za to nie opieprzy. Często przez cały tydzień nie miałam na niego czasu i z poczuciem winy ogarniałam wszystkie zaległości w weekend. Dzięki Slow life zrozumiałam, że to bez sensu. Skoro to dla mnie ważne, skoro właśnie tym chcę się zajmować, to zamiast zabierać się za to po ogarnięciu wszystkich możliwych pierdół, muszę stworzyć sobie żelazną, bezpieczną przestrzeń na działanie związane tylko i wyłącznie z blogiem każdego dnia.

dsc_0296

Wywiad z Alexandrą Franzen dał mi do myślenia – pora wreszcie docenić rolę dyscypliny

2. Ważne ponad pilnym, czyli jak prokrastynujemy, udając produktywnych

To prowadzi do drugiego, bardzo ważnego dla mnie odkrycia, czyli pułapki związanej z załatwianiem rzeczy pilnych przed ważnymi. Zawsze naiwnie wierzyłam, że żeby móc w spokoju zająć się swoimi priorytetami, muszę do tego usiąść z czystą głową, której nie będą zaprzątać drobne prace domowe, niewykonane telefony, ważne terminy i zakupy. Rzucałam się więc w wir ogarniania tego, co pilne – w międzyczasie oczywiście pojawiały się nowe, jeszcze pilniejsze rzeczy, które z rozpędu też załatwiałam za jednym zamachem. W rezultacie, kiedy wszystko było ogarnięte, czułam się wykończona i nie miałam siły na zajmowanie się tym, na co tak drobiazgowo szykowałam sobie przestrzeń. Obiecywałam sobie, że następnego dnia będę mogła już w spokoju pracować wyłącznie nad moim priorytetem – w końcu wszystko, co pilne, udało mi się już załatwić. Ale w ciągu dnia pojawiały się oczywiście kolejne nieznoszące zwłoki zadania… i schemat powtarzał się dzień w dzień.

Pisałam ostatnio o prokrastynacji (» Mit geniuszu prokrastynacji). Zawsze miałam wrażenie, że ten mój funkcjonujący od niedawna kołowrotek ogarniania spraw jest jej absolutnym przeciwieństwem – w końcu nie odwlekam, załatwiam niemalże natychmiast, robię to, robię tamto, ciągle coś robię! Dopiero podczas lektury Slow life dotarło do mnie, że – choć w zupełnie odwrotny sposób – realizuję dokładnie ten sam schemat. Zagłuszam to, co dla mnie naprawdę istotne. Czekam na idealny moment, który przecież nigdy nie nadejdzie sam z siebie, bo moja mama, nowa klientka i hydraulik raczej się nie domyślą, że właśnie teraz tworzę życiowe dzieło i nie powinni mi przeszkadzać. Mogę jednak sama stworzyć sobie warunki do zajmowania się tym, co ważne, a jeśli w międzyczasie pojawi się jakaś pilna sprawa – świat się nie zawali, jeśli poświęcę jej uwagę za godzinę. Slow life pomogło mi zrozumieć, że mój czas jest ważny i że nie ma nic złego w tym, by ustawiać go, tak jak mi pasuje – to, że sama planuję swoją pracę i nie mam w kalendarzu żelaznych godzin „od – do“ nie znaczy, że muszę dostosowywać się do grafików wszystkich naokoło.

3. Złudna grzeczność „postaram się wpaść“

Do rozdziału o relacjach podchodziłam najbardziej sceptycznie (pff, przecież wiem, jak budować dobre relacje, czego jeszcze mogę się tutaj nauczyć?). Nieoczekiwanie odkryłam jednak anegdotę, która mocno mnie poruszyła. Autorka opisuje sytuację, kiedy koleżanka zaprosiła ją na swoje urodziny. „Napisałam, że jeśli tylko będę mogła, to chętnie się pojawię, i… w ostatniej chwili dałam znać, że jednak nie mogę. (…) A przecież już wtedy wiedziałam, że mam zaplanowane spotkania i spodziewałam się, że będę po nich wypompowana z energii, a ostatnią rzeczą, na jaką przyjdzie mi ochota, będzie prowadzenie small talków z nieznajomymi na dużej imprezie. Mogłam więc od razu podziękować, złożyć życzenia i odmówić, ale nie zrobiłam tego, bo wydało mi się to niegrzeczne. Nie to, co odwoływanie swojego przybycia w ostatniej chwili“.

Ten fragment uświadomił mi nie tylko rolę asertywności (wykręcając się w taki sposób, dajemy sprzeczny komunikat; grzeczna odmowa na samym początku na pewno nikogo nie urazi, a sytuacja będzie jasna), lecz także pobrzmiewające gdzieś w tle narcystyczne poczucie własnej wyjątkowości. Jeśli powiem, że „postaram się wpaść“, bo zakładam, że inaczej komuś zrobi się przykro, według mnie pobrzmiewa w tym założenie: „jestem dla tej osoby tak ważnym gościem, że wizja mojej nieobecności zupełnie popsułaby zabawę“. Moje doświadczenie uczy, że takie sytuacje mają z reguły miejsce w przypadku tych nieco dalszych znajomości – kiedy na imprezę zaprasza nas ktoś naprawdę bliski i zależy nam, żeby na niej być, raczej mówimy wprost: „wiesz co, będę miała ciężki dzień i mogę nie mieć siły, więc może spotkamy się na świętowanie kiedy indziej?“. W opisywanej sytuacji dochodzi więc do dosyć przykrego dla drugiej strony założenia, że jesteśmy dla tej osoby ważniejsi, niż ona dla nas – nie obchodzi nas na tyle, żeby zmodyfikować swój grafik, ale jeśli odmówimy wprost, na pewno zrujnujemy jej zabawę. Tymczasem, drugiej stronie najczęściej nie chodzi o deklarację dozgonnej przyjaźni, tylko o jasną sytuację. Pamiętam, że organizując imprezy sama byłam wściekła nie na tych, którzy od razu odmawiali, ale właśnie na tych, którzy w ostatniej chwili zmieniali zdanie i w ten sposób zostawiali mnie na lodzie. W pełni uświadomiłam sobie, jak bardzo zwodnicza jest grzeczność „postaram się wpaść”.

To właśnie na te stwierdzenia zwróciłam uwagę podczas lektury – od kiedy staram się do nich stosować, moja efektywność wzrosła, a codzienny grafik stał się mniej napięty. A Wy, zaglądaliście do Slow life? Jakie wrażenie zrobiła na Was ta książka?